Nowa Zelandia nie "spłaszczyła" krzywej - zdusiła ją. Oto co kraj zrobił dobrze [WYKRES DNIA]

Zmarło 13 osób, nowych zakażeń jest mniej niż 10 dziennie. Nowa Zelandia jest na drodze do tego, by nie tyle kontrolować epidemię koronawirusa, co wygrać z nią. To sukces, o jakim zdecydowana większość państw może w tej chwili tylko marzyć. Co tamtejsze władze zrobiły dobrze? W skrócie - zadziałały szybko i zdecydowanie.
Zobacz wideo Kiedy będziemy normalnie funkcjonować?

Wykresy takie, jak te z Nowej Zelandii, chcieliby pewnie widzieć w swoich krajach wszyscy rządzący i obywatele. Liczba aktualnie chorych na COVID-19 wypłaszczyła się tam po 16 dniach epidemii, a teraz systematycznie spada - coraz więcej osób zdrowieje, a coraz mniej jest nowych przypadków.

Pierwsze zachorowania na COVID-19 wykryto w kraju już w lutym, ale liczba przypadków zaczęła rosnąć szybciej w połowie marca. Przełom marca i kwietnia był już okresem kontrolowania epidemii, ze stałą dzienną liczbą nowych zachorowań. Po tym zaczęła spadać. Po 12 kwietnia nowych wykrytych przypadków było mniej niż 20, a od kilku dni - mniej niż 10. W sumie w kraju wykryto ok. 1450 przypadków koronawirusa. Z tego ponad 1000 osób już wyzdrowiało, a 14 zmarło. 

embed

W szczytowym momencie liczba chorych stanowiła 0,019 proc. populacji kraju, a po kilku dniach zaczęła spadać. W Polsce to obecnie 0,022 proc. - i stale rośnie, wynika z danych nzherald.co.nz. Współczynnik reprodukcji wirusa (R0) jest mniejszy niż 0,5. To oznacza, że od dwóch osób chorych zakaża się jedna kolejna osoba. W skali świata to obecnie 2-3, czyli od każdej chorej osoby zakażają się 2-3 kolejne. 

embed

"Zachowuj się tak, jakbyś miał COVID-19"

"Washington Post" pisał już na początku kwietnia, że Nowa Zelandia "nie tylko spłaszcza krzywą (zachorowań - red,), ale ją zdusza". Dziennik zwraca uwagę, że ograniczenia wprowadzono szybko i zdecydowanie. Celem było nie opanowanie epidemii do poziomu dającego się kontrolować, ale jej wyeliminowanie. Wcześniej wprowadzono obowiązek 14-dniowej kwarantanny dla przylatujących z dotkniętych epidemią regionów, a 19 marca (gdy liczba przypadków wynosiła 28) - zamknięto granice. W Polsce także zdecydowano się na to relatywnie wcześniej, jednak w późniejszym momencie epidemii - gdy liczba potwierdzonych przypadków wynosiła 125.

23 marca (102 wykryte przypadki) premier Jacinda Ardern ogłosiła, że za 48 godzin kraj wchodzi w pełen lockdown na cztery tygodnie. Oznaczał on, że z domu można było wyjść tylko do pracy - o ile ktoś wykonuje "niezbędny zawód", na zakupy lub uprawianie sportu blisko domu. Przed północą 25 marca wszyscy mieszkańcy kraju dostali SMS-a: "Zachowuj się tak, jakbyś miał COVID-19. To uratuje życia. Wszyscy zróbmy swoje, żeby zjednoczyć się przeciwko COVID-19". Polska wprowadziła podobne restrykcje, ale stopniowo. Zamknięto najpierw szkoły, później restauracje czy instytucje kultury, ale nie wszystkie biznesy poza tymi niezbędnymi.  

Gdy po dwóch tygodniach zaczęła spadać liczba nowych przypadków, pojawiły się wezwania do wcześniejszego poluzowania restrykcji, ale tak się nie stało. Obostrzenia przedłużono o tydzień. Od poniedziałku 27 kwietnia poziom alertu epidemicznego zostanie obniżony z IV do III. Otwarta zostanie część przedsiębiorstw i szkół. Zgodnie z zaleceniami ekspertów i WHO, prowadzono też szerokie testowanie pod kątem COVID-19. Nowa Zelandia należy do krajów z największą liczbą testów w przeliczeniu na mieszkańca. Zbadano koło 2 proc. populacji (w Polsce liczba wykonanych testów to 0,6 proc. populacji).

"Nowa Zelandia polegała na nauce i empatii" w swojej strategii walki z koronawirusem - opisywało BBC. Chwalona była sama Ardern za swoje przywództwo w czasie epidemii. "W przeciwieństwie do krajów, które 'wypowiadały wojnę COVID-19', przekazem rządu było zjednoczenie się kraju" - czytamy w portalu BBC. Ardern określała kraj "naszą pięciomilionową ekipą". Według cytowanych ekspertów sposób komunikacji ze strony szefowej rządu przyczyniły się do społecznego zaufania do niej i wprowadzonych restrykcji. Kolejnym czynnikiem było to, że w jasny sposób stawiano zdrowie obywateli na pierwszym miejscu - a nie rozważano, czy jest ono ważniejsze od gospodarki. 

Więcej o: