Stanisław Żółtek o wycieku kart do głosowania: Podejrzewam, że ktoś to zobaczył i się wkurzył

Stanisław Żółtek przekonuje w rozmowie z Gazeta.pl, że tzw. karty do głosowania przekazano mu anonimowo. - Podejrzewam, że ktoś to zobaczył i się wkurzył, stwierdził, że coś jest nie tak z prawem i postanowił sprawę nagłośnić - mówi kandydant na prezydenta. Jak mówi, mimo prawdopodobieństwa fałszerstw, nie zamierza rezygnować ze startu w wyborach.

Stanisław Żółtek w środę na konferencji przedstawił pakiet do głosowania, który najprawdopodobniej wyciekł z podkrakowskiej firmy, która zajmuje się kompletowaniem pakietów wyborczych. Sprawę wycieku bada Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którą o całej sytuacji poinformowała Poczta Polska.

Żółtek o wycieku kart do głosowania. "Ktoś zobaczył i się wkurzył"

Jak przyznaje w rozmowie z Gazeta.pl kandydat na prezydenta, na początku sam nie wiedział, czy dostarczone druki są autentyczne. - Nie wiedziałem, czy ktoś sobie nie zrobił dowcipu. Jak to zobaczyłem, pomyślałem, że to niemożliwe, ale przemyślałem sprawę, uznałem, że to prawdopodobne i zrobiłem konferencję. Teraz Poczta Polska zgłosiła sprawę do ABW, więc to prawda - mówi. - Ludzie mówią, że to można sfałszować, ale przecież tu nie ma co fałszować, to są dwie kartki ksero, które można wydrukować w milionie egzemplarzy. Nie ma pieczęci, podpisu, nie ma nic - tłumaczy.

Jak twierdzi, druki pochodzą z firmy w Wieliczce, która dostała do konfekcjonowania "pięć milionów takich rzeczy". Żółtek nie zdradza żadnych informacji na temat swojego informatora. Przekonuje, że pakiet dostał we wtorek anonimowo. - Nie mogę powiedzieć, w jaki sposób, a jak ABW mnie zapyta, powiem, że ze względu na ochronę swoją i swoich bliskich odmawiam odpowiedzi - mówi. Jak twierdzi, przy założeniu, że druki wyniósł pracownik firmy, to "w przypadku podejrzenia, że dochodzi do przestępstwa, miał obowiązek to zgłosić". - Jeśli ktoś podejrzewa przestępstwo, musi to zgłosić, inaczej sam by popełnił przestępstwo. Ja o tym poinformowałem media, a poprzez media prokuraturę - stwierdza. - Podejrzewam, że ktoś to zobaczył i się wkurzył, stwierdził, że coś jest nie tak z prawem i postanowił sprawę nagłośnić - dodaje.

Zobacz wideo Wspólny kandydat opozycji? Komentuje Jacek Jaśkowiak

Według Stanisława Żółtka wokół planowanych wyborów pojawia się "mnóstwo nieprawidłowości", z których "każda jest wystarczająca, by wybory się nie odbyły". - Ja mówię o tym, co ma największą wagę. Gdyby wybory odbyły się na podstawie tej karty - nie powinniśmy tego nazywać pakietem wyborczym - to nie mielibyśmy pojęcia, ile osób brało udział w głosowaniu. Nie wiedzielibyśmy, czy to komitet wyborczy wybrał prezydenta, czy sprawna osoba fizyczna, która zrobiła milion kopii - przekonuje. - Przecież urzędnicy mają bazę wyborców. Jak mają sympatie polityczne, mogą się zorganizować i wrzucić po kilkaset tysięcy kart.

"Każdy może sfałszować"

Jak dodaje, mimo podejrzeń, że wybory mogą zostać sfałszowane, nie rezygnuje z kandydowania. - Zakładam, że w tej sytuacji wybory nie mogą się odbyć. Gdyby jednak szaleństwo przekroczyło miarę i odbyłyby się w takiej formie, to ja wezmę w nich udział. Wiem, że każdy może je sfałszować, ale mam dwa wyjścia - albo oficjalnie zrezygnować, albo iść i głosować. Inaczej wyszedłbym na hipokrytę. Ja się wycofam i może się okazać, że wybory się nie odbędą - tłumaczy.