Wybory kopertowe. Tajemnicze "nadawcze skrzynki pocztowe". Nie wiadomo, co stanie się z naszymi głosami, kiedy już się w nich znajdą

Przegłosowana przez Prawo i Sprawiedliwość w Sejmie ustawa o wprowadzeniu powszechnych wyborów korespondencyjnych ma szereg luk i generuje wiele potencjalnych zagrożeń dla uczciwości i wiarygodności elekcji. Jednym z poważniejszych jest to, co będzie się działo z naszymi kartami do głosowania, gdy już znajdą się w tzw. nadawczych skrzynkach pocztowych.

Powszechne, równe, bezpośrednie i odbywające się w głosowaniu tajnym - takie według kodeksu wyborczego powinny być wybory prezydenckie. Pojawiają się jednak wątpliwości, czy te warunki pozwoli spełnić proponowane przez PiS głosowanie korespondencyjne. W cyklu tekstów na Gazeta.pl prześledzimy krok po kroku przebieg takiego głosowania i to, jakie zagrożenia na każdym z tych etapów stwarzałyby nowe przepisy.

Przegłosowana przez Sejm 6 kwietnia ustawa o szczególnych zasadach przeprowadzania majowych wyborów prezydenckich zakłada, że Poczta Polska w ciągu siedmiu dni przed datą elekcji ma dostarczyć wyborcom pakiet wyborczy. W jego skład wchodzą: karta do głosowania, koperta na kartę do głosowania, instrukcja głosowania korespondencyjnego, oświadczenie o osobistym i tajnym oddaniu głosu oraz koperta zwrotna.

W praktyce głosowanie wyglądałoby następująco: obywatel wyjmuje pakiet wyborczy ze swojej skrzynki pocztowej, stawia "krzyżyk" na karcie do głosowania przy popieranym przez siebie kandydacie, a potem wkłada tę kartę do specjalnej koperty i zakleja. Następnie podpisuje specjalne oświadczenie mówiące, że oddał głos osobiście, wpisuje tam swoje imię, nazwisko oraz PESEL. Oświadczenie oraz kartę do głosowania (znajdującą się w zaklejonej kopercie) wkłada do kolejnej koperty. Całość w dniu wyborów, między godziną 6 a 20, zanosi do specjalnie do tego przeznaczonej "nadawczej skrzynki pocztowej".

Kto ochroni nasze głosy?

Właśnie wspomniana "nadawcza skrzynka pocztowa", a więc miejsce, do którego mają trafiać głosy obywateli, jest jednym z najsłabszych punktów całego procesu wyborczego w wersji zaproponowanej przez PiS. Przede wszystkim wszelkie detale oraz kryteria dotyczące skrzynek określi minister aktywów państwowych (aktualnie jest nim wicepremier Jacek Sasin) - jakie mają mieć parametry, jak mają wyglądać, jak być zabezpieczone, przez kogo w i jakim terminie dostarczone.

Wymagania, jakim powinna odpowiadać nadawcza skrzynka pocztowa operatora wyznaczonego przygotowana do umieszczenia koperty zwrotnej, określa, w drodze rozporządzenia, minister właściwy do spraw aktywów państwowych, mając na względzie odpowiednie zabezpieczenie skrzynek nadawczych, w szczególności w celu zagwarantowania głosowania w sposób tajny

- czytamy w projekcie ustawy, który został przyjęty przez Sejm i który obecnie znajduje się w Senacie.

Kluczowe w powyższym fragmencie jest zapewnienie bezpieczeństwa skrzynek i tajności głosowania. Dzisiaj nie wiemy ani kto będzie pilnował skrzynek, ani na jakich zasadach, ani kto będzie mieć dostęp do ich zawartości. Na trasie z miejsca rozlokowania skrzynki do komisji wyborczej, w której będą zliczane głosy, pojawia się przestrzeń na potencjalną ingerencję w zawartość skrzynek, a więc w znajdujące się w nich karty wyborcze. Ingerencję, którą później trudno byłoby w jakikolwiek sposób namierzyć.

Co więcej, w ustawie czytamy, że kartę do głosowania w skrzynce umieszcza wyborca "sam lub za pośrednictwem innej osoby". To kolejny problem, bo nagle okazuje się, że bezpośredniość wyborów zostaje podważona. Nikt nie może dać gwarancji, że oddany głos w stu procentach oddaje wolę głosującego i nie został "po drodze" w żaden sposób zmanipulowany. Tej pewności nie może mieć ani wyborca, który za pośrednictwem innej osoby oddaje swój głos, ani pracownicy komisji wyborczej, którzy głosy będą później zliczać. Kolejne wątpliwości rodzi to, co będzie działo się z głosami podczas transportu do komisji wyborczej.

Mówi socjolog prof. Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekspert od systemów wyborczych:

Transport skrzynek jest do zorganizowania, ale rodzi wiele uzasadnionych wątpliwości. Trudno, żeby było inaczej, skoro wszystko robione jest "na kolanie" i z bypassem administracji samorządowej, która już wcześniej zaczęła się buntować wobec pomysłu organizowania w maju wyborów.

Brakujące skrzynki, brakujące miejsce

Z projektu ustawy autorstwa PiS-u dowiadujemy się jedynie, że "koperty zwrotne są dostarczane przez operatora wyznaczonego do gminnej obwodowej komisji wyborczej w dniu wyborów sukcesywnie od rozpoczęcia głosowania do godziny 23". Cała odpowiedzialność za losy wypełnionych kart wyborczych i ewentualne nadużycia spada więc na pocztowców. Ci zaś bardzo boją się odpowiedzialności prawnej za prawidłowość elekcji, o czym mówią poprzez swoich przedstawicieli.

W projekcie ustawy o głosowaniu korespondencyjnym czytamy, że "gminna obwodowa komisja wyborcza przed dniem głosowania ustala liczbę urn, jaka ma być stosowana w dniu głosowania, biorąc pod uwagę spodziewaną liczbę kopert zwrotnych w danej gminie". Ciekawsza jest jednak dalsza część tego punktu:

W przypadku wypełnienia urn w trakcie głosowania, komisja niezwłocznie informuje wójta, burmistrza lub prezydenta miasta albo, w sytuacji, o której mowa w art. 12 ust. 4, wojewodę o konieczności dostarczenia kolejnych urn

W praktyce oznacza to, że w trakcie dnia może okazać się, że skrzynka na nasze karty do głosowania jest przepełniona i nie mamy gdzie zostawić swojego głosu. Ponieważ wciąż nie ma niezbędnych regulacji, nie wiemy, jaka liczba urn zostanie przygotowana, jaka zostanie rozlokowana na terenie każdej gminy i jaki ich zapas będzie w odwodzie na opisane w przytaczanym fragmencie sytuacje. Wreszcie problematyczna pozostaje kwestia komunikacji na linii Poczta Polska - obwodowa komisja wyborcza - wójt/burmistrz/prezydent miasta, a to przecież czas reakcji zadecyduje o tym, jak szybko problem (brak miejsca w urnie na nowe głosy) zostanie wyeliminowany już w dniu wyborów.

Plan był taki, żeby wybory odebrać zbuntowanym samorządom i przekazać Poczcie Polskiej. Tymczasem nagle i tak okazuje się, że Poczta musi zgłosić się do samorządów, chociaż w kwestiach, w których te nie mają już prawa weta

- ocenia prof. Flis.

Socjolog zwraca też uwagę na inny logistyczny mankament, który pojawia się w tej sytuacji, a którego ustawodawca nie wziął pod uwagę. Chodzi o miejsca rozlokowania "nadawczych skrzynek pocztowych". Przecież nie wszystkie komisje wyborcze dysponują strzeżonym parkingiem albo odgrodzonym ogrodem, czyli terenem, na którym można by bezpiecznie ulokować urnę.

Wybory w całym kraju powinny odbywać się bezproblemowo i bez ryzyka nadużyć, tymczasem w tym przypadku będzie tak w mniej więcej 70-80 proc. komisji

- zauważa prof. Flis.

PKW, czyli wicepremier Sasin?

Chociaż do pierwotnej daty wyborów zostało zaledwie siedemnaście dni, wspomnianego w projekcie ustawy rozporządzenia wciąż nie ma. Sama ustawa także nie jest jeszcze obowiązującym prawem. Mimo tego przygotowania do wyborów trwają, chociaż brak stosownej podstawy prawnej do ich organizacji. 22 kwietnia w „Rozmowie Piaseckiego” na antenie TVN24 wicepremier Sasin zapewnił:

Rzeczywiście te przygotowania już się odbywają. Nie na mocy moich decyzji. Dzieje się to przede wszystkim na podstawie decyzji marszałek Sejmu, która wyznaczyła wybory prezydenckie zgodnie z konstytucją na 10 maja i na podstawie decyzji pana premiera wydanej w oparciu o ustawę antycovidową, która nakazała państwowym firmom, takim jak Wytwórnia Papierów Wartościowych oraz Poczta Polska, przygotowanie do tych wyborów, aby mogły się odbyć w trybie korespondencyjnym

Minister aktywów państwowych jest postacią fundamentalną w procesie organizacji majowych wyborów (korespondencyjnych, o ile pomysł PiS-u zostanie przeforsowany). To on określa m.in. wzór pakietu wyborczego ("po zasięgnięciu opinii Państwowej Komisji Wyborczej"), skład tego pakietu, sposób dostarczenia i odbioru pakietów wyborczych czy wymagania, które muszą spełniać "nadawcze skrzynki pocztowe" (swoją drogą, wciąż nie wiemy też ani kto je wykona, ani na kiedy, ani ile ich produkcja będzie kosztować).

Postać ministra aktywów państwowych jest newralgicznym punktem całej operacji z jeszcze jednego powodu. Tym razem dotyczącego samych pakietów wyborczych i tego, co się z nimi stanie, gdy obywatel już odda swój głos. Otóż to właśnie minister aktywów państwowych "określi, w drodze rozporządzenia, sposób postępowania" (art. 6. pkt 4. ustawy) zarówno z kartami i kopertami, które zostały doręczone i wypełnione w prawidłowy sposób, jak również z tymi, które zostały uszkodzone, wypełnione niewłaściwie i/lub które są w jakimś stopniu wybrakowane.

To także do kompetencji ministra aktywów państwowych należy określenie w drodze rozporządzenia szczegółowego sposobu i trybu odbierania pakietów wyborczych od obywateli "podlegających w dniu głosowania obowiązkowej kwarantannie, izolacji lub izolacji w warunkach domowych" oraz dostarczania tychże pakietów "do właściwych gminnych obwodowych komisji wyborczych".

Przypomnijmy, że minister aktywów państwowych jest członkiem obozu politycznego, który w tych wyborach wystawił swojego kandydata i który to kandydat ma w tej elekcji najwięcej do stracenia (jest urzędującym prezydentem i walczy o drugą kadencję). Tylko w wymiarze etyczno-prawnym budzi to bardzo poważne i uzasadnione wątpliwości.

Bartosz Arłukowicz, europoseł i wiceprzewodniczący Platformy Obyatelskiej, uważa, że na mocy przygotowanej przez PiS ustawy wicepremier Jacek Sasin de facto zastępuje PKW w organizacji i przeprowadzeniu wyborów prezydenckich:

Zobacz wideo
My mamy do czynienia z sytuacją taką, że dzisiaj PKW stał się poseł Sasin

- irytował się niedawno w Porannej rozmowie Gazeta.pl Bartosz Arłukowicz, europoseł i wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej. Polityk ma bardzo wiele obaw wobec procesu przeprowadzania wyborów korespondencyjnych wedle projektu autorstwa PiS-u. - Musimy mówić Polkom i Polakom, (…) co się stanie z naszą kartą po wrzuceniu do tajemnej urny czy skrzynki, która będzie stała koło naszego bloku. Kto bezpieczeństwa tej karty będzie pilnował? Jaką mamy gwarancję, że ktoś nie odczepi naszej ankiety i nie podczepi innego nazwiska pod nasz głos? Przecież w tych wyborach, jeślibyśmy wzięli w nich udział, może się okazać, że Bartosz Arłukowicz po zamianie ankiet zagłosował na Andrzeja Dudę, co jest absurdalne i niemożliwe. A to wszystko będzie w rękach ludzi, którzy do tej pory uczciwością się szczycić nie mogli - argumentował Arłukowicz.

Co na to wicepremier Sasin? 

To w ogóle PKW oraz Krajowe Biuro Wyborcze są tymi instytucjami, które te wybory przeprowadzają. To, że w tym uczestniczą inne instytucje państwa, to jest normalne, bo zawsze ktoś te karty drukował, ktoś te karty dowoził. Tak się dzieje i tym razem, różnica jest taka, że dostarcza je nie do lokali wyborczych, a do głosujących. Chciałem w ten sposób zdementować informacje, które się pojawiają, że to rząd czy Ministerstwo Aktywów Państwowych, czy ja, czy jakikolwiek inny rządowy urzędnik przeprowadza te wybory

- wyjaśniał polityk obozu rządzącego.

Socjolog prof. Jarosław Flis w rozmowie z Gazeta.pl tłumaczy, że w wielu krajach instytucje państwa uczestniczą w procesie wyborczym. Trudno wyobrazić sobie bowiem przeprowadzenie tak olbrzymiej operacji logistycznej z całkowitym pominięciem struktur państwowych. - Tyle że w tych krajach wszystko zawsze ustala się w ramach konsensusu i nikt nie ma do nikogo pretensji, nikt nikogo nie oskarża. Administracja rządowa nie "przejmuje" wyborów w sytuacji zaognionego sporu politycznego i przy niechęci 70-80 proc. społeczeństwa do organizacji wyborów - ocenia. I dodaje: - W Stanach Zjednoczonych przyjęło się, że ws. korupcji w rządzie i procedury wyborczej realna uczciwość państwa i polityków są tak samo ważne jak poczucie tej uczciwości u obywateli. Generalne wrażenie, że te wybory nie będą w porządku i nie powinny się od być ani w tym momencie, ani w tym trybie, wydaje mi się absolutną oczywistością.