Lekarze wypadają z okien. Studentów skierowano do szpitali. Rosyjska służba zdrowia na froncie

Rosja zmaga się z gwałtownie rosnącą liczbą przypadków zachorowań na koronawirusa. Od zawsze niedoinwestowana służba zdrowia popada w poważny kryzys. Przez braki sprzętu ochronnego personel medyczny sam masowo choruje. Lekarze twierdzą, że już niemal setka ich kolegów zmarła. Troje w tajemniczych okolicznościach wypadło z okien. W niektórych szpitalach ludzie mają grupowo składać wypowiedzenia.

Rosyjskie władze długo zapewniały, że pandemia nie jest Rosji straszna. Do początku kwietnia informowano o znikomych ilościach zakażeń, a oficjele deklarowali, że kraj jest przygotowany. Wysyłano nawet sprzęt i materiały do innych państw, takich jak Serbia, Włochy czy USA.

Dzisiaj sytuacja i narracja władz jest diametralnie inna. Rosyjska służba zdrowia jest w trudnej sytuacji spowodowanej lawinowym wzrostem zakażeń. Brakuje środków ochronnych, przez co sami lekarze i pielęgniarki rozsiewają wirusa wśród pacjentów. Tylko w poniedziałek potwierdzono dziesięć tysięcy nowych przypadków w kraju. Ogólnie jest ich już 145 tysięcy.

Lata redukcji zostawiły piętno

Rosyjska służba zdrowia poza największymi miastami nigdy nie była w dobrym, a nawet przyzwoitym stanie. Od kiedy Władimir Putin wrócił na fotel prezydenta w 2012 roku, jej reformę teoretycznie uczynił jednym ze swoich ważniejszych zadań. Nieefektywna i przerośnięta, działająca w sposób niewiele zmieniony od czasów radzieckich, miała zostać odchudzona, usprawniona i częściowo sprywatyzowana.

W praktyce proces reformy miał się okazać procesem demontażu. Bardzo dobrze poradzono sobie z likwidacją szpitali, przychodni i etatów, ale już znacznie gorzej z przekierowaniem zaoszczędzonych środków na usprawnienie reszty służby zdrowia. Braki kadrowe stały się plagą.

Dziennik "The Moscow Times" cytuje Andrieja Klepacha, głównego ekonomistę państwowego banku inwestycyjnego VEB.RF, który w marcu przestrzegał przed szokiem jakiego może doznać rosyjska służba zdrowia w zetknięciu z koronawirusem.

- Nasz system, być może w wyniku wielu zabiegów optymalizacyjnych przeprowadzonych od 2012 roku, na przykład redukcji liczby łóżek w szpitalach i redukcji liczby lekarzy, w tym specjalistów od chorób zakaźnych, jest bardzo wrażliwy na taki gwałtowny wzrost obciążenia - stwierdził.

Lekarzu, ochroń się sam 

Taka sytuacja nakłada się na fakt, że Rosja nie miała zgromadzonych odpowiednich zapasów środków ochronnych. Choć w marcu narracja władz była inna, to teraz nawet Władimir Putin nie ukrywa powagi sytuacji. W minionym tygodniu w specjalnym orędziu do narodu zapowiedział szereg dodatkowych restrykcji i przestrzegł, że najgorsze dopiero nadejdzie. Przyznał też, że pomimo zwiększenia krajowej produkcji środków ochronnych sytuacja nadal jest zła. - Mamy deficyt wszystkiego - stwierdził.

Efekt jest taki, że masowo choruje personel medyczny. Ogólnych statystyk brak, ale rosyjscy lekarze prowadzą swoją nieoficjalną listę koleżanek i kolegów, którzy zmarli w trakcie pandemii. Zaznaczają przy tym, że nie są w stanie jednoznacznie i wiarygodnie zweryfikować przyczyn śmierci osób wpisanych na listę, bo takie dane mogą mieć jedynie czynniki oficjalne. Stwierdzają jednak, że chcą w ten sposób upamiętnić osoby, które zmarły podczas pandemii prawdopodobnie w wyniku zachorowania na koronawirusa. Obecnie lista liczy sto nazwisk i rośnie szybko. Jeszcze tydzień temu było ich 70.

W jakich warunkach musi pracować personel medyczny pokazuje sytuacja w jednym z największych szpitali w Sankt Petersburgu. Instytut Badawczy Medycyny Ratunkowej imienia Iustina Dżanelidze jest jednym z największych w Rosji. Nie został wyznaczony do przyjmowania pacjentów z koronawirusem, wobec czego nie otrzymał dodatkowych środków ochrony osobistej. Wirus sobie z decyzji oficjalnych nic oczywiście nie robił i w sposób nieunikniony dostał się do szpitala wraz ze zwożonymi z miasta pacjentami wymagającymi pilnej opieki. Już w połowie kwietnia miała się zacząć fala zachorowań wśród personelu. Według danych oficjalnych z ostatniego tygodnia u 111 osób potwierdzono koronawirusa.

W anonimowych rozmowach z portalem "Meduza", lekarze twierdzą, że oficjalne liczby są zaniżone i chorych wśród personelu jest już ponad 200. Pomimo tego nie wprowadzono nadzwyczajnych środków i w sposób nieunikniony dochodzi do kolejnych zakażeń. Zarówno personelu jak i pacjentów. - Nie ma strojów ochronnych. Na początku były najprostsze maseczki, potem niektórzy dostali przyłbice albo badziewie okulary ochronne dla budowlańców - twierdzą anonimowi lekarze.

- Brak środków ochronnych, ignorowanie problemu i powolne reakcja kierownictwa - wymienia  przyczyny sytuacji jeden z nich. Dodaje, że gdyby w sposób przepisowy reagować na zetknięcie się członka personelu z osobą zakażoną, czyli wysyłać do domu na kwarantannę i testować, to "nie byłoby tu już komu pracować".

Lekarze wypadają z okien

Sytuacja w Instytucie w Sankt Petersburgu nie jest wyjątkiem. Nie jest też wyjątkiem to, że praktycznie nikt nie chce rozmawiać na ten temat z mediami pod nazwiskiem. 22 kwietnia rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow dał dobitnie do zrozumienia, że nie należy tego robić.

- Lekarze mogą i powinni komunikować swoje problemy do odpowiednich władz w swoim regionie. Każdy region ma swoje ministerstwo zdrowia i to ono powinno dostawać informacje na temat sytuacji w podległych placówkach, a nie dziennikarze i media. Oczywiście jest nie do zaakceptowania i niestosowne, kiedy pewni oportuniści próbują wykorzystać tą sytuację do jakichś przekłamań i szerzenia histerii. - stwierdził.

W ostatnich dwóch tygodniach zaczęły się pojawiać przypadki pracowników służby zdrowia wypadających z okien szpitali. Mają one szczególną wymowę wobec faktu, że w ostatnich latach w Rosji "wypadnięcie z okna" dotknęło między innymi szereg dziennikarzy i opozycjonistów.

Jako pierwsza z lekarzy wypadła z okna szefowa Szpitala Regionalnego im. Weteranów Wojennych w Krasnojarsku, który wyznaczono do zajmowania się pacjentami z koronawirusem. 47-letnia kobieta miała wypaść z okna po lub w trakcie rozmowy z lokalnym szefostwem służby zdrowia, które chciało przeznaczyć jeszcze większą część jej szpitala do opieki nad chorymi z nowym wirusem. Lekarka była temu zdecydowanie przeciwna z powodu braku przeszkolonego personelu i środków bezpieczeństwa. Według nieoficjalnych źródeł w służbach, śledczy wstępnie nie znaleźli śladów "aktu przestępstwa".

Druga wypadła z okna lekarka ze szpitala w Gwiezdnym Miasteczku, która brała udział w szkoleniach i badaniach kosmonautów. Pomagała zajmować się kolegami, którzy zachorowali na koronawirusa i sama się od nich zaraziła. Nieoficjalnie pojawiły się sugestie, że targnęła się na życie po oskarżeniach o rozprzestrzenienie choroby wśród pracowników centrum szkoleniowego.

Trzeci wypadł z okna ratownik medyczny z niewielkiego szpitala w pobliżu Woroneża. Dwa tygodnie temu wraz z kolegą opublikował nagranie, w którym krytykował kierownictwo za braki w sprzęcie ochronnymi i przymuszanie do pracy nawet pomimo pozytywnego testu na obecność koronawirusa. Kilka dni później, już w łóżka w szpitalu, nagrał drugie wideo, w którym wycofywał się z tego co wcześniej powiedział. Miał też otrzymać ostrzeżenie od policji, że może zostać oskarżony o rozprzestrzenianie fałszywych informacji a regionalne władze stwierdziły, że najpewniej zaraził się poza pracą, ponieważ "dokumenty potwierdzają", iż jego karetka nie wyjeżdżała do pacjentów z objawami koronawirusa. W nocy z pierwszego na drugiego maja ratownik wypadł z okna na drugim piętrze i doznał ciężkich obrażeń. Walczy o życie.

Studenci naprzód

Skalę problemów w rosyjskiej służbie zdrowia dodatkowo obrazują zabiegi władz odnośnie studentów medycyny i pielęgniarstwa. 27 kwietnia wydano oficjalny dekret nakazujący skierowanie studentów po minimum dwóch latach nauki na praktyki w szpitalach zajmujących się chorymi na koronawirusa. Ponieważ w Rosji naukę medycyny i pielęgniarstwa rozpoczyna się wcześnie, nawet w wieku 16 lat, oznacza to w praktyce wysyłanie do szpitali nawet osób niepełnoletnich.

Jak twierdzą anonimowi studenci w rozmowie z "The Moscow Times", uczelnie zaczęły błyskawicznie wprowadzać dekret w życie. W kolejnych dniach po jego ogłoszeniu objęte nim osoby zaczęły dostawać smsy z dziekanatów ostrzegające, że niezastosowanie się do nakazu koronawirusem będzie oznaczało nie zaliczenie obowiązkowych corocznych praktyk. Teoretycznie można odmówić, ale w praktyce oznaczać to będzie problemy między innymi ze stypendiami.

Jak studenci pomogą opanować sytuację w Moskwie, która jest rosyjskim epicentrum pandemii z około 75 tysięcy przypadków, to się jeszcze okaże. Jak ostrzegał pod koniec kwietnia Putin, szczyt zachorowań w kraju może przypaść dopiero na połowę maja. Oznacza to, że rosyjska służba zdrowia zostanie jeszcze znacznie bardziej obciążona. Już w tej chwili Rosja ma prawie trzy razy więcej przypadków na milion obywateli niż Polska, a będzie gorzej.

Co prawda rosyjskie władze utrzymują, że pomimo dużej skali zachorowań, jest mało ofiar. Oficjalnie niecałe 1,4 tysiąca. Ma to być efekt szybkiej i sprawnej reakcji na rozwój epidemii. Niezależne od władz media twierdzą jednak, że to raczej efekt ukrywania prawdziwej liczby zmarłych i powszechnego zapisywania ofiar powikłań wywołanych przez koronawirusa, jako ofiar zapalenia płuc. 27 kwietnia wiceburmistrz Moskwy Anastazja Rakowa przyznała, że liczba pacjentów z zapaleniem płuc w moskiewskich szpitalach wzrosła na przestrzeni dwóch tygodni o 70 procent. - To musi budzić obawy - stwierdziła.

Zobacz wideo
Więcej o: