"To metoda z gruntu orwellowska". PiS prze do wyborów 10 maja i (znów) chce zmienić prawo wyborcze

Organizacyjnie możliwe do przeprowadzenia, politycznie uzasadnione, ale obarczone potężnym ryzykiem prawnym i epidemiologicznym. Ponadto korespondencyjne wybory prezydenckie, które forsuje Prawo i Sprawiedliwość, może storpedować Senat. Wystarczy, że wprowadzający je projekt ustawy przetrzyma u siebie, zgodnie z uprawnieniami, przez 30 dni.

PiS nie ustaje w zmianach w Kodeksie Wyborczym, które ułatwiłyby przeprowadzenie wyborów 10 maja. Pod koniec marca partia rządząca przeforsowała w Sejmie przepis, na mocy którego wszystkie osoby z grupy wiekowej 60+ mogłyby głosować korespondencyjnie. Uzasadnieniem, choć niezawartym w treści poprawki, był fakt, że seniorzy znajdują się w największej grupie ryzyka, jeśli chodzi o epidemię koronawirusa, więc w przypadku normalnych wyborów obawy i zdrowie i życie mogłyby ich powstrzymać przed udaniem się do lokali wyborczych.

Budząca olbrzymie polityczne emocje poprawka została przez PiS przepchnięta kolanem w środku nocy. Powiązano ją z pakietem ustaw tworzących tzw. Tarczę Antykryzysową, dzięki czemu opozycja musiała wybierać - bronić konstytucji albo zatwierdzić pomoc dla przedsiębiorców (choć i do samej "Tarczy" zastrzeżenia były spore).

Nie minęło kilka dni, a PiS poszło jeszcze dalej, tym razem proponując "ustawę w sprawie szczególnych zasad przeprowadzania głosowania korespondencyjnego w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych w 2020 roku". Dokument jest de facto nowelizacją Kodeksu Wyborczego. Zakłada, że wszyscy Polacy otrzymają prawo do korespondencyjnego oddania głosu w zaplanowanych na 10 maja wyborach. Co więcej, Państwowa Komisja Wyborcza "może określić inne warunki powoływania obwodowej komisji wyborczej niż określone w art. 182 oraz art. 183 ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. - Kodeks wyborczy". To z kolei wytrych wobec buntu samorządów, które w ostatnich dniach masowo zgłaszały, że wyborów prezydenckich nie będą w stanie przeprowadzić.

Na tym jednak nie koniec zmian. Posłowie mają zająć się zgłoszonym projektem na posiedzeniu Sejmu 3 kwietnia. Jednak jak informuje RMF FM, PiS jeszcze przed tym zamierza wprowadzić do niego zmiany. Po naradzie partyjnej wierchuszki na Nowogrodzkiej, która odbyła się wieczorem 1 kwietnia, zdecydowano, że majowa elekcja będzie wyłącznie korespondencyjna. Wszystkie lokale wyborcze mają 10 maja pozostać zamknięte. Gdyby rzeczywiście się tak stało, byłby to pierwszy taki przypadek w historii Polski. Na tym jednak nie koniec, bo jak stwierdził w RMF FM wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin, pakiety do głosowania miałyby być wrzucane do skrzynek na listy.

Listonosz może je wrzucić, tak jak się dostarcza korespondencję

- wyjaśnił polityk PiS-u. O tym, jak wówczas sprawdzić tożsamość odbierającego i potwierdzić odbiór - co jest kluczowe dla uniknięcia ryzyka fałszerstw wyborczych - premier Sasin już nie powiedział.

Minister środowiska Michał Woś odpowiada w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" na coraz liczniejsze pytania o termin wyborów prezydenckich:

Zobacz wideo

Zdążyć, zanim będzie za późno

Patrząc od strony politycznej, presja rządzących na organizację wyborów nie dziwi. Aktualne sondaże dają prezydentowi Andrzejowi Dudzie, który przed wybuchem epidemii koronawirusa w Polsce był w wyraźnej defensywie, realne szanse na reelekcję już w pierwszej turze. PiS korzysta ze znanego w psychologii polityki mechanizmu, wedle którego w czasach kryzysu obywatele jednoczą się wokół władzy. Im ta władza silniejsza, sprawniejsza i dająca większe poczucie bezpieczeństwa, tym poparcie i zaufanie wyborców większe.

Rzecz w tym, że nie jest to trend stały, tylko bardzo podatny na zmiany sytuacji w pogrążonym w kryzysie państwie. A sytuacja może zmienić się z dnia na dzień. Na Nowogrodzkiej obawiają się dwóch scenariuszy. W pierwszym epidemia wymyka się spod kontroli, a Polska zmierza w kierunku scenariusza włoskiego (grubo ponad 100 tys. zakażonych, kilkanaście tysięcy ofiar śmiertelnych, kraj pogrążony w chaosie i panice). Wina spada na rząd, bo w takiej sytuacji obywatele zawsze obwiniają władzę, która nie potrafiła zapewnić im bezpieczeństwa. Drugi scenariusz to krach gospodarczy - upadające kolejne firmy, setki tysięcy bezrobotnych, ujemny wzrost PKB. To wizja tego, co może się dziać w Polsce w najbliższych miesiącach, jeśli nie tygodniach i to pomimo przeforsowania tzw. Tarczy Antykryzysowej (czytaj: przełożenie wyborów choćby na jesień tego roku, to proszenie się o kłopoty).

Mówi dr Olgierd Annusewicz, politolog i ekspert od marketingu politycznego z Uniwersytetu Warszawskiego:

Moim zdaniem chodzi o to, żeby te wybory przeprowadzić prędzej niż później, ponieważ dane, którymi z dużym prawdopodobieństwem dysponują politycy PiS-u pokazują, że sytuacja będzie rozwijać się niepomyślnie i 10 maja nie będzie żadnego końca epidemii. Co za tym idzie, rządzący obawiają się rosnącego niezadowolenia, które zaszkodziłoby wynikowi Andrzeja Dudy, więc chcą te wybory przeprowadzić teraz

Do przeprowadzenia wyborów 10 maja prą prezes PiS-u Jarosław Kaczyński i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Po drugiej stronie są barykady wicepremier Jarosław Gowin, minister zdrowia Łukasz Szumowski (uznawany w rządzie za człowieka Gowina) i premier Mateusz Morawiecki, którzy woleliby wybory przełożyć na bezpieczniejszy czas. Właśnie Porozumienie, czyli formacja wicepremiera Gowina, stawia największy opór Kaczyńskiemu, kreując się na głos rozsądku w obozie Zjednoczonej Prawicy. Politycy Porozumienia wielokrotnie zapewniali w publicznych wypowiedziach, że wybory powinny być przeprowadzone tylko wówczas, gdy nie będą stanowić zagrożenia dla Polaków. Ich zdaniem najlepiej byłoby je jednak przełożyć (np. na wiosnę przyszłego roku, o czym mówił wicepremier Gowin). Taka postawa z kolei bardzo nie podoba się w PiS-ie. Sytuacja jest bardzo poważna, bo w obozie władzy mówi się, że najbliższe kilkanaście, może kilkadziesiąt godzin będzie sądnych koalicji rządowej.

- Porozumienie ewidentnie buduje dziś swoją pozycję polityczną i to nie podoba się ich kolegom z PiS-u - mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr Annusewicz. Jego formacja Gowina zyskała wiatru w żagle, bo to kojarzeni z Porozumieniem politycy - minister Szumowski i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz - są dzisiaj na pierwszej linii walki z epidemią koronawirusa.

Nie ulega wątpliwości, że dzisiaj najsilniejszymi postaciami w obozie Zjednoczonej Prawicy są kolejno: minister Szumowski, premier Morawiecki i minister Emilewicz

- podsumowuje politolog.

Mnóstwo pytań, mało odpowiedzi

Wyłącznie korespondencyjne wybory byłyby też wydarzeniem bez precedensu od strony organizacyjno-logistycznej. Całość, a przynajmniej lwia część, ciężaru przeprowadzania wyborów spoczęłaby na narodowym operatorze pocztowym, czyli Poczcie Polskiej. To jej pracownicy musieliby dostarczyć milionom Polaków pakiety wyborcze. Wciąż nie wiemy, ilu milionom, bo bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy skoro prawo do głosowania korespondencyjnego przysługiwałoby wszystkim Polakom, to chęć oddania głosu w ten sposób należałoby wcześniej zgłaszać odpowiednim organom, jak to miało miejsce w przeszłości.

Wojciech Hermeliński, były szef Państwowej Komisji Wyborczej, zwraca uwagę właśnie na skalę przedsięwzięcia. Nieporównywalną z żadnym innymi wyborami w historii Polski. Dotychczas na głosowanie korespondencyjne decydowało się zazwyczaj kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Teraz ta forma oddania głosu miałaby objąć kilka albo kilkanaście milionów Polaków. Teoretycznie nawet około 30 mln, bo tylu z nas ma czynne prawo wyborcze.

Dlatego mogą być poważne trudności z dostarczeniem pakietów wyborczych, ich odbiorem i późniejszym dostarczeniem do komisji

- przewiduje w rozmowie z Gazeta.pl Hermeliński.

Jeszcze większych problemów może przysporzyć rządzącym taka forma głosowania wśród Polonii. Zwłaszcza tej amerykańskiej czy brytyjskiej, bo one są najliczniejsze. W obu państwach szaleje dzisiaj koronawirus, a sytuacja jest znacznie bardziej dramatyczna niż w Polsce. W Stanach Zjednoczonych prognozy przewidują, że szczyt zachorowań przypadnie na drugą połowę kwietnia i początek maja. W Wielkiej Brytanii prognozy również są fatalne, a kraj może nawet wyprzedzić pod względem liczby zachorowań i zgonów Włochy, które dotąd były epicentrum europejskiej pandemii koronawirusa.

A to przecież tylko dwa kraje z najliczniejszą Polonią. W wielu innych sytuacja jest niewiele lepsza. Jak mówi nam sędzia Hermeliński, trudno liczyć na to, żeby w takich okolicznościach operatorzy pocztowi danych krajów organizowali specjalny system doręczania i odbierania pakietów wyborczych na prośbę polskich władz. Co więc zostaje? Firmy kurierskie? Pracownicy służb konsularnych? Pytań jest całe mnóstwo, a odpowiedzi jak na lekarstwo.

Wreszcie kwestia najmniej dramatyczna, ale niezwykle ważna organizacyjnie. Senacka większość, a więc opozycja, już zapowiedziała, że wykorzysta ustawowe terminy do zajęcia się projektem ustawy zmieniającym Kodeks Wyborczy. To oznacza procedowanie dokumentu przez 30 dni. Sejm mógłby się więc nim zająć nie wcześniej niż 4 albo 5 maja. Nawet przy błyskawicznym przepchnięciu ustawy przez izbę niższą i równie szybkim podpisie prezydenta, do wyborów zostaje ledwie kilka dni.

Sędzia Hermeliński zwraca uwagę na jeszcze jedną przeszkodę - natury prawnej.

Kodeks Wyborczy stanowi, że chęć głosowania korespondencyjnego należy zgłosić nie później niż piętnaście dni przed dniem wyborów, a pakiety wyborcze muszą zostać dostarczone nie później niż siedem dni przed datą wyborów. Jeśli Senat przetrzyma ustawę przez 30 dni, te terminy nie zostaną dotrzymane

- zauważa. Konieczna byłaby więc nowelizacja także i tego przepisu, ale o tym na razie od rządzących nie słyszeliśmy.

Oczywiście możemy założyć, że przygotowania będą szły pełną parą przez cały kwiecień, niemniej cała operacja i tak rodzi liczne i zasadne pytania o efekt końcowy. Bo stosując słynne prawo Murphy'ego: jeśli coś może pójść nie tak, to zapewne pójdzie nie tak.

Wyścig z wirusem

Całe przedsięwzięcie może też jeszcze wykoleić epidemia koronawirusa, o której rządzący w swoich wyborczych rozważaniach zdają się kompletnie zapominać, koncentrując się jedynie na tym, że głosowanie korespondencyjne jest bezpieczniejsze od osobistego. Tymczasem nie wiemy, jak na przełomie kwietnia i maja będzie kształtować się sytuacja epidemiologiczna w Polsce. Minister Szumowski informował, że wiarygodne dane w tej materii będziemy mieć w pierwszej połowie kwietnia, być może około połowy miesiąca.

Zarówno sam szef resortu zdrowia, jak również epidemiolodzy i wirusolodzy nie mają złudzeń: kwiecień będzie miesiące próby dla Polski w batalii z koronawirusem. Najbliższe trzy, cztery tygodnie mogą wywrócić całą rzeczywistość społeczno-polityczną do góry nogami, jeśli scenariusz rozwoju epidemii w naszym kraju zacznie przypominać ten w Hiszpanii, Włoszech czy Stanach Zjednoczonych.

A przecież nie jest tak, że wybory korespondencyjne przeprowadzą się same. Co prawda eliminują obecność obywateli i pracowników komisji w lokalach wyborczych, ale angażują do pracy tysiące listonoszy, a być może również kurierów. Ktoś te głosy będzie musiał też od nich odebrać i policzyć. To kolejne osoby zaangażowane w proces wyborczy. - To nie będzie mało ludzi i rodzi się pytanie o ich bezpieczeństwo - uważa prof. Włodzimierz Gut, wirusolog i doradca Głównego Inspektora Sanitarnego.

Jeśli wprowadza się drastyczne ograniczenia w przemieszczaniu się obywateli i za wszelką cenę minimalizuje kontakty międzyludzkie, to doręczanie i odbieranie zestawów do głosowania też nie powinno mieć miejsca. Wypada zachować ciągłość logicznego myślenia i postępowania

- podkreśla.

Jak mówi, na razie nie ma co liczyć na odwrót epidemii koronawirusa w Polsce, a przewidzenie sytuacji, która będzie u nas 10 maja graniczy z cudem.

Dopóki w sąsiednich krajach nie będzie wyraźnej tendencji spadkowej, to nie mamy co na nią liczyć również u nas

- tłumaczy uczony. Co za tym idzie, nikt nie jest dziś w stanie zagwarantować w dniu wyborów bezpieczeństwa osobom zaangażowanym w proces wyborczy.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Wreszcie pozostają też poważne wątpliwości natury formalno-prawnej. Dr Olgierd Annusewicz uważa, że głosowanie korespondencyjne w skali całego kraju mogłoby się udać, przy założeniu, że każda z zaangażowanych w ten proces stron wywiąże się ze swoich obowiązków. Mimo tego ma istotne zastrzeżenie do tej formy przeprowadzania wyborów, bowiem kampania wyborcza sensu stricto zostaje wyeliminowana procesu wyborczego, co ma swoje daleko idące konsekwencje dla wyniku wyborów.

- Kampania powinna odbywać się w warunkach względnej równości. Względnej, bo nigdy nie ma pełnej równości. Kandydaci zawsze dysponują innymi budżetami, innymi siłami ludzkimi, inną rozpoznawalnością. Tylko pytanie brzmi dzisiaj: czy my wyborcy mamy równe prawo dostępności do informacji o wszystkich kandydatach. Uważam, że nie - mówi w rozmowie z Gazeta.pl. I dodaje:

Aktywna kampania wyborcza jest nie tylko prawem polityków, ale także prawem obywatelskim wyborców. Ona się nam po prostu należy, żebyśmy mogli świadomie dokonać wyboru kandydata. Tymczasem jeśli te wybory odbędą się 10 maja, ludzie będą w nich podejmować decyzję o wyborze następnego prezydenta nie w oparciu o programy kandydatów, tylko w jeszcze większym niż dotychczas stopniu opierając się na emocjach

Poważne obiekcje do takiej formy głosowania mają też konstytucjonaliści. Wskazują tutaj na orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego, które jasno stanowi, że w terminie sześciu miesięcy przed datą wyborów nie wolno dokonywać w Kodeksie Wyborczym zmian mogących mieć wpływ na wynik wyborów. Wpływ głosowania korespondencyjnego na wynik wyborów jest natomiast bezsprzeczny.

Dr hab. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, wskazuje na jeszcze jedną kwestię. - Rządzący chcą dokonać tej zmiany w stanie, który funkcjonalnie jest tożsamy ze stanem nadzwyczajnym. A w stanie nadzwyczajnym nie wolno wprowadzać zmian w prawie wyborczym. Obecny stan praktycznie niczym nie różni się od stanu nadzwyczajnego, więc jeśli dopuścilibyśmy się tego rodzaju praktyki, dokonalibyśmy obejścia konstytucji, nazywając stan nadzwyczajny stanem zwyczajnym. To metoda z gruntu orwellowska - ocenia.

Jak zaznacza nasz rozmówca, przy korespondencyjnym głosowaniu dla wszystkich wyborców nie będzie można też ze 100 proc. pewnością zagwarantować, że wynik elekcji w 100 proc. odzwierciedla wolę wyborców. Wskazuje, że może dojść do fałszerstw wyborczych, celowego "gubienia" pakietów wyborczych czy nielegalnego unieważniania oddanych listownie głosów. Nie będzie też pewności, co do faktycznej frekwencji wyborczej.

Brak legitymizacji jest wpisany w mechanizm tak przeprowadzonych wyborów

- ostrzega.

Implikacje przeprowadzenia wyborów w takiej formule mogą być bardzo poważne. Jak zauważa dr. hab. Piotrowski, każda niezadowolona ze swojego wyniku strona będzie mogła wynik takiej elekcji podważyć.

To rozwiązanie jest bowiem obarczone immanentnym ryzykiem bomby z opóźnionym zapłonem, którą w każdym momencie będzie można odpalić

- konkluduje.

Więcej o:
Komentarze (234)
Wybory prezydenckie 2020. Głosowanie korespondencyjne
Zaloguj się
  • puuchatek

    Oceniono 81 razy 63

    Korespondencyjnie to świetny pomysł. Zamiast tłoczyć się i łapać wirusa w komisjach wyborczych będziemy tłoczyć się i łapać wirusa na poczcie.

    Puknijcie się w te puste łby…

  • krynolinka

    Oceniono 58 razy 44

    PiS i łajdactwa zawsze w parze idą. I nie jest to żaden przypadek tylko reguła.

  • za_miske_ryzu

    Oceniono 47 razy 35

    Przy wprowadzonych przez rzad ograniczeniach administracyjnych, spłaszczających krzywą zachorowań, szczyt zachorowań przesuwa się i obecnie jego nadejście spodziewane jest na środek maja, czyli w okolicach daty wyborów.
    Biorąc pod uwagę, że w Polsce mamy 22.500 lokali wyborczych, a jedynie 7.500 lokali pocztowych, przed którymi juz teraz są kolejki, w okolicach 10 maja ryzyko zachorowania podczas oddawania koperty wyborczej na poczcie będzie ok. 3-4 kroitnie większe niż ryzyko zarażenia sie wirusem w lokalu wyborczym.

    Ta cała farsa z wyborami bardzo przypomina lot do Smoleńska 10 lat temu. Totalnie bez sensu i bez ogladania się na otaczająca rzeczywistość. Tylko że teraz szaleniec nie trzyma w szachu brata z 95 innymi osobami na pokładzie, a 19 milionów uprawnionych do głosowania obywateli.

  • fakiba

    Oceniono 44 razy 34

    Pis za wszelką cenę chce wyborów nie licząc się z ludźmi i ich tragediami , po trupach do celu .

  • prezes_ma_kota

    Oceniono 35 razy 27

    juz to widzę, gość-właściciel domu np tata wyciąga list - potem zaznacza kandydata pis za WSZYSTKICH zameldowanych w domu, czyli za żone babcie i rodziców o ile jeszcze żyją, POMIMO że mają INNE ZDANIE, pytanie, kto to sprawdzi że np taki pan tata nie wymusi czyjegos głosu? kto sprawdzi czy np osoba niepełnosprawna , leżąca SAMA bez przymusu oddała na kogoś swój głos. tak myśle że podrobić taka karte do głosowania może byc łatwo dla chcącego nic trudnego, w końcu będzie troche czasu na to "głosowanie". KRETYNIZM do kwadratu . RZĄD DO DYMISJI !!!!!!!! za chwile sie odezwą trole pisowskie i będą minusować, start ! ;)

  • zmichalg1

    Oceniono 20 razy 20

    To nie żadna bomba tylko pisowski standard.
    Kiedyś wydawało się niewyobrażalne, że można:
    - nie przyjąć ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów TK,
    - przyjąć ślubowanie od dublerów,
    - nie opublikować (i nie wykonać) wyroku TK,
    - wybrać prezesa TK bez kompetencji,
    - ułaskawić osobę nie skazaną prawomocnie,
    - zrobić z publicznej TV rządową szczujnię,
    - oszukać biznesmena na 1,3MPLN i nawet nie być wezwanym na przesłuchanie,
    - itd...
    Wszystkie te zdarzenia najlepiej określił kiedyś sam ich pomysłodawca: "ja bez żadnego trybu".
    Niektórzy trochę pokrzyczeli, trochę ponarzekali, ale sÓweren zadowolony, że ma "pińcet plus", pozostał zadowolony.

    No to teraz "bez żadnego trybu" wybiorą sobie prezydenta.
    Znowu trochę będzie krzyku, ale sÓweren dalej będzie się cieszył z "pińcet plus" i sprawa przycichnie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX