"Testować, testować, testować". Kto kłamie, a kto mówi prawdę o testach na koronawirusa?

Epidemiolodzy i wirusolodzy nie mają wątpliwości: kwiecień będzie apogeum epidemii koronawirusa w Polsce. Pokaże też, na ile naprawdę jesteśmy przygotowani do walki z chorobą. Jak bumerang powracają więc pytania m.in. o to, czy testujemy wystarczającą liczbę obywateli, czy mamy dostatecznie dużo testów i które testy należy wykonywać.

- Mamy prostą wiadomość dla wszystkich państw: testować, testować, testować. Testujcie każdy podejrzany przypadek - wypowiedziane na konferencji prasowej 16 marca słowa Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa stały się mantrą dla wszystkich krajów toczących wojnę z koronawirusem. Dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wyraźnie wówczas podkreślił: - Nie możesz ugasić pożaru, jeśli masz zasłonięte oczy. Podobnie nie możemy też zatrzymać tej pandemii, jeśli nie wiemy, kto jest zakażony.

Wyłapywanie chorych to tylko jedna z dwóch podstawowych funkcji, które realizuje testowanie na obecność wirusa. Drugą jest zbadanie i pokazanie skali zjawiska, skali zagrożenia. I to właśnie jest clou epidemiologii. Jeśli ta epidemiologia jest znana, łatwiej planować działania zmierzające do ograniczenia zasięgu i skutków epidemii bądź pandemii.

Dyrektor generalny WHO apeluje do państw walczących z pandemią koronawirusa o testowanie jak największej liczby osób:

Zobacz wideo

Testować? Tak. Ale kogo?

O ile w kwestii samego sensu przeprowadzania testów światowi liderzy są zgodni, o tyle podejścia poszczególnych państw do tego, kogo należy testować, różnią się już znacząco. Nic dziwnego, testy to dzisiaj deficytowy towar, a presja społeczna i medialna na znalezienie skutecznych narzędzi walki z epidemią jest gigantyczna niezależnie od szerokości geograficznej.

Chiny i Korea Południowa postawiły na testowanie masowe. Badani byli wszyscy, których zbadać się udało - w szpitalach, w punktach drive-thru, na ulicach, w ośrodkach kwarantanny. Zarówno precyzyjnymi testami PCR, jak również testami immunologicznymi, które mają charakter przesiewowy. Każdy u kogo zdiagnozowano chorobę, trafiał do izolacji. Na potrzeby kwarantanny stworzone zostały specjalne obiekty, w których grupowano chorych tak, żeby nie mieli już styczności z osobami zdrowymi. Dzięki temu możliwe było odseparowanie od społeczeństwa maksymalnie licznej grupy ryzyka.

W Europie na podobny model działania zdecydowali się Niemcy, którzy przeprowadzili (to stan na 28 marca) ponad 483 tys. testów na obecność koronawirusa. To drugi po Stanach Zjednoczonych (540 tys. badań, 27 marca) sumaryczny wynik na świecie. Polska do tej pory testowała przede wszystkim pacjentów silnie objawowych - zgłaszających się do lekarza, przychodni czy szpitala albo już przebywających pod opieką medyczną - a także osoby o mocno uzasadnionym prawdopodobieństwie zakażenia koronawirusem (np. ludzie, którzy wrócili z terenów objętych pandemią oraz ci, którzy mieli kontakt z nosicielami wirusa lub byli na taki kontakt wystawieni).

Immunolog dr Paweł Grzesiowski, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń oraz wykładowca w Szkole Zdrowia Publicznego Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie, w rozmowie z Gazeta.pl wyszczególnia cztery grupy pacjentów, których w przypadku epidemii obejmuje się procedurą testową.

  1. Grupa pierwsza - osoby trafiające do szpitali, wykazują ciężkie objawy i wymagają błyskawicznej diagnozy; przedstawiciele tej grupy muszą być testowani w pierwszej kolejności
  2. Grupa druga - osoby wykazujące średnie lub słabe objawy, wśród nich również te, które mogą być leczone w domu
  3. Grupa trzecia - osoby przebywające na kwarantannie oraz pacjenci bezobjawowi
  4. Grupa czwarta - wszyscy, których można objąć procedurą testową w celu zdobycia jak najpełniejszego obrazu epidemii

Dr Grzesiowski zaznacza, że strategia każdego państwa jest inna, ponieważ zależy od szeregu czynników: posiadanych zasobów, liczby i rodzaju testów do dyspozycji, możliwości organizacyjno-logistycznych. - My zaczęliśmy od strategii minimalistycznej. Na początku mieliśmy ledwie dwa laboratoria, w Warszawie, które wykonywały testy na koronawirusa. One były w stanie przeanalizować może 100 próbek dziennie - mówi nam immunolog. Dodaje jednak, że aktualnie sytuacja wygląda znacznie lepiej.

Teraz wchodzimy w trzecią fazę, czyli zaczynamy badać ludzi na kwarantannach, ludzi po podejrzanych kontaktach, ludzi z umiarkowanymi objawami. W Polsce ten obszar testowania obejmuje dzisiaj ciężko chorych, średnio chorych oraz osoby na kwarantannie i personel medyczny

- słyszymy.

Medycy i cała reszta

Wspomniany przez dr. Grzesiowskiego personel medyczny jest jednym z najbardziej newralgicznych punktów na mapie walki z rozprzestrzeniającą się epidemią. Trudny dostęp do testów w przypadku medyków w połączeniu z niedoborem sprzętu ochronnego powoduje, że coraz większa liczba tych, którzy powinni dbać o zdrowie i życie Polaków, ląduje na kwarantannie albo ze zdiagnozowanym zakażeniem koronawirusem.

Z tego powodu w coraz większej liczbie polskich miast zaczęły być zamykane kolejne szpitalne oddziały (m.in. SOR szpitala wojewódzkiego w Rybniku, oddział onkologiczny w Szpitalu Wojewódzkim przy ul. Kamieńskiego we Wrocławiu czy kilka oddziałów szpitala chorób płuc przy ul. Grabiszyńskiej także we Wrocławiu). W niektórych miejscowościach konieczne było zamknięcie całych placówek. Tak stało się m.in. w przypadku warszawskiego szpitala na Banacha czy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kaliszu. A to tylko kilka przypadków. W tym tempie szybciej niż sama epidemia, polską służbę zdrowia w walce z koronawirusem wykończą braki kadrowe i ograniczenia logistyczne.

Pogarszająca się w tym zakresie sytuacja prowadzi do wielu nadużyć i generowania sytuacji potencjalnie bardzo niebezpiecznych. Jak choćby w przypadku ratowników medycznych. Na jednej z warszawskich stacji - to relacja ratownika, który w obawie przed konsekwencjami służbowymi poprosił o zachowanie anonimowości - doszło do tego, że załoga karetki, która powinna przebywać na kwarantannie w oczekiwaniu na wyniki testów na koronawirusa, została zmuszona do dalszego wykonywania swoich obowiązków jeszcze przed otrzymaniem wyników. Powód: oczywiście to, że wspomnianej załogi nie było kim zastąpić.

Nie dziwi więc, że już 19 marca przedstawiciele zawodów medycznych wystosowali apel do polskiego rządu.

W wyniku niewystarczającej ilości środków ochrony osobistej lub - w wielu wypadkach - ich braku, wkrótce możemy mieć do czynienia z brakiem kadr medycznych. To dotyczy w szczególności ratowników medycznych, pielęgniarek, położnych, diagnostów laboratoryjnych, elektroradiologów i lekarzy

- czytamy w piśmie. Jednocześnie jego sygnatariusze zaapelowali do rządzących o zwiększoną dostępność do testów na obecność koronawirusa dla pracowników służby zdrowia.

W debacie publicznej nad dostępnością do testów na koronawirusa pojawił się też pomysł, usilnie forsowany w pewnym momencie przez opozycję, żeby umożliwić Polakom powszechny dostęp do testów (także tych komercyjnych).

Wie pan, kto zrobiłby sobie wówczas te testy? Ludzie bogaci i świry. Nie wiem, czy chcemy tego rodzaju doświadczenie przeprowadzać na Polakach. Bogaci będą testować się ze strachu, a świry dlatego, że zawsze uważają, że są chorzy, zakażeni

- przed takim rozwiązaniem przestrzega w rozmowie z Gazeta.pl immunolog dr Paweł Grzesiowski. I dodaje:

Czy to jest etyczne, żeby oni robili sobie testy, a pacjenci w szpitalach czekali dwa dni na wynik? Moim zdaniem to jest bardzo nie fair. Puszczenie tego na żywioł, to pchanie ludzi w obłęd. Nie możemy dopuścić do samodiagnostyki takich chorób

Mówi dr Matylda Kłudkowska, diagnostka laboratoryjna i wiceprezeska Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych: - Dzisiaj testy muszą być zarezerwowane dla pacjentów najbardziej ich wymagających. Może to kontrowersyjne, ale taka opinia panuje dzisiaj na całym świecie. W tym momencie każdy kraj ustala swoje ścieżki diagnostyczne. Lepsze czy gorsze, nie mnie to oceniać. Każdy mierzy też zamiary według sił, czyli patrzy, ile może przebadać i ile przypadków może być potrzebnych do wykrycia. Na tę chwilę żadne państwo nie otworzyło swojej diagnostyki. Każdy kraj ma swoje limity i każdy kraj określił, jakie grupy będzie badać w pierwszej kolejności.

Trzy strony medalu

Odpowiedź na pytanie, kogo testować jest nierozerwalnie związana z pytaniem o liczbę i rodzaj testów, którymi dane państwo dysponuje. A właśnie liczba przeprowadzanych testów czy też liczba wykonanych testów w przeliczeniu na milion mieszkańców stały się w dobie walki z koronawirusem swoistym wyznacznikiem tego, czy ktoś radzi sobie z tym olbrzymim wyzwaniem, czy też pada przytłoczony jego ciężarem. Tymczasem upraszczanie sprawy do zwykłego wyścigu na liczby i szafowanie publikowanymi co rusz przez media, państwowe instytucje i ministerstwa statystykami nie jest optymalnym wyborem. Z trzech zasadniczych powodów.

Po pierwsze, nawet zakładając, że porównanie dotyczyłoby liczby testów wykonywanych na tym samym etapie rozwoju epidemii (np. po przekroczeniu liczby tysiąca zakażonych albo po dziesięciu dniach od wykrycia pierwszego przypadku), nie uwzględnia różnic finansowych, kadrowych, logistycznych i organizacyjnych między państwami. A co za tym, idzie - zaciemnia obraz sytuacji, sugerując, że jedno państwo znalazło lepszy sposób walki z koronawirusem, a inne gorszy, podczas gdy często sprowadza się to do nakładów na służbę zdrowia, liczebności personelu medycznego, dostępności fachowych laboratoriów czy kondycji rodzimego przemysłu farmaceutycznego. Ergo - kwestii ważnych także na co dzień, niezwiązanych bezpośrednio ze strategią przeciwdziałania epidemii.

Przykład pierwszy z brzegu? Dostępność odczynników do badań.

Przykładowo Niemcy są w dużej mierze samowystarczalni, ponieważ sami produkują odczynniki do badań. To ściąga z nich pewne ograniczenia. My odczynniki musimy importować, a przecież testy wykonuje dziś cały świat, więc jest to towar mocno deficytowy

- mówi nam dr Matylda Kłudkowska.

Powód drugi: przedsięwzięte środki walki z epidemią. Każde państwo autonomicznie podejmuje decyzję o restrykcjach wprowadzanych w związku z zagrożeniem koronawirusem. W wielu państwach życie dosłownie zamiera - zamykane są granice lądowe, powietrzne i morskie, ograniczany jest dostęp do punktów handlowych i usługowych, wdrażane są specjalne, ściśle przestrzegane procedury bezpieczeństwa. Z drugiej strony, w niektórych państwach narzucony reżim jest znacznie łagodniejszy. Koronnym przykładem jest tutaj Szwecja. Tamtejszy rząd postawił na odpowiedzialność i samoświadomość swoich obywateli i wprowadził tylko absolutnie niezbędne restrykcje. Całą resztę zostawił decyzji swoich rodaków, przedstawiając im jednak swoje zalecenia. Siłą rzeczy szybkość rozprzestrzeniania się epidemii w krajach prezentujących dwa tak odmienne podejścia będzie inna, a różnicy tej nie zatrze liczba przeprowadzanych testów.

Wreszcie po trzecie: aspekt kulturowy, który również okazał się nie bez znaczenia. Słynące z dużej samodyscypliny, dobrej organizacji i szacunku dla autorytetów kraje Dalekiego Wschodu (Chiny, Japonia, Korea Południowa) poradziły sobie bardzo sprawnie z wdrożeniem niezwykle daleko idących środków zaradczych w walce z epidemią. Na drugim końcu tego kontinuum znajdują się kraje południa Europy (Hiszpania, Włochy) czy Stany Zjednoczone, których zarówno obywatele, jak i władze długo lekceważyły zagrożenie. Sytuacja doszła do tego punktu, że nawet gdy rządzący przestrzegali przed nadciągającym kataklizmem, obywatele siedzieli w pubach, barach i restauracjach, korzystając z życia jak gdyby nigdy nic. Tej zmiennej statystyki przeprowadzanych testów również nam nie pokażą, a ma ona gigantyczny wpływ na to, jak mocno epidemia uderzy w dane państwo.

Liczby liczbom nierówne

Żeby jednak oddać cesarzowi, co cesarskie, nie jest też tak, że liczba przeprowadzanych testów nie mówi nam zupełnie nic o podejściu do walki z epidemią.

Od momentu, gdy w danym kraju jest wykrytych około tysiąca zachorowań, nie powinno być już różnic tego rzędu, że jeden kraj robi 500 testów na milion mieszkańców, a inny 5000

- zaznacza dr Paweł Grzesiowski. Jak mówi, "liczba wykonanych testów w bardzo prosty sposób determinuje liczbę rozpoznanych przypadków".

Im więcej wykona się testów, tym pełniejszy mamy obraz sytuacji. Ci, którzy wykonują testy tylko w tej pierwszej grupie pacjentów, a więc u ciężko chorych w szpitalach, mają mało wykonanych testów i wiele zgonów. Ci, którzy będą pobierać wiele testów i sięgać także po lżej chorych, będą mieć dużo wykonanych testów i adekwatną liczbę zgonów

- wyjaśnia nasz rozmówca.

Spójrzmy na tzw. twarde dane. Jak wypada na ich podstawie Polska? Nie najlepiej, chociaż trend jest zwyżkowy. Stan na 31 marca to (dane za Ministerstwem Zdrowia): 163 789 osób zgłoszonych do kwarantanny po powrocie do kraju, 106 525 osób na kwarantannie, 52 370 osób objętych nadzorem epidemiologicznym i 1900 osób poddanych hospitalizacji. Do tego: 51 419 wykonanych testów na obecność koronawirusa, z czego 2311 z wynikiem pozytywnym. Daje to około 1340 testów na milion mieszkańców. Dla porównania - Czechy wykonują ponad 4 tys. testów na milion mieszkańców, Niemcy około 6 tys., a Hiszpania prawie 8 tys. Musimy jednak pamiętać, że każde z tych państw jest na innym etapie rozwoju epidemii. Jeżeli zaś chodzi o całkowitą liczbę przeprowadzonych testów, jesteśmy nie tylko za wspomnianymi na początku tego artykułu Niemcami i Stanami Zjednoczonymi, ale także Iranem (ok. 85 tys. testów, stan na 20 marca), Turcją (ok. 76 tys., 24 marca), czy Austrią (ok. 50 tys. testów, 28 marca).

Polska jest jednak na fali wznoszącej. 30 marca wykonaliśmy w ciągu doby 4,8 tys. testów na obecność koronawirusa.

W kolejnych dniach będziemy dalej zwiększać tę przepustowość. Myślę, że na dniach, w okolicy tygodnia, spokojnie dojdziemy do 10 tys. testów na dobę

- powiedział nam jeszcze przed weekendem rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Obecnie przepustowość polskich laboratoriów - jest ich 49, w tym zarówno placówki publiczne, jak i prywatne - wynosi ok. 5-6 tys. testów na dobę.

Zdaniem dr. Grzesiowskiego przepustowość tego rzędu na obecnym etapie rozwoju epidemii jest wystarczająca. Jednak zarówno moce przerobowe laboratoriów, jak i liczba wykonywanych testów powinny w najbliższych dniach i tygodniach szybko wzrastać, żeby testy spełniały swoją rolę. Stoimy bowiem u progu apogeum epidemii koronawirusa.

Żeby uznać, że te badania mają wartość, to w Polsce potrzebujemy przepustowości na poziomie przynajmniej 12 tys. badań dziennie. Wtedy moglibyśmy powiedzieć, że to odpowiada liczbie zgłaszających się pacjentów. Dzięki temu na badanie i na wynik pacjent nie czekałby kilkadziesiąt godzin, tylko kilka godzin

- twierdzi immunolog.

Jakie testy robić?

Do liczby wykonywanych przez poszczególne państwa testów należy mieć zdrowy dystans przynajmniej z jednego zasadniczego powodu. Otóż każdy kraj sam decyduje, jakie dane w tej materii prezentuje jako oficjalne i przekazuje międzynarodowym organizacjom. Chodzi tutaj przede wszystkim o typ przeprowadzanych badań. WHO za jedyne w pełni miarodajne testy uznaje testy genetyczne (PCR) - Polska w swoich danych podaje tylko ich liczbę - ale niektóre państwa raportują ogół wykonanych testów, czyli także znacznie mniej czułe tzw. szybkie testy kasetkowe.

Ich czułość jest w tym momencie na poziomie rzutu monetą: orzeł - dodatni; reszka - ujemny. Potwierdzają to także informacje napływające z Hiszpanii czy Czech

- ocenia dr Matylda Kłudkowska, diagnostka laboratoryjna. - W tym momencie WHO rekomenduje wykonywanie wyłącznie testów PCR. To jest dla mnie absolutnie jasne. Tylko ta metoda pozwala nam określić, czy wirus SARS-CoV-2 znajduje się w materiale pobranym od pacjenta - tłumaczy.

Tu pojawia się kolejne fundamentalne pytanie dotyczące wykrywania koronawirusa: które testy wykonywać. Odpowiedź nie jest zerojedynkowa, brzmi bowiem: wszystkie. Testy PCR mają tę olbrzymią zaletę, że dają 100 proc. pewność w kwestii tego, czy pacjent jest zakażony, czy nie. Są jednak drogie, czasochłonne (w Polsce cały proces, włącznie z przewiezieniem materiału do badania, trwa dziś ok. 18 godzin) i wymagają zarówno wyspecjalizowanego personelu medycznego, jak i profesjonalnych laboratoriów.

"Testy kasetkowe" do testów PCR mają się jak awers i rewers tej samej monety - są znacznie tańsze, wyniki są niemal natychmiast i nie potrzeba rozległej wiedzy medycznej czy diagnostycznej do ich wykonania. Rzecz w tym, że opierają się na wykrywaniu przeciwciał, które organizm chorego wytwarza do walki z wirusem. Ten proces jest zaś mocno indywidualny, a co za tym idzie - trudno oszacować, kiedy dokładnie przeciwciała zostaną wytworzone. Dlatego "testy kasetkowe" niosą ze sobą ryzyko wyniku fałszywie ujemnego - pacjent jest zakażony, ale nie wytworzył przeciwciał, więc test ich nie wykrył i dał wynik negatywny. Nadają się jednak na tzw. testy przesiewowe - np. do diagnozowania pacjentów, co do których mamy poważne podejrzenie, że są nosicielami wirusa.

Mamy w tej chwili dostępne te testy genetyczne PCR, mamy dostępne testy immunoenzymatyczne, z których się po stosowaniu takim nie do końca zgodnym z założeniami wycofały się niektóre kraje. One są testami dobrymi. Mamy ich prawie 200 tys. za chwilę. 50 tys. w Polsce, za chwilę 150 tys. przyjeżdża

- odpowiadał podczas konferencji prasowej minister zdrowia Łukasz Szumowski.

Dodał też, że do tej pory rozdysponowano na terenie Polski 100 tys. testów PCR, a kolejne są kupowane przez państwo i będą przekazywane na pierwszą linię frontu walki z epidemią. Z kolei w rozmowie z Gazeta.pl rzecznik resortu zdrowia przyznał, że rząd ma też zapasy testów PCR w Agencji Rezerw Materiałowych. Nie podał jednak ich liczby.

Wszystkie dotknięte pandemią koronawirusa państwa czekają jednak na testy molekularne, które łączą w sobie zalety testów PCR i"„kasetkowych" - są bardzo dokładne i równie szybkie do przeprowadzenia (wynik możliwy jest do otrzymania już po około dwóch godzinach). Testy te zdały egzamin w Chinach i Korei Południowej. Niedługo mają być powszechnie dostępne także w Europie.

Testy jak cierń w oku

Dla rządu temat testów na koronawirusa jest niewygodny z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że temat testów idealnie nadaje się do wszczynania społecznej paniki. Mało kto interesuje się przecież kwestiami diagnostycznymi albo posiada specjalistyczną wiedzę medyczną, dzięki czemu mógłby właściwie ocenić, o czym tak naprawdę świadczy liczba wykonywanych testów i na ile miarodajne są kolejne przedstawiane statystyki. Miażdżąca większość ludzi patrzy na sprawę zerojedynkowo: dużo testów - dobrze; mało testów - źle. Zwłaszcza, gdy weźmiemy jeszcze pod uwagę apele WHO o jak najszerszy zakres testowania obywateli. Przy takim podejściu, Polska wypada bardzo blado.

O brak wystarczającej liczby testów i ukrywanie prawdziwej skali epidemii od tygodni oskarża rządzących opozycja, na czele z Koalicją Obywatelską i jej kandydatką na prezydenta Małgorzatą Kidawą-Błońską. Jako że majowe wybory wciąż nie zostały przełożone, tego rodzaju ataki rządzącym na pewno nie pomagają i zasiewają ziarno nieufności w głowach wyborców.

Każdy dzień na zwłokę oskarża was, dlatego nie mówcie nieprawdy, nie kłamcie, tylko weźmy się dzisiaj do pracy, bo to naprawdę ważne czasy. Nie odkładajmy tego w nieskończoność. Straciliście wiele tygodni i nie pomogliście Polakom

- grzmiała niedawno z mównicy sejmowej marszałek Kidawa-Błońska. W odpowiedzi na te słowa minister Szumowski przypomniał, że rozdysponowane zostało już 100 tys. testów, a będą przekazywane kolejne.

Nie próbujemy nic zatajać, ani oszukiwać. Takie uwagi są nie na miejscu

- dodał szef resortu zdrowia.

Rządowego PR-u w kwestii zarządzania kryzysowego na pewno nie poprawiają pojawiające się coraz częściej historie ludzi, którzy mimo bardzo poważnych objawów, nie mieli możliwości zrobić sobie testu na obecność koronawirusa. Zamiast tego byli odsyłanie od jednego szpitala do drugiego albo od jednej stacji sanepidu do kolejnej. Obszernie opisuje to m.in. najnowszy "Newsweek" w artykule Małgorzaty Święchowicz.

O ile ataki ze strony opozycji nie mogą rządzących ani dziwić, ani szokować, o tyle znacznie więcej problemów przysparza im ostra krytyka ze strony środowisk medycznych. Pracownicy służby zdrowia nie zostawiają na rządzących suchej nitki za braki sprzętu ochronnego i brak dostępu do testów, które dla medyków - ludzi na pierwszej linii frontu, codziennie stykających się z zakażonymi - są wręcz niezbędne. Ostrzegają, że efekt tego może być tylko jeden - już niedługo zabraknie lekarzy, pielęgniarek czy ratowników medycznych, którzy albo będą na kwarantannie, albo zakażą się koronawirusem.

Sam rząd również sobie nie pomaga i tylko dokłada jeśli nie problemów, to przynajmniej kwestii, za które może być atakowany w kontekście walki z epidemią. Od samego początku epidemii w Polsce brakowało spójnych i klarownych regulacji, co do tego, kto może, a kto nie może być testowany na obecność koronawirusa - pacjenci silnie objawowi, wszyscy pacjenci z objawami chorób układu oddechowego, obywatele objęci kwarantanną, medycy walczący z epidemią, a może jak szersze grono obywateli.

Komunikacyjnie również nie było to sprawnie tłumaczone obywatelom, którzy z tego powodu byli znacznie bardziej podatni na różnego rodzaju manipulacje i fake newsy. A tych nie brakowało. Jak poinformował amerykański Departament Stanu, dotycząca epidemii koronawirusa rosyjska akcja dezinformacyjna w internecie i mediach społecznościowych trwała już od połowy stycznia. Celem było zasianie w zachodnich społeczeństwach jak największej paniki i wywołanie możliwie dużego chaosu na linii obywatele - władza. Na tego rodzaju potknięcia nie ma już miejsca. Zwłaszcza, że - jak mówi nam dr Matylda Kłudkowska - jeśli chodzi o epidemię koronawirusa w Polsce "najgorsze jest przed nami".

Więcej o: