Ratownik medyczny o walce z epidemią: Był czas, żeby się przygotować, zorganizować środki ochronne, przegrupować kadrę. Nie zrobiono nic

- Brakuje nam ludzi, i to bardzo mocno, na co dzień, w normalnych warunkach. Teraz jest znacznie gorzej. Niedługo to wszystko się po prostu zatrzyma, przestanie działać. Zabraknie nas, ratowników. Nie uciekniemy przed tym - o sytuacji na pierwszej linii frontu w walce z epidemią koronawirusa opowiada Gazeta.pl ratownik medyczny z wieloletnim doświadczeniem, pracujący m.in. w Warszawie. W obawie przed szykanami ze strony przełożonych prosi o zachowanie anonimowości.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Na co dzień wasza praca nie należy do najbezpieczniejszych, ale w czasach epidemii to chyba ostatnia profesja, którą ktokolwiek chciałby wykonywać.

RATOWNIK MEDYCZNY*: Coś w tym jest. Powinniśmy być przygotowani na takie sytuacje, bo na co dzień spodziewamy się nie tylko naszych rutynowych zadań, ale także zagrożenia epidemiologicznego. Każdy z nas szkoli się w tym kierunku i ma stosowną wiedzę. Ale to, co się wydarzyło, ta epidemia zaskoczyła nawet nas. Nie przypuszczaliśmy, że jako państwo, jako służba i ochrona zdrowia jesteśmy do tego kompletnie nieprzygotowani.

Co to konkretnie znaczy?

Ni mniej, ni więcej, a tyle, że to, co rządzący mówią w telewizji i to, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości, na pierwszej linii frontu - to dwa kompletnie różne światy.

Jak różne?

Diametralnie. Politycy zapewniają, że świetnie radzimy sobie z epidemią, że mamy wszystko pod kontrolą, że byliśmy zawczasu przygotowani na nadejście koronawirusa. To bzdura. Przed naszą rozmową wróciłem z 24-godzinnego dyżuru w Warszawie, a niedługo zaczynam kolejny dyżur, tyle że w moim rodzinnym mieście. Potrzeby kadrowe są olbrzymie, a ludzi tyle co zawsze. Przy tym ratownicy medyczni często wypadają z grafików, bo stykają się z osobami, które mają koronawirusa albo mogły mieć kontakt z zakażonymi.

Roboczogodzin w miesiącu jest teraz tyle samo?

Tyle samo albo i więcej. Normalnie ratownik medyczny pracuje 360-400 godzin w miesiącu. Zawsze. Teraz jest podobnie, tyle że warunki i komfort tej pracy są jeszcze gorsze. Jesteśmy niezbędni do kontaktu z chorymi, z pacjentami, zwłaszcza tymi z objawami koronawirusa, ale jest nas wielokrotnie za mało. Nie ma żadnego odpoczynku, żadnej przerwy. Chcieliśmy nawet prosić w naszej jednostce o jakąś przerwę - jeden dyżur przerwy, żeby odpocząć, ogarnąć się, odzyskać formę - ale nas wyśmiano. Kilka godzin przerwy między kilkunasto- albo kilkudziesięciogodzinnymi dyżurami to wszystko, na co możemy liczyć. Nikogo nie obchodzi, w jakiej jesteśmy formie i czy nie padniemy w połowie kolejnego dyżuru.

Co jest najgorsze w pracy ratownika medycznego w czasie epidemii koronawirusa?

Zdecydowanie brak należytego zabezpieczenia przed wirusem. Mamy jeden komplet kombinezonów nie tyle na załogę, ale na karetkę, którą jeżdżą przecież różne załogi. Bezterminowo. Po użyciu takiego kompletu musimy zjechać do dezynfekcji na Woronicza, co zajmuje około trzech, czterech godzin, i pobrać już zdezynfekowane kombinezony. O ile te ostatnie są gotowe do odbioru. Na co dzień, jeśli coś się stanie z tymi kombinezonami - zużyją się albo ulegną zniszczeniu - jesteśmy pozbawieni ochrony. A nikt nam nie powie wtedy: usiądźcie i poczekajcie, nie ma sensu ryzykować zdrowiem i życiem. Jeździmy przecież między innymi do wezwań, które są z podejrzeniem zakażania koronawirusem.

Wasi przełożeni się na to godzą? Na takie odpuszczenie zabezpieczenia ratowników?

Liczy się obsada dyżurów, a nie zabezpieczenie ratowników czy ich stan zdrowia. Jedną ze stacji w centrum Warszawy obsługują cztery załogi. Łącznie mają na swoim terenie około 400 tys. ludzi. Jak oni mogą dotrzeć do wszystkich potrzebujących pomocy i jeszcze udzielić im tej pomocy na odpowiednim poziomie? Przecież to absurd.

Brakuje wam ludzi?

Brakuje nam ich, i to bardzo mocno, na co dzień, w normalnych warunkach. Teraz jest znacznie gorzej. Niedługo to wszystko się po prostu zatrzyma, przestanie działać.

To znaczy?

Zabraknie nas, ratowników. Nie uciekniemy przed tym. Codziennie jesteśmy narażeni na zakażenie koronawirusem. Często jedziemy do przypadku, który ma być "normalny", robimy swoje, przywozimy człowieka do szpitala, a on nagle mówi lekarzowi, że może jednak miał styczność z kimś zakażonym koronawirusem. I co wtedy - załoga wypada z obiegu, bo idzie na kwarantannę, pracownicy i pacjenci szpitala to samo, sam szpital może zostać zamknięty ze względów bezpieczeństwa.

Takie sytuacje są chyba nie do uniknięcia.

Na zachodzie test na koronawirusa wykonuje się w kilka sekund, a wyniki są po trzech godzinach. U nas tych testów jest zdecydowanie za mało, a w połączeniu z pacjentami, którzy nas okłamują stwarza to zabójczą dla całego ratownictwa medycznego mieszankę. Podam przykład. Niedawno pacjent okłamał załogę, która do niego przyjechała. Okazało się, że mógł mieć styczność z zakażonymi koronawirusem. Nasi przełożeni kazali tej załodze, która była po 18-godzinnym dyżurze, zamknąć się w karetce i siedzieć tam do odwołania. Bez jedzenia, bez picia i z toaletą gdzieś w piwnicy. Gdyby nie napisali na Facebooku, co ich spotkało i gdyby ludzie nie przynosili im wody czy jedzenia, to pewnie padliby w tej karetce. Wypuszczono ich po 34 godzinach, gdy już było jasne, że się nie zakazili. Czy poszli do domu? Odpoczęli? Dostali wolne? A skąd, po dwóch, może trzech godzinach musieli być na kolejnym dyżurze. Bo przecież nie ma ich kto zastąpić.

Skarżycie się na problem z pacjentami, którzy nie mówią wam prawdy w trakcie wywiadów. Stąd akcja "Nie kłam medyka". Dlaczego ludzie to robią? To przecież nielogiczne.

Przede wszystkim zmorą ratowników jest to, że zazwyczaj jeździmy do przypadków, do których jeździć nigdy nie powinniśmy. To zdecydowana większość naszych interwencji. Do tego dochodzi wywiad zrobiony przez dyspozytora. On często pozostawia wiele do życzenia, a równie często ludzie tego dyspozytora po prostu okłamują, bo chcą, żeby przyjechała karetka. Chcą i reszta ich nie obchodzi.

Czego najczęściej dotyczą te kłamstwa?

Obecnie przede wszystkim zatajania informacji o zagranicznych wyjazdach, styczności z osobami, które wróciły z krajów, gdzie szaleje koronawirus, obecności w miejscach, gdzie łatwo się wirusem zakazić. Dlatego jedziemy do przypadku myśląc, że to normalna interwencja, bo tak nam powiedział dyspozytor, a na miejscu po kilku pytaniach okazuje się, że człowiek może być zakażony. I wtedy cała załoga jest wyłączona na dwa tygodnie, bo trafia na kwarantannę. Ale to i tak nie jest najgorszy scenariusz, bo pacjent może tak chcieć trafić do szpitala, że dopiero tam lekarzowi przyznaje, gdzie naprawdę był, co robił, z kim się widział. I wtedy wyłączony może zostać cały szpital, z całą swoją kadrą i wszystkimi pacjentami. Przecież właśnie taki przypadek obserwowaliśmy w warszawskim szpitalu na Banacha. Epidemia czy nie epidemia, ludzie traktują karetkę jak darmową taksówkę. A ratownik medyczny jest według nich od tego, żeby sprawdzić czy mają wypisane dobre leki albo żeby wystawić im receptę. Obłęd, bo w ten sposób odbierając innym ludziom szansę na otrzymanie pomocy, czasami na uratowanie życia.

Myślałem, że w takich czasach postawa ludzi wobec was zmieni się na lepsze, że będziecie czuć jakieś wsparcie, pomoc.

Zmiana jest. Nie powiem, że nie. Myślę, że mamy o 30 proc. mniej głupich, zbędnych wyjazdów, bo ktoś chce zrobić sobie z nas taksówkę, oczekuje, że zawieziemy mu dziecko do szpitala albo liczy, że sprawdzimy mu, czy dostał dobre leki lub powtórzymy receptę. Zazwyczaj podczas 24-godzinnego dyżuru mam 17-18 wyjazdów, z czego uzasadnionych jest od jednego do trzech. Teraz mamy mniej więcej 12 wyjazdów na taki dyżur, a uzasadniona jest jedna trzecia. To i tak spora poprawa. Dzięki temu mamy czas cokolwiek zjeść, ogarnąć się, uzupełnić braki sprzętowe.

Jak wygląda ta sytuacja sprzętowa? Na co dzień ratownikom brakuje profesjonalnego sprzętu i często muszą używać własnego. Jak jest teraz? Czego brakuje?

Przede wszystkim masek i kombinezonów ochronnych. Nowej maski powinniśmy używać przy wizycie u każdego pacjenta, tymczasem te maski są na receptę, więc musimy używać tej samej cały czas. Co do kombinezonów, to na każdy wyjazd powinniśmy mieć nowy zestaw kombinezonów. Nie mamy. Nawet środki dezynfekcji są reglamentowane i nie mamy ich tyle, ile potrzebujemy.

Czy maseczki chronią przed koronawirusem? Na to pytanie odpowiada minister zdrowia Łukasz Szumowski:

Zobacz wideo

Władze nie mogą się dziś nachwalić lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych. Te pochwały coś dla was znaczą, podnoszą na duchu, dodają energii?

Mnie irytują i wywołują śmiech. Rządzących, zresztą nie tylko tych obecnych, nigdy nie było, kiedy chcieliśmy porozmawiać o ratownictwie medycznym, ucywilizować ten obłęd, który szkodzi nie tylko nam, ale też państwu i przede wszystkim obywatelom. Chcieliśmy, żeby ratownictwo było traktowane poważnie, żeby zarobki były godne, żeby warunki pracy były normalne. U nas ludzie pracują z pasji i dla adrenaliny, dlatego, że chcą ratować ludzkie życie. Przecież nie dla pieniędzy, bo zarabiamy wyraźnie gorzej od pielęgniarek, które same i tak mają ciężko. Musimy pracować w kilku miejscach, żeby jakoś dobić chociaż do średniej krajowej.

Teraz rządzący sobie o nas przypomnieli. Tak jak wcześniej przypomniano sobie o nas, kiedy w 2006 roku zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Czy wtedy coś się zmieniło? Obiecywano nam, że będzie normalnie i pięknie, a jedyne, co się stało, to, że awansowaliśmy z sanitariuszy na ratowników medycznych. Wcześniej władze nie wiedziały, że jest taki zawód jak ratownik medyczny. Teraz będzie podobnie. Epidemia minie, a władza o nas zapomni. Jak zawsze.

Czego w takim razie chcecie? Czego byście oczekiwali od władzy?

Normalności. Tylko i aż tyle. My nawet nie jesteśmy służbą zdrowia, tylko ochroną zdrowia. Państwowym Ratownictwem Medycznym jesteśmy wyłącznie z nazwy, a faktycznie funkcjonujemy na wolnym rynku, który nie ma dla nas litości. Wszyscy powinniśmy być na etatach, mieć zapewniony chociaż minimalny spokój i stabilizację. Ale z naszych etatów nawet mnich by nie wyżył, więc każdy ma do tego przynajmniej jeden dodatkowy kontrakt. Nic dziwnego, że wielu moich kolegów i koleżanek, świetnie wykształconych fachowców, odchodzi z ratownictwa medycznego i idzie gdziekolwiek, gdzie można zarobić godziwe pieniądze. I zarabiają, bo trudno zarobić mniej od ratownika medycznego. A jednocześnie mają wolne weekendy i święta, etat, benefity, mniej stresu i nie ryzykują swoim zdrowiem i życiem.

Myślicie, że obecny kryzys epidemiologiczny jest szansą, żeby sytuacja ratowników medycznych już po nim uległa znaczącej poprawie?

Nie, nie łudzę się. Nie widzę żadnych przesłanek ku takiej poprawie. Chociaż gdybym mógł, to pociągnąłbym do odpowiedzialności wszystkie osoby zarządzające służbą zdrowia w Polsce. Od dwóch miesięcy było wiadomo, że ten wirus jest i że prędzej czy później do Polski też dotrze. Był czas, żeby się przygotować, zorganizować środki ochronne, przegrupować kadrę. Nie zrobiono nic. Nawet szkoleń dotyczących działań w przypadku koronawirusa nie mieliśmy, zanim pojawił się wirus. One ruszyły dopiero po pojawieniu się koronawirusa w Polsce. Wszystkiego o tym wirusie musiałem dowiedzieć się wcześniej z internetu.

* Nasz rozmówca poprosił o anonimowość, argumentując to obawą przed szykanami ze strony swoich przełożonych. Jego dane personalne pozostają do wiadomości redakcji.