"Największą krzywdę, jaką moglibyśmy zrobić człowiekowi, to powiedzieć mu, że nie ma wirusa"

- Zrobiłam doktorat, pięcioletnią specjalizację z epidemiologii, 30 lat pracuję w ochronie zdrowia, ale takiej szkoły życia, jaką mam teraz, nie miałam nigdy. Mogę powiedzieć bez wahania: to najtrudniejszy egzamin, do jakiego przyszło mi podejść - mówi dr n. med. Agata Wolska z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Pruszkowie.

Wysłałam dziesiątki mejli do stacji sanitarno-epidemiologicznych w całej Polsce z prośbą o rozmowę z inspektorem. Oddzwonił tylko jeden inspektor, z Płocka, z informacją, że telefonuje, żeby mi powiedzieć, że nie ma czasu ze mną rozmawiać. I odezwała się pani.

Od początku marca jestem pod telefonem 24 godziny na dobę. Przez pierwsze dwa tygodnie epidemii praktycznie nie spałam. Kilka osób od nas od razu poszło na zwolnienie lub musiały zająć się dziećmi, ponieważ zamknięto szkoły. A ludzie dzwonili non stop, o każdej porze dnia i nocy. Żeby zebrać wywiad epidemiologiczny, potrzeba 10, 15, a czasem i 30 minut. Musimy dowiedzieć się dokładnie, kiedy ktoś miał kontakt z osobą zakażoną, czy po tym kontakcie chodził do pracy, widywał się z innymi ludźmi. A jeśli tak - to z kim, kiedy. Aby usprawnić pracę, dokupiłam dwa telefony, z których mogliśmy oddzwaniać do każdego, kto wysłał nam mejla z prośbą o kontakt. Sami poprosiliśmy ludzi, żeby pisali najpierw mejle, żeby nie blokować linii.

Musiałam przeorganizować pracę całego zespołu, abyśmy byli w stanie obsługiwać linię niemalże całą dobę. W stacji pracuje razem 30 osób, na dwie zmiany, od siódmej rano do 23, ja jestem dostępna 24 godziny na dobę. Stacja działa również w weekendy.

Bardzo szybko pani mówi.

W tych okolicznościach musiałam nauczyć się szybko odpowiadać. (śmiech)

Cieszę się, że zainteresowała się pani tym, jak wygląda teraz nasza praca. Jesteśmy już zmęczeni wiecznymi pretensjami, że nie odbieramy telefonów, oskarżeniami o to, że ukrywamy liczbę zakażonych, liczbę zgonów. Napisano już na mnie mnóstwo skarg, że nie pomagam, nie można liczyć z mojej strony na merytoryczną odpowiedź, że wprowadzam w błąd. Jesteśmy po prostu najgorsi.

Pracownice wojewódzkiej stacji sanitarnej izolują wirusa grypyPracownice wojewódzkiej stacji sanitarnej izolują wirusa grypy fot: Przemysław Skrzydło/ Agencja Gazeta

Na wszelki wypadek otworzyłam kilka plików z danymi statystycznymi, bo nie byłam pewna, o co będzie pani pytać. Mam w tej chwili przed oczami kilka monitorów z tabelkami w Excelu. Codziennie przygotowujemy kilkanaście takich tabelek – odnotowujemy na bieżąco, ile osób przebywa w kwarantannie, ile w izolacji, ile jest nowych zakażeń. Na szczęście w powiecie pruszkowskim nie mieliśmy dotychczas żadnego przypadku śmiertelnego. Ale jeśli będzie, to przecież ja tego nie ukryję. Szpital informuje o zgonie nas i rodzinę. Gdyby ktoś zorientował się, że nie odnotowałam tego przypadku, jestem pewna, że szybko byłoby to zweryfikowane.

Pretensje o wprowadzanie w błąd miały jednak swoje podstawy. Polacy otrzymali informację w mediach, na oficjalnych stronach rządowych, że we wszystkich sprawach związanych z koronawirusem mają dzwonić właśnie do stacji sanitarno-epidemiologicznej.

To prawda, ale taka informacja nie powinna była zostać przekazana, bo inspekcja sanitarna nie ma kompetencji, żeby udzielać medycznych porad związanych ze zdrowiem. Otrzymaliśmy wytyczne, na podstawie których mieliśmy za zadanie klasyfikować osoby z podejrzeniem koronawirusa i w razie potrzeby wysyłać transport dedykowany, żeby przewieźć je do szpitala, gdzie zrobiony im zostanie test. A ludzie dzwonili z tym, że mają gorączkę 37,2 i co mają zrobić, że mają biegunkę, boli ich głowa, ucho. I czy to koronawirus.

Zdarzało się, że nawet lekarze nas pytali, czy mają kogoś skierować na testy, czy nie. Dochodziło do sytuacji, że ktoś trafiał o 1.00 w nocy do szpitala z bólem w klatce piersiowej, a tam słyszał, że ma się zgłosić do inspekcji sanitarnej. Ja w środku nocy dostaję telefon i mam powiedzieć komuś, czy ma koronawirusa, czy nie. Przecież taka osoba powinna trafić od razu do szpitala na diagnostykę.

Na 38 stacji sanitarno-epidemiologicznych w województwie mazowieckim jest może ośmiu lekarzy na stanowisku inspektora sanitarnego. Ja jestem z zawodu epidemiologiem, nie mogę się wypowiadać na temat przyczyn bólu głowy, problemów kardiologicznych czy wysokiej gorączki. Nie mogę udzielać medycznej diagnozy.

Oprócz mnie w stacji pracują osoby z wykształceniem kierunkowym – po psychologii, pedagogice, technologii żywności, chemii, ochronie środowiska. Epidemiologia to tylko jeden z działów, który do tej pory i tak zajmował się przede wszystkim szczepieniami – realizacją kalendarza szczepień, ich kontrolą, nadzorem nad placówkami służby zdrowia, chorobami zakaźnymi w zakresie ich statystyki oraz zbieraniem wywiadów epidemiologicznych. Nagle, z dnia na dzień, prawie wszyscy pracownicy musieli porzucić codzienne zadania i zająć się walką z epidemią, odpowiadając na setki pytań związanych ze zdrowiem. Spadł na nas nieprawdopodobny obowiązek leczenia ludzi przez telefon.

Czego jeszcze ludzie oczekiwali, a wy nie byliście w stanie spełnić?

Mieli pretensje, że muszą tak długo czekać na przewiezienie do szpitala - w pewnym momencie zapotrzebowanie na wykonanie testu było tak duże, że system się zatkał, a oczekiwanie na transport wydłużyło się do kilkunastu godzin. Jednocześnie każda z osób oczekujących powinna w tym czasie być pod opieką lekarza, a to na nas spadł obowiązek oceny, czy ktoś może jeszcze poczekać na transport, czy powinien natychmiast trafić do szpitala.

Inspekcja sanitarna nie odpowiada za przeprowadzanie testów, może jedynie je zlecić i wysłać transport dedykowany do pacjenta z podejrzeniem koronawirusaInspekcja sanitarna nie odpowiada za przeprowadzanie testów, może jedynie je zlecić i wysłać transport dedykowany do pacjenta z podejrzeniem koronawirusa fot: Jakub Włodek/ Agencja Gazeta

Ludzie mieli też pretensje, że nie chcemy zrobić im testu na obecność koronawirusa w domu. Test wykonują wykwalifikowane zespoły, a nie pracownicy inspekcji sanitarnej. Takie osoby pracują w szpitalu zakaźnym lub w laboratoriach analitycznych.

W mojej stacji nie ma laboratorium. Wielokrotnie musieliśmy tłumaczyć też, że test zleca się wyłącznie w określonych sytuacjach i w odpowiednim momencie – nie ma czegoś takiego jak test „na wszelki wypadek”, bo ktoś nie jest pewien, czy miał kontakt z osobą zakażoną, ale nie najlepiej się czuje. Laboratoriów na szczęście jest coraz więcej, więc sytuacja się poprawia, ale wątpię, żeby była możliwość wykonania sobie testu „na życzenie”. Moim zdaniem nie będzie jej jeszcze przez długi czas. W tej chwili najważniejsze jest, aby testy udostępnić pracownikom ochrony zdrowia i zapewnić im bezpieczeństwo, aby mogli pracować i pomagać chorym.

Co pani i inni inspektorzy sanitarni najczęściej słyszycie w słuchawce telefonu?

„Jesteście niewyrozumiali, nie chcecie człowiekowi pomóc” – nieustannie. Ludzie mają ogromną potrzebę poczucia bezpieczeństwa, a w tej chwili to bezpieczeństwo zapewnia im wyłącznie ujemny wynik testu. Wywierali więc na nas presję, żeby taki test zrobić. Test musi być wykonany najwcześniej siódmego dnia po kontakcie z osobą zakażoną, ponieważ wtedy wytwarzają się przeciwciała w organizmie i można zidentyfikować zakażenie. Największą krzywdę, jaką moglibyśmy zrobić człowiekowi, to powiedzieć mu, że nie ma wirusa w sytuacji, w której nie możemy być tego pewni.

Oczekiwania wobec inspekcji mają nie tylko pacjenci, ale również lekarze. Pojawiają się pretensje, że inspektorów sanitarnych nie ma w szpitalach i to dlatego lekarze się zakażają. Czy naprawdę konieczne jest tłumaczenie, jak ważna jest ochrona osobista - zakładanie maseczek, rękawiczek, fartucha oraz stosowanie dezynfekcji? W każdym szpitalu jest Zespół Kontroli Zakażeń Szpitalnych, w skład którego wchodzi lekarz oraz pielęgniarka epidemiologiczna. To oni mają obowiązek, wynikający z ustawy, sprawdzać, czy w placówce są właściwie przestrzegane procedury.

Inspekcja sanitarna wspiera zespoły przeciwepidemiczne i włącza się tam, gdzie występują problemy. Na terenie mojego powiatu są trzy szpitale i jestem w stałym kontakcie zarówno z dyrektorami do spraw medycznych, jak i pielęgniarkami epidemiologicznymi.

Dlaczego na inspekcję sanitarną zostało zrzuconych aż tyle obowiązków?

Nie mam pojęcia. Na szczęście dość szybko zorientowano się, że inspekcja nie jest jedyną instytucją, która powinna działać w zakresie walki z epidemią i uruchomiony został telefon alarmowy NFZ. W tej chwili powoli zaczynamy się zajmować tym, co jest w granicach naszych kompetencji. Nieustannie jednak uczymy się, jak funkcjonować w tej sytuacji, nowej dla wszystkich, również dla nas – tak dużej epidemii nie było ponad 100 lat. Na szczęście przez cały czas docierają do nas nowe informacje z innych krajów na temat wirusa, stajemy się coraz bardziej wyedukowani i dzięki temu możemy skuteczniej pomagać.

Czym się obecnie zajmujecie przede wszystkim?

Przede wszystkim nadzorem nad osobami przebywającymi w kwarantannie. Również nad tymi, które ze względu na swój stan zdrowia muszą jeździć na zabiegi, na przykład dializy. W przypadku takich osób trzeba się upewnić, że mają wynik ujemny, zapewnić im transport.

Laboratorium wykonujące testy na obecność koronawirusaLaboratorium wykonujące testy na obecność koronawirusa fot: Arkadiusz Stankiewicz/ Agencja Gazeta

Zajmujemy się też postępowaniem z pacjentem zakażonym przebywającym w izolacji domowej. Izolacja w przeciwieństwie do kwarantanny nie ma ograniczonego czasu trwania – o jej długości decyduje ujemny wynik testu. Już wiemy, że trzeba testować dwukrotnie.

Wiemy już też, kiedy dokładnie wykonać test osobom, które miały kontakt z pacjentem zakażonym. Pilnujemy więc, żeby został zrobiony. Jeśli  wynik jest ujemny, 14-dniowa kwarantanna się kończy. Jeżeli dodatni, zmienia się klasyfikacja pacjenta – z osoby na kwarantannie na osobę w izolacji domowej.

Zaczęliśmy również prowadzić rozmowy z Centrum Zarządzania Kryzysowego w Urzędzie Wojewódzkim na temat organizacji kwarantanny zbiorowej – dla osób powracających z zagranicy, które nie są w stanie odbyć kwarantanny w swoich mieszkaniach, bo są za małe i nie byliby w stanie nie kontaktować się z pozostałymi, zdrowymi członkami rodziny. Takie osoby będą umieszczane na czas kwarantanny w hotelach, z dostępem do żywności. A po dwóch tygodniach będą mogły wrócić do domu.

Co jest obecnie dla was największym wyzwaniem?

Przekonanie ludzi, żeby pozostali w domach i nie łamali zasad kwarantanny. Jesteśmy społeczeństwem wolnościowym, jak ktoś nam odbiera wolność, to się złościmy, staramy się za wszelką cenę ją odzyskać. Brakuje nam chińskiej dyscypliny. Na początku epidemii wszyscy się obawiali, że wirusa przywloką nam Wietnamczycy i Chińczycy, który mieszkają w całym kraju. Duża grupa mieszka w powiecie piaseczyńskim w Wólce Kosowskiej. Wśród nich od początku epidemii aż do dzisiaj nie było ani jednego przypadku zakażenia koronawirusem.

Wszyscy pozamykali się w domach?

Dokładnie. Polacy są zupełnie inni. Miałam przypadek polskiej rodziny, w której jedna osoba była zakażona koronawirusem, więc musiałam nałożyć kwarantannę na pozostałych jej członków. Rodzina złożyła na mnie skargę, że ograniczam jej wolność. 

Po pierwszej ciepłej sobocie pod koniec marca mieliśmy wysyp nowych zakażeń. Boję się, co będzie po Świętach Wielkanocnych. Jeśli dalej nie będziemy się stosować do zaleceń i będziemy wychodzić z domów, spotykać się w grupach, to nie wygramy z wirusem. Musimy naprawdę wziąć się w garść, przetrzymać jeszcze kilka miesięcy, aż zrobi się cieplej i wirus obniży swoją aktywność. W przeciwnym razie powtórzymy scenariusz Włoch i Hiszpanii.

A jak to wygląda na pani terenie, w Pruszkowie?

Na szczęście mieszkańcy naszego powiatu są dość zdyscyplinowani, ale mamy ogromny problem z osobami starszymi. Wystarczy wyjść na ulice, żeby przekonać się, kto po nich chodzi – wszędzie seniorzy. Oni nie wytrzymują izolacji, przebywania w samotności, boją się być sami, nie są przyzwyczajeni do tego. Dzwonią do nas z płaczem, że nie dają rady, chcą się wygadać, brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem. Mamy na szczęście pracowników z wykształceniem psychologicznym, którzy z takimi osobami rozmawiają.

Zdarza się też, że nie jesteśmy w stanie przekonać starszej osoby, która ma ewidentnie objawy koronawirusa, że musi natychmiast zostać przebadana. Taka osoba się zapiera, bo dla niej szpital oznacza śmierć. Przepychanki z nią, z jej rodziną, żeby przekonała dziadka czy babcię, trwają niekiedy godzinami.

Spacerowicze podczas pandemii koronawirusaSpacerowicze podczas pandemii koronawirusa fot: Jakub Włodek/ Agencja Gazeta

Młodzi są karni?

Odkąd zobaczyli, że wirus może być groźny również dla nich, to zaczęli bardziej przestrzegać zasad. Oni wciąż mają plany, marzenia, cele do zrealizowania, chcą skończyć studia, robić karierę, podróżować. Starsza osoba, której się mówi, żeby wytrzymała i została w domu, odpowiada, że po co, i tak umrze, jak nie na koronawirusa, to na coś innego.

Jak pani znosi tę sytuację? Odbija się to na pani zdrowiu? Przez telefon brzmi pani, jakby miała mnóstwo energii.

W ochronie zdrowia pracuję od 30 lat, najpierw pracowałam w szpitalu, potem w inspekcji sanitarnej, jestem także prorektorem ds. jakości kształcenia w Wyższe Szkole Inżynierii i Zdrowia w Warszawie. Odkąd pamiętam, pracuję po 12 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Mam 52 lata, jestem drobną blondynką, 150 cm, ale energii mi nie brakuje. Taki mam charakter. Prawda jest jednak też taka, że wysłuchiwanie krzyków, pretensji, a nawet gróźb nie jest łatwe. Bardzo chciałabym, żeby ludzie zobaczyli, że w tym znienawidzonym sanepidzie pracują zwykli ludzie, przeważnie kobiety. I z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem, podobnie jak lekarze, ratownicy i pielęgniarki, dają z siebie naprawdę wszystko.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.