"Zlekceważyliśmy wroga". Dlatego na wojnie z koronawirusem tracimy szpitale i personel medyczny

Mniej więcej co szósty zakażony koronawirusem w Polsce to pracownik personelu medycznego. Liczbę szpitali zamkniętych całkowicie lub częściowo z powodu epidemii liczymy w dziesiątkach. Tymczasem pik epidemii dopiero przed nami. Jeśli ten stan rzeczy się utrzyma, prędzej niż później Polaków zakażonych wirusem SARS-CoV-2 nie będzie miał ani kto, ani gdzie leczyć.

7 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia. W dobie ogólnoświatowej pandemii koronawirusa dzień szczególny, bo teraz bardziej niż kiedykolwiek doceniamy, jak ważna i potrzeba jest praca szeroko rozumianego personelu medycznego. Personelu, który w Polsce od lat jest niedoceniany, przepracowany i zbyt słabo wynagradzany. Mimo tego dzisiaj ryzykuje swoje życie i zdrowie, żeby pomagać i ratować nas - pacjentów. Zatrzymajmy się więc na chwilę, doceńmy to i podziękujmy. Najlepiej nie tylko w ten jeden dzień w roku.

- Potrzeba planu - mówi prof. Maria Gańczak, epidemiolożka i wiceprezydent Europejskiej Sekcji Kontroli Zakażeń, kiedy pytam ją o szanse polskiej służby zdrowia i personelu medycznego w starciu z postępującą epidemią koronawirusa.

Mieliśmy półtora, może nawet dwa miesiące, żeby się przygotować, ale zlekceważyliśmy wroga. Można odnieść wrażenie, że wielu osobom w Polsce wydawało się, że to, co nadchodzi nie będzie niczym poważnym, że może to być podobne do nieco bardziej nasilonej epidemii grypy. Pomylili się

- dodaje.

Tracimy "biały personel"

Pomyłka okazała się bardzo kosztowna. Siedem szpitali i placówek medycznych w całym kraju zostało całkowicie wyłączonych z systemu z powodu zakażenia personelu i pacjentów koronawirusem, a w kolejnych 52 lokalizacjach zamknięto jeden lub więcej oddziałów (w większości przypadków jest to kilka ważnych oddziałów, gdzieniegdzie niemal cały szpital). Wciąż niepotwierdzone przez dyrekcje szpitali ani władze miejskie czy też wojewódzkie pozostaje zamknięcie oddziałów w kolejnych sześciu szpitalach. Łącznie daje to od 59 do nawet 65 placówek ochrony zdrowia, które zostały sparaliżowane w walce na froncie z epidemią. To stan na godz. 14:00 6 kwietnia, listę systematycznie aktualizujemy na Gazeta.pl.

17 proc. ogólnie zakażonych w Polsce to personel medyczny. To procent zatrważający, najwyższy w Europie. Mam informacje, że w samej Warszawie 24 lekarzy jest z dodatnim wynikiem testu

- alarmował w "Faktach po Faktach” na antenie TVN24 prezes Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja. Był piątek 3 kwietnia. Dzień wcześniej Główny Inspektorat Sanitarny zaprezentował dane dotyczące medyków, którzy do tej pory wypadli z systemu. 461 zakażonych (z łącznej liczby 3383 w skali kraju) i 4577 na kwarantannach (4391 na domowej i 186 na zbiorowej) to m.in. lekarze, pielęgniarki, diagności laboratoryjni, ratownicy medyczni. Ogólnie: personel medyczny. Dotychczas GIS utrzymywał, że takich danych nie posiada, podobnie Ministerstwo Zdrowia. Te liczby pogarszają się z każdym dniem.

Czy w szpitalach brakuje sprzętu? Zobacz, jak w rozmowie z Gazeta.pl tłumaczył to swego czasu minister zdrowia Łukasz Szumowski:

Zobacz wideo

- Rzecznik prasowy GIS-u jednego dnia mówił, że tych danych nie gromadzą, a dwa dni później, po kolejnych apelach, stwierdził, że stan na czwartkowy wieczór to 461 lekarzy zakażonych koronawirusem. Pytanie, czy rzecznik GIS-u mijał się z prawdą wcześniej mówiąc, że ich nie ma, czy teraz podaje nieprawidłowe dane? - irytuje się dr Bartosz Fiałek, przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego OZZL, członek Prezydium Zarządu Krajowego OZZL.

Zaufanie medyków do GIS i resortu zdrowia z każdym dniem jest mniejsze. Długotrwały brak chęci do gromadzenia i analizowania danych dotyczących zachorowań wśród tzw. białego personelu spotyka się z brakiem zrozumienia. Zresztą nie tylko samych medyków, ale także epidemiologów, wirusologów i ekspertów od ochrony zdrowia. Doszło do tego, że poszczególne grupy zawodowe medyków na własną rękę zaczęły monitorować skalę zakażeń i kwarantann w swoich szeregach. - Dane zbierane przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych zaktualizowane po czwartkowej (2 kwietnia - przyp. red.) telekonferencji Zarządu Krajowego mówią o 231 zakażonych pielęgniarkach i 2367 objętych kwarantanną - mówi nam Krystyna Ptok, przewodnicząca OZZPiP. Dane zamierzają zaktualizować popołudniu w środę 8 kwietnia.

Dr Bartosz Fiałek: - Skrupulatnie prowadzone dane o liczbie medyków zakażonych koronawirusem i przebywających na kwarantannie oraz pod nadzorem epidemiologicznym jest kluczowe dla oceny stanu rozwoju epidemii i doboru metod jej przeciwdziałania. Zwłaszcza patrząc na braki kadrowe personelu medycznego w Polsce. O takich danych informują państwa z całego świata. My nie. Jeśli masowo zaczną wypadać pielęgniarki, lekarze, diagności laboratoryjni czy ratownicy medyczni, to nie tylko nie będzie komu leczyć Polaków, ale nawet wykonywać testów.

Placówki medyczne są dzisiaj jednym z najważniejszych ognisk zapalnych epidemii, ale to dzieje się nie tylko w Polsce. Moi koledzy z Włoch mówią, że dokładnie tak samo ten etap epidemii przebiegał u nich

- przestrzega epidemiolożka prof. Maria Gańczak. I dodaje: - Mamy też dużo ognisk w domach opieki dla osób starszych. W dobie epidemii wiele z nich pozwalało na odwiedziny osób z zewnątrz. Kończyło się tym, że przychodził bezobjawowy odwiedzający, który zakażał najpierw jednego seniora, a potem zakażonych było wielu innych pacjentów i członków personelu i całą placówkę trzeba było zamknąć.

Zdaniem dr hab. Ernesta Kuchara, specjalisty chorób zakaźnych i medycyny podróży oraz kierownika Kliniki Pediatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, jeśli chodzi o straty w personelu medycznym, idziemy drogą krajów, które w starciu z koronawirusem mocno ucierpiały - Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii.

W innych krajach walczących z koronawirusem tak właśnie było - pracownicy ochrony zdrowia stanowili istotny odsetek osób zakażonych, na kwarantannach czy też ofiar śmiertelnych

- zauważa nasz rozmówca. Zaznacza przy tym, że dużą rolę, nie tylko zresztą w Polsce, odgrywa tutaj czynnik środowiskowy. Wielu medyków jest z tzw. rodzin lekarskich, w których współmałżonek również pracuje w służbie zdrowia. To dodatkowo potęguje ryzyko zakażenia, bo ekspozycja na wirusa jest nie tylko w czasie pracy, ale również w domu.

Sześć filarów kryzysu

Powodów szczególnej wrażliwości personelu medycznego na zakażenie koronawirusem jest jednak więcej. Wszyscy medycy, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać od początku epidemii w Polsce zgodnie wskazują na główny problem: brak środków ochrony indywidualnej. Czyli m.in. kombinezonów, masek, przyłbic, gogli czy jednorazowych rękawiczek.

Nowej maski powinniśmy używać przy wizycie u każdego pacjenta, tymczasem te maski są na receptę, więc musimy używać tej samej cały czas. Co do kombinezonów, to na każdy wyjazd powinniśmy mieć nowy zestaw kombinezonów. Nie mamy. Nawet środki dezynfekcji są reglamentowane i nie mamy ich tyle, ile potrzebujemy

- opowiadał mi pod koniec marca ratownik medyczny pracujący m.in. w Warszawie.

Sytuacja w szpitalach wcale nie jest lepsza. Krystyna Ptok, szefowa OZZPiP, pytana przeze mnie pod koniec ubiegłego miesiąca o braki sprzętowe, wskazywała na niedostatek "masek HEPA, kombinezonów czy też odzieży ochronnej w odpowiednim rozmiarze, jednorazowych ubrań chirurgicznych, osłon na obuwie, gogli, przyłbic, środków do dezynfekcji rąk i skóry". Należy przy tym jednak zaznaczyć, że w tzw. jednoimiennych szpitalach zakaźnych, a więc placówkach oddelegowanych wyłącznie do walki z koronawirusem, sytuacja sprzętowa jest znacznie lepsza niż w pozostałej części placówek. Niedobory sprzętu są tam śladowe albo nie ma ich wcale.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że na bieżąco dokupuje sprzęt i dostarcza go medykom. Przyznaje jednak, że ten proces trwa, bo popyt na sprzęt medyczny jest aktualnie gigantyczny, a zasoby ograniczone. Jako państwo nie mieliśmy zaś zapasów sprzętu ochrony indywidualnej pozwalających odeprzeć choćby pierwszą falę epidemii, tę relatywnie najłagodniejszą. Teraz kolejne dostawy trafiają do Polski, a z czasem także na pierwszą linię frontu. Ostatnia transza trafiła do naszego kraju w pierwszych dniach kwietnia. To 31 mln masek medycznych, 28 mln masek z filtrami, 17,5 mln rękawic jednorazowych, 1,8 mln gogli, przyłbic i okularów, 1,65 mln kombinezonów ochronnych.

To nie powinno jednak nikogo uspokajać. Prof. Maria Gańczak tłumaczy, że na obecnym etapie rozwoju epidemii każdy pacjent przyjmowany w szpitalu - bez znaczenia, czy zakaźnym, ogólnym albo jednoimiennym - czy innej placówce medycznej musi być traktowany jako potencjalnie zakażony. To zaś nakazuje szczególne środki ochronne i stosowanie ściśle określonych procedur. - Przecież nie tylko jednoimienne szpitale zakaźne przyjmują pacjentów zakażonych koronawirusem. Neurolog może nie zdawać sobie sprawy, że na fali epidemii na oddział zostanie przyjęty pacjent z udarem mózgu, który po dwóch czy trzech dniach zacznie zdradzać objawy zakażenia SARS-CoV-2 - wyjaśnia epidemiolożka.

Drugim powodem raptownego ubywania personelu medycznego walczącego z koronawirusem są braki kadrowe. Były dotkliwe i paraliżowały polską służbę zdrowia od lat, ale teraz stały się śmiertelnym zagrożeniem zarówno dla pacjentów, jak i samych medyków.

Mamy w Polsce 2,4 lekarza na 1000 mieszkańców, to najgorszy wynik z krajów OECD

- ocenia dr Bartosz Fiałek.

Każdy lekarz, który wypada z powodu zakażenia, kwarantanny czy nadzoru epidemiologicznego, może sprawiać ogromne problemy z zapewnieniem ciągłości diagnostyczno-terapeutycznej. Na niektórych oddziałach jest zaledwie po trzech lekarzy, więc jeśli wypadnie choćby jeden, oddział trzeba zamknąć

- podkreśla.

Medycy, z którymi rozmawialiśmy mówią nam również, że w czasach przed epidemią nikt nie myślał, że takie zjawisko może się w Polsce pojawić. Wiadomo: XXI wiek, "globalna wioska", nowe technologie, błyskawiczny rozwój nauki i medycyny. Widmo ogólnoświatowej pandemii wydawało się wizją rodem z powieści Alberta Camusa czy Romaina Rollanda. Większość służb, które dziś walczą na pierwszej linii frontu, potrzebnej wiedzy, zachowań, nawyków uczyła i uczy się w biegu. Na błędach swoich i kolegów z innych państw walczących z koronawirusem.

Weźmy tylko bezpieczne zdejmowanie odzieży ochronnej. Koledzy i koleżanki uczą się tego z filmików na YouTubie, bo takich procedur u nas nie było

- mówi dr Fiałek.

Procedury to zresztą znacznie szerszy temat. I kolejny powód tego, że każdego dnia w walce z zarazą tracimy nowych medyków i szpitale. Zabrakło systemowych procedur państwa na taką sytuację. Zwłaszcza w szpitalach i placówkach medycznych, które do tej pory żyły swoim życiem i działały wedle pomysłów i planów swoich dyrekcji.

Mówi Krystyna Ptok, szefowa OZZPiP: - Praktycznie każdy szpital, czy szerzej podmiot ochrony zdrowia, ma swoje procedury i zalecenia. Nie jest to ani w żaden sposób skoordynowane, ani nadzorowane, stąd też moim zdaniem pojawiające się coraz liczniejsze zakażenia. W oddziałach szpitalnych często lekceważone są niejednoznaczne objawy u chorego, nie wykonuje się testów, a w momencie pogorszenia się stanu chorego i wykonania testów, które są dodatnie, mamy sytuację kontaktu dużej grupy pracowników medycznych z zakażonym pacjentem, panikę i konieczność odsunięcia ich od pracy. Jeśli popełniać będziemy błędy w procedurach medycznych, to nie ma prawa się udać.

Dr Bartosz Fiałek: - Nawet jeśli wymieniamy się informacjami na różnych forach medycznych, to w zależności do tego, czy ktoś pracuje w Kaliszu, Poznaniu czy Wrocławiu, ma zupełnie inne regulacje.

"Biały personel" uważa, że jak nigdy, mści się dzisiaj na nas to, że polski system ochrony zdrowia oparliśmy na wyzysku medyków i niedoborach kadrowych. To właśnie z tych powodów lekarze, pielęgniarki, diagności laboratoryjni czy ratownicy medyczni, żeby związać koniec z końcem, muszą pracować nawet nie w dwóch, ale czasem trzech czy czterech placówkach. Nie miejmy złudzeń, to nie zmieniło się w czasie epidemii koronawirusa. Gdyby tak było, polska służba zdrowia stanęłaby z dnia na dzień. Natomiast częste i niekontrolowane migracje personelu pomiędzy placówkami (niekiedy jednoimiennymi bądź zakaźnymi i ogólnymi!) stwarzają wręcz cieplarniane warunki dla wirusa, żeby rozprzestrzeniać się szybciej i efektywniej niż w sytuacji, gdy lekarze pracowaliby głównie w jednym miejscu.

Wreszcie rzecz ostatnia, ale być może najważniejsza: testy personelu medycznego na obecność koronawirusa. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) od dawna zalecała, żeby personel medyczny badać w pierwszej kolejności. Po pierwsze dlatego, że odpowiada za ratowanie ludzkiego życia, więc nie może go zabraknąć. Po drugie, dlatego, że jeśli do zakażenia dojdzie wśród medyków, z systemu wypada nie jeden pracownik, ale cały oddział czy nawet placówka. Do tego dochodzą liczeni w dziesiątkach nowi zakażeni - pacjenci, którzy z takim medykiem mieli styczność.

Politycy mówią nam, że jesteśmy kluczowi dla systemu, ale w rzeczywistości nie jesteśmy w pierwszym rzędzie, tylko w trzecim albo czwartym

- nie kryje złości Krystyna Ptok. I dodaje: - Bardzo brakuje testów dla medyków i ten problem nie jest rozwiązywany tak szybko, jak byśmy oczekiwali i jak wymaga tego sytuacja. Czekamy standardowo 30 godzin ale zdarza się, że więcej na wyniki naszych testów, o ile już mamy szczęście się przebadać.

Zdaniem dr. Fiałka państwo polskie nie nabyło wystarczającej liczby testów przed wybuchem epidemii, więc gdy koronawirus zaczął paraliżować świat, było już za późno. Nabycie pożądanej liczby testów zaczęło graniczyć z cudem i każdy musiał brać z rynku tyle, ile było, a nie tyle, ile potrzebował. To dlatego, jak mówi nasz rozmówca, dzisiaj dostępność do testów jest reglamentowana. Tymczasem, twierdzi dr Fiałek, medycy powinni być badani na obecność koronawirusa raz w tygodniu, żeby wykluczyć ryzyko paraliżu służby zdrowia. Tylko utrzymanie zdolności medyków do dalszej pracy daje bowiem szanse na opanowanie epidemii.

Mamy za mało testów, więc żeby w ogóle ich starczyło, testujemy wyłącznie tych, którzy są najbardziej potrzebujący, czyli objawowych pacjentów. WHO rekomenduje natomiast, żeby testom poddawać wszystkich z potencjalnego kontaktu. W Polsce byłaby to liczba 300 tys. osób, podczas gdy testów przeprowadziliśmy 85 tys. Brakuje ponad 200 tys. testów, żeby sprostać zaleceniom WHO

- wylicza lekarz.

Przełomem może być tutaj niedawna decyzja Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ), który postanowił sfinansować testy na obecność wirusa SARS-CoV-2 wykonywane u pacjentów oraz personelu medycznego wszystkich polskich szpitali. Wykaz laboratoriów, w których przeprowadzane będą finansowane przez Fundusz testy mają przygotować dyrektorzy wojewódzkich oddziałów NFZ w porozumieniu z wojewodami. Dla medyków to świetna wiadomość, która przyjęli z ulgą i radością. Pytają jednak: dlaczego tak późno.

Jest źle, ale (jeszcze) nie tragicznie

Chociaż sytuacja kadrowa personelu medycznego w Polsce jest zła i wciąż się pogarsza, zamiast poprawiać, nie jesteśmy w tym problemie odosobnieni. Kraje, które toczą najbrutalniejszą walkę z epidemią też to przerabiały bądź nadal przerabiają.

W Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii sytuacja wcale nie jest lepsza niż w Polsce. Z prywatnych rozmów wiem, że w Wielkiej Brytanii w ogóle nie wolno robić pracownikom badań, z kolei lekarze pracujący w Hiszpanii twierdzą, że tam niemal wszyscy medycy są zakażeni. Jeśli ktoś jest w stanie pracować, ma siłę, to przychodzi i pracuje, a jeśli nie, to wypada z systemu

- opisuje specjalista chorób zakaźny dr hab. Ernest Kuchar.

Epidemia koronawirusa jak w soczewce skupia największe problemy polskiej służby zdrowia: braki kadrowe, niedostatek sprzętu, niedopracowane procedury (albo ich zupełny brak), zaniedbane szkolenie (większość zawodów medycznych za szkolenia zawodowe, które są obligatoryjne, musi płacić z własnych pieniędzy, a nie są to małe kwoty) i mankamenty czysto organizacyjne na poziomie samych placówek medycznych.

W epidemii trzeba myśleć o jeden krok do przodu - co będzie, jeśli nie wprowadzimy odpowiednich środków i procedur. Nie możemy reagować dopiero wówczas, kiedy już pojawiają się zakażenia. A tak jest obecnie w Polsce, brakuje rozwiązań systemowych

- diagnozuje epidemiolożka prof. Maria Gańczak.

Chociaż w czasie epidemii, ogólnonarodowej kwarantanny i potężnego gospodarczego kryzysu minister zdrowia wyrasta na pierwszoplanową postać obozu władzy, to nasi rozmówcy przyznają, że nawet teraz widać, jakie podejście jako państwo mamy do ochrony zdrowia. - Minister zdrowia jest przekonany, że sytuacja, jeśli chodzi o liczebność lekarzy, jest tragiczna. Wiem, że on to wie, ale nie podaje tych informacji do publicznej wiadomości. Nie dlatego, że nie chce o tym mówić, tylko dlatego, że nie może. Po prostu stanowisko ministra zdrowia w polskiej hierarchii politycznej nie stoi dostatecznie wysoko - uważa dr Bartosz Fiałek.

Pytam go, jak w skali od jednego do dziesięciu oceniłby aktualną sytuację Polski, jeśli spojrzeć na wypadający z systemu personel i placówki medyczne. W tym zestawieniu jeden to sytuacja idealna, a dziesiątka oznacza prawdziwy kataklizm.

Jesteśmy obecnie gdzieś między szóstką a siódemką

- ocenia lekarz. Na koniec dodaje: - Jednak, jeśli w takim tempie będzie rosnąć liczba zakażeń wśród personelu medycznego, znacznie szybciej od innych krajów będziemy pokonywać kolejne szczeble, aż w końcu dobrniemy do dziesiątki.