"Dla niektórych jedna klientka przyjęta w domu cichaczem to być albo nie być"

Ola Długołęcka
"Rozwód przez odrosty", "załamanie przez tatuaż" - tak zdesperowane klientki przekonują do świadczenia im usług w zamkniętej przez rząd branży beauty. Psychologów to nie dziwi, bo atrakcyjny wygląd przynosi wymierne efekty. W czasie epidemii to jednak igranie ze zdrowiem.

Jacek Szawioła jeszcze niedawno pracował jako wolny strzelec w salonie fryzjerskim, który znajduje się w przestronnym warszawskim mieszkaniu. Wynajmował tam, jak inni fryzjerzy freelancerzy, fotel. Od kiedy pracownia została zamknięta, codziennie wydzwaniają do niego "babki z pytaniem, czy by ich nie przyjął w domu". Jego stałe klientki rozumieją, kiedy im odmawia. – Najbardziej napastliwe są jednak te, które od dawna się u mnie nie strzygą – tłumaczy. - Panie żalą się, że mają już depresję, bo nie mogą na siebie patrzeć. Mówią, że przecież nigdzie nie wychodzą i są zdrowe. I że jak ich nie przyjmę, będę powodem rozwodu i rozbicia rodziny – opowiada Jacek. Presji się jednak nie poddaje, dzwoniące słyszą od niego "nie" i argument "że z powodu odrostów rozwodów nie dają".

Zobacz wideo

Do Pauliny, manikiurzystki z Rudy Śląskiej, także odzywają się stałe klientki i proszą, żeby "przyjęła je choćby w kiblu". Wszystkie słyszą odmowę, bo jak tłumaczy Paulina: - Im bardziej będziemy stosować się do zasad, tym szybciej uporamy się z tym całym syfem.

Jedna z warszawskich dermatolożek i lekarek medycyny estetycznej usłyszała od pacjentki, że jeśli ta nie będzie mogła się poddać planowanemu zabiegowi usunięcia znienawidzonego tatuażu, to "załamie się i skończy na psychotropach". Inna klientka koniecznie chciała wykorzystać czas społecznej izolacji na podanie wypełniaczy i ostrzyknięcie twarzy toksyną botulinową. - Tłumaczyła, że za miesiąc jedzie z mężem za granicę, gdzie będzie on leczony onkologicznie. A jej zależy, żeby tam czuć się dobrze. Samopoczucie ma jej poprawić właśnie młody wygląd – wyjaśnia lekarka. – Klientka, choć miała partnera w grupie potencjalnego ryzyka w przypadku zakażenia, czuła się nietykalna i koronawirusem w ogóle się nie przejmowała – opowiada dermatolożka.

Domowe farbowanie włosówDomowe farbowanie włosów Fot. Shutterstock

Bliskie kontakty

Kasia, która przed zakazem pracowała w dużym krakowskim studiu stylizacji paznokci, również boi się wirusa i nie przyjmuje klientek. – Chyba większość z nas czuje, że robienie paznokci pomimo zakazu to w pełni świadome podejmowanie ryzyka. Przecież nikt nie ma na czole wypisane, czy jest chory, czy nie - mówi.

O przypadku takiej właśnie zdrowej-niezdrowej klientki, która sprawiła, że warszawski Salon Wisła, specjalizujący się w manikiurze, został zamknięty jeszcze przed oficjalnym zakazem, opowiada jego właścicielka Zuza Wiślicka. – Pani zjawiła się u nas w trakcie odbywania obowiązkowej kwarantanny po powrocie z zagranicy. Dowiedziałyśmy się o tym pod koniec jej wizyty! Zamknęłam gabinet ze względu na bezpieczeństwo pracowników, klientów i swoje – mówi Wiślicka. I dodaje, że: - Praca stylistki paznokci to kontakt z klientem twarzą w twarz w odległości 50 centymetrów.

Cichcem u klientki

Zgodnie z rządowym rozporządzeniem zamknięte zostały od 1 kwietnia 2020 roku do odwołania bez wyjątków wszystkie zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, salony tatuażu i piercingu. Tych usług nie można realizować również poza salonami. Wizyty w domach nie wchodzą więc w grę. Za złamanie zasad grozi grzywna w wysokości od 5 do 30 tysięcy złotych. Dla właścicielek małych salonów, które często są prowadzone na zasadach jednoosobowej działalności gospodarczej, oznacza to utratę środków do życia.

Michał Łenczyński z krakowskiej Akademii Sztuki Piękności jest założycielem grupy wsparcia #BeautyRazem, która skupia ponad 27 tysięcy specjalistów z branży urodowej. Według niego mimo dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazły się fryzjerki, kosmetyczki, manikiurzystki, udowodniły one, że troszczą się o zdrowie Polaków. - Gdy groziła nam epidemia, ponad 94 procent salonów, które należą do grupy #BeautyRazem, w trosce o zdrowie klientów zamknęło działalność, a co trzeci przekazał szpitalom własne środki dezynfekcyjne – mówi, powołując się na zbierane przez siebie dane. Na 1673 anonimowe deklaracje członków grupy #BeautyRazem zaledwie trzy procent ankietowanych przyznało, że pracuje mimo zakazu.

Zdaniem Łenczyńskiego to jednak może się szybko zmienić. - Jeśli w ciągu najbliższego miesiąca rząd nie zaproponuje w ramach tarczy kryzysowej rozwiązań skrojonych pod branżę beauty, liczba świadczących usługi - pomimo zakazu - co tydzień będzie się zwiększała o mniej więcej dwa procent - szacuje. A jak wynika z obliczeń specjalistów z tej branży - jeden procent to 100 tysięcy kontaktów osobistych miesięcznie.

Domowy manicureDomowy manicure Fot. Shutterstock

Zuza Wiślicka z Salonu Wisła nie ma wątpliwości, że są specjalistki, które ze strachu przed brakiem zarobków będą dalej oferowały swoje usługi. - To są poważne dylematy: zdrowie swoje, bliskich, odpowiedzialność społeczna czy przetrwanie finansowe - mówi. Jacek Szawioła, który jest w komfortowej sytuacji, bo zarabia dodatkowo w innej branży, doskonale wie, że część jego znajomych fryzjerów pracuje, bo nie ma za co żyć. Stylistka paznokci Kasia stara się nie potępiać osób, które mimo zakazu oferują swoje usługi: - Dla niektórych jedna klientka przyjęta w domu cichaczem to być albo nie być.

Wielki powrót do czasów sprzed hybrydy

Na to, jak wyglądamy, pracuje dzisiaj sztab ludzi. - To wygoda, do której się przyzwyczaiłyśmy i trudno teraz pożegnać się z bezwysiłkowym efektem "I woke up like this" [ang.: „Taka piękna się obudziłam” – przyp. red.] - tłumaczy Zuza Wiślicka. 

Z analiz organizatorki konferencji branży beauty Żanety Stanisławskiej wynika, że przebadane przez nią klientki najczęściej wybierały zabiegi u kosmetyczki (75 proc. wskazań), na drugim miejscu były usługi manikiurzystek (69,2 proc.), a na trzecim specjalistek od przedłużania rzęs (30,8 proc.). 36 proc. ankietowanych przez nią kobiet deklarowało, że na zabiegi wybiera się regularnie raz w miesiącu, a 26 proc. kilka razy w miesiącu.

Jak dzisiaj radzą sobie bez tych wizyt? Pytam o to Weronikę, która od lat nosi lakiery hybrydowe. – Piłuję, ile się da – odpowiada. -  Mój partner ma babcię w podeszłym wieku, szkoda by było jej coś sprzedać, a musimy się liczyć z tym, że trzeba jej będzie pomagać - mówi. Kobieta zastrzega jednak, że gdy dopadnie ją kryzys, będzie szukać dojścia do specjalistki. - Może za jakiś czas napiszę po cichu do "mojej pani". Na pewno mnie nie przyjmie, bo jest tuż przed porodem, ale może kogoś poleci – rozważa swoje możliwości Weronika.

Joanna hybrydę musiała zdjąć sobie sama, bo jej "pani od mani" zamknęła gabinet jeszcze przed oficjalnym zakazem. - Zamówiłam online odżywkę, dwa lakiery i pilniczek. To dobry czas, by paznokcie odpoczęły po latach stosowania hybrydy. Na pedi poszłam przed zaostrzeniem zasad. Na własne ryzyko, ale z moją pedikiurzystką znamy się długo, mam do niej pełne zaufanie. Prowadzi gabinet sama, przestrzega zasad sterylności, nikt się tam nie kręci - tłumaczy kobieta. 

Anna mówi, że ma na głowie odrost jak sk****syn, Magda że "jak stąd na księżyc" – obie nie zdążyły z wizytami u fryzjera, miały terminy na tydzień po wprowadzeniu zaostrzeń. Gosia Piechocińska, fryzjerka i szkoleniowiec marki Davines, radzi im, by zacisnęły zęby i powstrzymały się przed eksperymentami na własną rękę oraz zakazanymi spotkaniami u przypadkowych stylistów. - Lepiej zastosować działające czasowo maski koloryzujące, spraye na odrosty - tłumaczy.

Siadająca psyche

Można sądzić, że te Polki, które mają możliwość pracy zdalnej, nie pokazują się w biurze, przeżyją kilka miesięcy z wyblakłym kolorem na głowie. - Rzeczywistość jest jednak inna. Praca przeniosła się do Internetu, nadal odbywają się spotkania i narady, tyle że online. Chcemy się prezentować profesjonalnie i estetycznie - przekonuje kosmetolożka Paulina Stopczyk.

Aleksandra Mazurek, psycholog kliniczna, dodaje, że z wielu badań naukowych wynika, że kobiety postrzegają siebie gorzej, niż widzą je inni. – A kwarantanny nie spędzamy same. Nadal chcemy podobać się sobie i drugiej osobie. Na dodatek jesteśmy przyzwyczajone do bycia zadbanymi. Trudno jest zaakceptować trzytygodniowy odrost paznokci, gdy od lat są perfekcyjnie zrobione. Brak możliwości wpływu na tę sytuację może budzić frustrację i złość – wyjaśnia Mazurek.

Czy to przejaw próżności i źle ustawionych życiowych priorytetów? Ktoś mógłby pomyśleć, że gdy umierają tysiące ludzi walą się systemy opieki zdrowotnej, grozi nam recesja, wyglądem zajmują się "puste lale". To nie do końca prawda.

Jak tłumaczy profesor psychologii Wiesław Łukaszewski: - Wraz z zespołem wykonaliśmy serię badań, z których wynika, że w warunkach aktywizacji myśli o śmierci rośnie zainteresowanie wyglądem i poszukiwanie dowodów na swoje mocne strony. Okazało się, że krótkie choćby wizyty u fryzjera czy w salonie kosmetycznym, a nawet poddanie się bolesnej depilacji ciała znacząco zmniejszają intensywność zarówno lęku przed samotnością, jak i lęku przed śmiercią. Jak widać, to nie jest tylko problem przypodobania się partnerowi czy całemu światu.

Domowy pedicureDomowy pedicure Fot. Shutterstock

 Wizyta w salonie w czasie pandemii. Ryzyko występuje zawsze

Dr Marek Wasiluk, autor książki "Medycyna estetyczna bez tajemnic":

Umawiając się w szarej strefie na zabieg kosmetyczny, nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed zakażeniem. Kosmetyczka czy fryzjerka mogą być wyposażone w maskę, rękawiczki, kombinezon i przyłbicę, ale to nie gwarantuje, że nie zakażą się od klientki, która jest nosicielką wirusa. Wystarczy, że nieprawidłowo zdejmą strój ochronny.

To działa także w drugą stronę. Odpowiednio ubrana specjalistka w pewnym stopniu zabezpiecza klientkę przed zakażeniem od siebie samej, ale nie w stu procentach. Bo na przykład przed założeniem rękawiczek mogła na nie kaszlnąć czy położyć w miejscu, gdzie akurat znajdował się rozsiany przez nią wirus, a potem będzie nimi dotykać twarzy czy dłoni klientki. Niebezpieczeństwo występuje więc zawsze!

Więcej o: