"Zaczyna się wojna wokół pandemii". Chiny wysyłają pomoc. I propagandę

Epidemia koronawirusa zaczęła się w Chinach. Prawda? A może w USA lub we Włoszech - takie tezy pojawiają się chińskich mediach czy w wypowiedziach polityków. Do tego teraz Chiny są w stanie pomagać innym, w tym ogarniętemu chaosem Zachodowi - mówi propagandowa narracja. A czy jest prawdziwa, to już drugorzędne. - W obecnej rzeczywistości medialnej chodzi o to, żeby zaoferować alternatywną tezę - ocenia ekspert PISM Marcin Przychodniak.

Dostawy maseczek i innych środków ochronnych (opatrzonych chińską flagą), wysyłanie ekspertów, w mediach - z jednej strony propagowanie sukcesu, z drugiej spychanie winy. Chiny zapewniają, że poradziły sobie z epidemią koronawirusa w swoim kraju, a teraz mogą pomagać innym. Jednak taka pomoc nie jest bezinteresowna, a do tego otacza ją propaganda. "Zaczyna się wojna propagandowa wokół pandemii" - napisał były premier Szwecji i dyplomata Carl Bildt.

O tym, że "Chiny i Rosja rozpoczęły wojnę informacyjną z Zachodem" pisał także Donald Tusk. "Główne tezy: 'wirus przyszedł z USA' oraz 'Unia nic nie robi' rozpowszechniane są przez pożytecznych idiotów, także w Polsce" - stwierdził. Z kolei szef unijnej dyplomacji Josep Borrell wezwał kraje wspólnoty, by były gotowe do "wojny narracji" z Chinami. Ostrzegł, że Pekin "agresywnie pcha narrację", według której to oni - a nie USA - są wiarygodnym partnerem. Jednocześnie zauważył też próby dyskredytowania UE. 

"Chińskie media rządowe starają się sugerować, że epidemia COVD-19 nie zaczęła się tam i że należy winić inne kraje" - napisał Carl Bildt. Odnosił się do tweeta "Global Times", anglojęzycznej gazety chińskiej Partii Komunistycznej. Informowano w nim, jakoby "już w grudniu lub listopadzie we Włoszech pojawiły się przypadki nietypowego zapalenia płuc". Takie informacje rzeczywiście opisywały inne media, jednak sensem było to, że wirus mógł trafić do Włoch jeszcze zanim oficjalnie wykryto go w Chinach, a nie, że mógł wywodzić się z Włoch. 

W Chinach już w grudniu pojawiały się doniesienia lekarzy o "nietypowym zapaleniu płuc". Doktorzy - m.in. Ai Fen - alarmowali o nowym, nieznanym wirusie. Jednak ich apele o zajęcie się nim albo grzęzły w biurokracji, albo byli celowo uciszani przez przełożonych za "rozsiewanie plotek" - opisywał "Guardian". Dopiero z czasem pojawił się oficjalne informacje o ognisku choroby w Wuhan i tym, że jej źródłem miał być tzw. "mokry targ" z dzikimi zwierzętami. Jednak teraz Chiny starają się co najmniej odwrócić uwagę od tego, czy epidemię dałoby się zatrzymać szybciej, gdyby nie uciszano tamtejszych lekarzy. Ponadto kraj stara się już teraz myśleć o tym, jak w długiej perspektywie nie stracić i wyjść obronną ręką z całego zamieszania. 

- Chiny podejmują próbę wykorzystania sytuacji - przynajmniej w sensie wizerunkowym. Chodzi o narrację, że są jednym państwem, które przeszło na następny etap epidemii, poradziło sobie z najtrudniejszym momentem i jest na etapie powrotu do normalności - ocenił w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Przychodniak, były dyplomata i analityk ds. Chin w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

Koronawirus. Odwrócić uwagę od niewygodnych pytań

Do państw na świecie - także w Europie - trafiają teraz z Chin transporty sprzętu medycznego, wysyłane przez rząd i przedsiębiorców. Loty samolotów z pomocą z Chin są przedstawiane jako głośne wydarzenia.

- Z jednej strony pokazują się jako ten kraj, który teraz może pomóc. Sprzedają, a czasem rozdają sprzęt. Także chińscy businessmani oferują swój wkład. To jest w pewnym sensie zorganizowana akcja. Próbują wykorzystać to politycznie - zarówno wewnętrznie, jak i w relacjach z innymi państwami - opisał Przychodniak.

Jest też oczywiście element odwrócenia uwagi od tego, co stanie się, gdy najgorsze minie i zaczniemy zadawać pytania: dlaczego nie wiedzieliśmy o wirusie wcześniej? Co działo się w Chinach w grudniu 2019 roku, kiedy - jak można z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać - Chińczycy wiedzieli, że jest wirus, który powoduje nietypowe zapalenie płuc i przenosi się z człowieka na człowieka? Czy i dlaczego nic z tym nie zrobili? Czy decyzję podjęto we władzach lokalnych, czy na wyższym szczeblu? 

- powiedział ekspert PISM. Jego zdaniem "możemy przypuszczać, że decyzje zapadały raczej na wyższym szczeblu i raczej z powodów politycznych". - Chodzi o to, żeby świat o tym nie mówił i nie pytał. Żeby pokazać dobrą wolę i oferty współpracy medycznej, a nie próbę rozstrzygnięcia, w jaki sposób wirus rozprzestrzenił się w grudniu i styczniu z Wuhan - zaznaczył. Podkreślił też, że "w obecnej rzeczywistości medialnej chodzi o to, żeby zaoferować alternatywną tezę. Czy ona jest prawdziwa, czy nieprawdziwa, to trudno ludziom jednoznacznie stwierdzić. 

China Virus OutbreakChina Virus Outbreak Fot. Mark Schiefelbein / AP Photo

"Dochodzi do polityzacji wirusa"

Przez pewien czas o epidemię wirusa wzajemnie obwiniały się Stany Zjednoczone i Chiny. Donald Trump, a w ślad za nim prawicowe media i politycy, mówili wciąż o "chińskim wirusie". Z kolei jeden z rzeczników chińskiego resortu spraw zagranicznych Zhao Lijian sugerował w publicznych wypowiedział, że wirus wcale nie przeszedł ze zwierząt na ludzi w Wuhan, lecz... został tam rozprzestrzeniony przez amerykańskie wojsko. Teraz ta wojna słów jest łagodzona.  

- Pojawiające się w amerykańskim kontekście określenia "chiński wirus" są w pewnym stopniu prowokacyjne, a nawet mogą być odbierane jako rasistowskie. Ja bym nie używał takiego określenia, choć wirus wywodzi się w Wuhan - powiedział Przychodniak. - To będzie dla relacji USA i Chin kolejny element strategicznej rywalizacji. Dochodzi do polityzacji wirusa. Pytanie, jak rozwinie się sytuacja w Stanach Zjednoczonych - ocenił. 

Zwrócił jednak uwagę, że Chiny "powoli obniżają znaczenie  tego, co początkowo mówił np. jeden z rzeczników tamtejszego MSZ, jakoby to amerykańskie wojsko przywiozło wirusa do Wuhan". - W wywiadzie ambasador Chin w USA Cui Tiankai nie odnosił się wprost do tej tezy, unikając odpowiedzi na pytania dziennikarza - zauważył, i stwierdził:

To jest pół kroku w tył. Ale wciąż przekaz jest taki, że Chińczycy sobie z tym poradzili i mogą wszystkim pomóc. Natomiast Amerykanie mają ogromne problemy, nie są w stanie pomagać innym, zamykają granice z UE bez konsultacji. Taki jest przekaz, choć oczywiście nie jest to do końca prawda. Informacje o tym, że Chiny poradziły sobie z epidemią należy też ostrożnie traktować. To czas pokaże.

- Chińczycy są też świadomi, że nie mogą (w narracji) przesadzić. Stwierdzenie, że to Amerykanie przywlekli wirusa, wywołało raczej politowanie. Podobnie jak wpisy partyjnego dziennika "Global Times" o przypadkach dziwnego zapalenia płuc we Włoszech już w listopadzie. W kontekście tamtejszej trudnej sytuacji i liczb ofiar to jest odbierane nawet nie z politowaniem, a wręcz zażenowaniem - przytoczył Przychodniak. 

"Dyplomacja wdzięczności"

Władzom Chin może chodzić nie tylko o odwrócenie uwagi od pytań nt. odpowiedzialności za początkową reakcję na epidemię, ale też o przyszłe relacje polityczne i gospodarcze w czasie wychodzenia z kryzysu i po nim. - Chiny mają obawy. Po pierwsze, wcale nie jest pewne, że pod względem medycznym pokonali epidemię u siebie. Po drugie, nie są pewni, jakie będą konsekwencje gospodarcze, co jest dla nich najważniejsze - powiedział ekspert. - A Unia Europejska jest najważniejszym partnerem handlowym, więc ważne, żeby mogła znów zacząć kupować. Jeśli znajdzie się w recesji, to nie będzie mogła tego robić - dodał.

W tle są odłożone na teraz inne kwestie: 5G i Huawei, umowa inwestycyjna unijno-chińską, która miała być w tym roku podpisana. Trwa przygotowanie gruntu pod to, że kiedy wszyscy sobie poradzimy z tym wirusem i wrócimy do starego porządku i wcześniejszych problemów, to Chiny będą w innej sytuacji. Będzie pewien dług wdzięczności, poczucie, że coś im się należy, a UE niekoniecznie powinna bardziej uzależniać się od Chin

- stwierdził Przychodniak. - Ma miejsce też pewna "dyplomacja medyczna" czy "dyplomacja wdzięczności". Na zasadzie: pokonajmy epidemię, a później będziemy razem współpracować. Wszystko jest obliczone na to, żeby tę pozycję Chin - na razie wizerunkową - wzmocnić - podsumował ekspert PISM.

Więcej o: