"Nie zapłacę kolejnej raty kredytu, nie zrobię przelewu do ZUS. Wielu postąpi jak ja. I co wtedy?"

Pracują w gastronomii, branży rozrywkowej, organizują warsztaty taneczne. Jedni z dnia na dzień stracili źródło dochodu, inni zatrudniają dziesiątki pracowników, nad którymi wisi widmo zwolnienia. Epidemia koronawirusa wywróciła życie zawodowe wielu Polaków do góry nogami. Czy mają jakiś plan "B"?

Andrzej od wielu lat organizuje i prowadzi zajęcia z kontakt improwizacji - tańca w bliskim kontakcie fizycznym. Gdy rząd wprowadził stan zagrożenia epidemicznego w Polsce, Andrzej odwołał warsztaty zaplanowane na kolejnych kilka tygodni. – Czułem, że muszę być odpowiedzialny, nie mam innego wyjścia – mówi.

W tej chwili siedzi w domu, na bezpłatnym, przymusowym urlopie. – Oszczędności starczy mi na najbliższe miesiące, pieniądze za warsztaty dostaję z wyprzedzeniem. Część środków na pewno będę musiał jednak ludziom pooddawać albo zaksięgować na kolejne wydarzenia. Niektórzy uczestnicy piszą, żebym się nie przejmował kasą, ale jest wiele takich osób, którym te pieniądze są obecnie niezbędne i proszą o zwrot. Cała sytuacja na pewno odbije się na moim budżecie. Nie oczekuję, że ktoś mi będzie płacić w imię solidarności. Liczę za to, że państwo wprowadzi jakieś ulgi dla przedsiębiorców takich jak ja – mówi Andrzej.

Kiedy rozmawiamy, jeszcze nie wiemy, że rząd postanowił przekazać 212 miliardów złotych na "tarczę antykryzysową". Ale pewnie także dziś nie jest dla przedsiębiorców do końca jasne, jakim ten program będzie wsparciem w ich konkretnych przypadkach. A wsparcia Andrzej będzie potrzebował, bo nie ma pomysłu, jak jako nauczyciel tańca mógłby zmodyfikować swoją pracę w obecnych warunkach. – Nie wyobrażam sobie za bardzo nauki kontaktu improwizacji online, taka forma pracy też mi za bardzo nie odpowiada, to dla mnie całkiem obce medium – tłumaczy.

Andrzej uczy kontakt improwizacji. Musiał odwołać wszystkie zajęcia, które prowadziAndrzej uczy kontakt improwizacji. Musiał odwołać wszystkie zajęcia, które prowadzi fot: Shutterstock.com

Wyzwaniem dla Andrzeja jest nie tylko odpowiednie zarządzanie domowym budżetem, ale również przetrwanie bez tańca, bez ruchu. – W niedzielę po raz pierwszy od wielu lat poszedłem biegać. Od dziecka tak mam, że poprzez ruch wyrzucam z siebie negatywne emocje i nadwyżki stresu. Mieszkam z partnerką, jesteśmy dla siebie dobrzy, ale czuję, że przez to siedzenie w domu, śledzenie na bieżąco informacji, napięcie między nami rośnie i robi się momentami trudno – opowiada.

Pierwsi dostaliśmy po d*pie i jako ostatni wrócimy do gry

Andrzej wierzy, że gdy stan zagrożenia epidemicznego zostanie odwołany, powoli będzie wracał do prowadzenia zajęć z tańca. Ale już Mariusz Korpoliński obawia się, że może nie pracować przez kolejnych kilka miesięcy.

- Od kilkunastu lat jestem konferansjerem. Żyję z prowadzenia konferencji, koncertów, festiwali muzycznych i innych wydarzeń. Jeszcze kilka tygodni temu miałem zapełniony kalendarz na następne dwa miesiące, teraz jest w nim pusto, wszystkie rezerwacje zostały anulowane. Jak prawie wszystkie osoby pracujące w branży eventowej, nie mam etatu, jestem na jednoosobowej działalności, nikt za mnie nie zapłaci ZUS-u – opowiada Mariusz.

Mariusz KorpolińskiMariusz Korpoliński fot: Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta

Mariusz opisuje, jak zarządza swoim budżetem w ciągu roku. – Najwięcej pracy mam w sezonie, między majem a październikiem. Wtedy odbywa się mnóstwo wydarzeń plenerowych, organizowanych między innymi przez samorządy, jak na przykład Dni Szczytna, które prowadzę każdego roku od 14 lat. W tym okresie odkładam pieniądze na kolejne miesiące, kiedy mam mniej zleceń - między listopadem a kwietniem. To, co zarobiłem w ubiegłym sezonie, wydałem zimą, przede mną perspektywa niezarobienia żadnych pieniędzy. A ja muszę zarabiać i odkładać, bo inaczej nie będę miał na życie – opowiada.

A życie Mariusza tanie nie jest. Rozwiedziony, ma trójkę dzieci, 80-metrowe mieszkanie na kredyt. – Sama rata kredytu razem z czynszem to około trzech tysięcy złotych miesięcznie. Oszczędności zostało mi na trzy tygodnie, jak bardzo zacisnę pasa, to może na miesiąc – mówi. Martwi się jednak, że w tym czasie jego sytuacja nie zmieni się na lepsze. – Branża eventowa pierwsza dostała po d*pie i w porządku, rozumiem, że sytuacja wymagała odwołania imprez, ale trzeba się też liczyć z tym, że ta branża jako ostatnia wróci do gry.

Mariusz przewiduje, że nawet jeśli rząd zniesie zakaz urządzania masowych imprez, to ludzie jeszcze przez jakiś czas będą się bali w nich uczestniczyć. A samorządy, które organizowały dużą część prowadzonych przez niego eventów, będą w kiepskiej sytuacji finansowej, każde pieniądze będą szły na walkę ze skutkami epidemii koronawirusa.

 - Jestem przekonany, że samorządy będą musiały ostro ciąć koszty. Co będzie pierwsze do odstrzału? Rozrywka, imprezy plenerowe. Ludzie potrzebują chleba i igrzysk, ale jeśli nie mają chleba, to nie ma wyjścia – zrezygnują z igrzysk. Tylko co z tymi ludźmi, którzy organizując te igrzyska, zarabiali na chleb? – żali się Mariusz.

Mariusz zakłada, że niedługo nie będzie w stanie opłacać składekMariusz zakłada, że niedługo nie będzie w stanie opłacać składek fot: Patryk Ogorzałek/ Agencja Gazeta

Czy ma plan "B" w sytuacji, w której jego powrót na scenę będzie się opóźniał? – Zawód konferansjera w dobie eventów online przestanie być potrzebny. Z wykształcenia jestem aktorem, w domu mam profesjonalny mikrofon, więc będę szukać zleceń jako lektor, czytał reklamy. Mam jednak świadomość, że tych zleceń może być mało, pieniądze z nich będą szły na codzienne wydatki. Zajmuję się też prowadzeniem szkoleń z wystąpień publicznych, zacznę oferować takie wystąpienia online. Czy ktoś je kupi? Nie mam pojęcia, ale będę próbował je sprzedać. Obawiam się jednak, że to nie jest moment, w którym ludzie chcą inwestować we własny rozwój. Mógłbym spróbować zatrudnić się u znajomych, ale oni mają podobne kłopoty jak ja, nie stać ich na dodatkowe koszty. Liczę się z tym, że niedługo stanie się tak, że nie zapłacę kolejnej raty kredytu ani nie zrobię przelewu do ZUS. Myślę, że wielu postąpi tak jak ja. I co wtedy? Wszystkich nas do więzienia przecież nie wsadzą – mówi.

Kto mnie zatrudni

W podobnej sytuacji jest Krzysztof, który również pracuje w branży eventowej – zapewnia obsługę logistyczną europejskich tras koncertowych. – Odwołano mi kilka dużych zleceń, z których mógłbym żyć przez kolejnych kilka miesięcy. Na czterech jestem w stanie zarobić nawet 40 tysięcy złotych. Odpadnie jedno – nie ma tragedii, odpadają wszystkie, w dodatku brak perspektywy na kolejne – moja sytuacja staje się dramatyczna – przekonuje. - Jeśli sytuacja się nie zmieni, za kilka miesięcy będę na skraju bankructwa.

Pociesza się tym, że nie ma ani mieszkania na kredyt, ani rodziny na utrzymaniu. – Mogę sprzedać jeden z samochodów dostawczych, ale kto będzie chciał taki samochód teraz kupić? I za ile? Nie wiem – mówi. Może również sprzedać sprzęt – instrumenty, nagłośnienie. – To oznacza dla mnie jedno: wyprzedawanie firmy – stwierdza.

Krzysztof jest w tej chwili, jak mówi, w fazie przetrwania. Ale sytuacja zmusza go do myślenia, co dalej. – Mam 38 lat na karku, z wykształcenia jestem nauczycielem historii, ale zawodu nigdy nie wykonywałem. Swoją firmę zbudowałem od zera, prowadzę ją od 10 lat. Żyło mi się komfortowo, nigdy nie chciałem pracować od 8 do 16. Nagle przyszedł kryzys, nie złoszczę się o to na nikogo, nie wiem po prostu, co mógłbym innego robić – czy ktoś zatrudni mnie w korporacji bez żadnego doświadczenia? Wszystkie osoby, które znam, też pracują w branży eventowej albo gastronomicznej, więc są w podobnej sytuacji. W tych branżach nie jesteś w stanie stworzyć potężnej poduszki bezpieczeństwa finansowego, bo koszty stałe są bardzo wysokie – wyjaśnia.

Jego zdaniem wiele osób od bankructwa dzielą dwie, trzy wypłaty. – Nikt się nie spodziewał, że nagle świat stanie w miejscu. Sam jeszcze się tym wszystkim tak bardzo nie stresuję, ale jak przyjdzie 10 kwietnia, kiedy będzie trzeba opłacić wszystkie rachunki, to sytuacja się zmieni – mówi.

Zwalnianie to ostateczność

Paweł Lewantowicz jest współwłaścicielem sieci centrów rozrywki oraz firmy cateringowej. Najbardziej martwi się teraz o swoich pracowników. – Przez cały weekend spałem może trzy godziny. Od kilku dni zastanawiamy się w firmie, co zrobić, żeby jakoś utrzymać biznes i nie zwalniać ludzi. To byłaby dla mnie największa trauma. Ja sobie jakoś poradzę, ale co z nimi? Prawie każda z tych osób ma rodzinę, którą musi utrzymać, kredyty do spłacenia, dla wielu utrata pracy to w tym momencie dramat. Mam wobec nich poczucie odpowiedzialności – zwierza się Paweł.

W związku z epidemią koronawirusa wszystkie imprezy masowe zostały odwołaneW związku z epidemią koronawirusa wszystkie imprezy masowe zostały odwołane fot: Shutterstock.com

Zatrudnia około 70 osób, wszystkich na umowę o pracę, każdy pracownik ma prywatną opiekę medyczną. Paweł twierdzi, że z wszystkimi jest bardzo zżyty. – Pracują ze mną od 10, 12 lat. Kilka dni temu jeden z nich zapewnił mnie, że w razie potrzeby pójdzie na bezpłatny urlop, żeby nie generować kosztów. Jak mógłbym zwolnić kogoś, kto mówi mi coś takiego? – zastanawia się Paweł.

Przedsiębiorca tłumaczy, jak to możliwe, że w ciągu kilku dni sytuacja w jego firmie stała się tak dramatyczna. – Najwięcej pracy mamy w okresie jesienno-zimowym, latem zawsze jest lekki przestój, bo ludzie spędzają więcej czasu na powietrzu. Jako firma jesteśmy więc przygotowani na spadek przychodów w wysokości 30, 40, nawet 50 procent. Ale nie jesteśmy przygotowani na ich zupełny brak. I nie znam firmy, która by była. Z dnia na dzień po prostu przestaliśmy zarabiać, a mamy mnóstwo towaru, który zalega nam w lokalach, zainwestowaliśmy w drogi sprzęt na potrzeby eventów, które się nie odbędą. Do tego dochodzą koszty stałe, kredyt do spłacenia - przekonuje.

Paweł nie ukrywa, że jeżeli zastój potrwa dłużej i przedsiębiorcy nie otrzymają znaczącej pomocy ze strony państwa, wiele firm upadnie, pracę straci mnóstwo ludzi. – To nie jest kwestia miesięcy, ale tygodni. Dla mnie zwolnienia to ostateczność, ale widzę, że wiele firm już redukuje liczbę zatrudnionych, żeby się ratować. Zastanawiam się, czy nie będzie tak, że do większych tragedii dojdzie nie z powodu koronawirusa, ale reperkusji w związku z epidemią. Pytanie, czy ktoś zbada to, jak bardzo ta sytuacja odbiła się na zdrowiu ludzi, do ilu zawałów serca doszło w tym okresie? – mówi Paweł.

Czy ma jakiś pomysł, jak uchronić firmę przed upadkiem? – W tej chwili skupiamy się przede wszystkim na realizowaniu dostaw domowych. Negocjujemy również z kontrahentami ograniczenie lub zawieszenie na jakiś czas niektórych opłat. Na przykład z miastem, od którego wynajmujemy lokale. Będziemy się starali zaciągnąć kredyt w banku, który zabezpieczy nas na kolejne miesiące. Pytanie, czy bank w obecnej sytuacji zdecyduje się nam takiego kredytu udzielić – zastanawia się Paweł.

Paweł obawia się jeszcze jednego. - Nawet jeśli uda się uratować firmę, możliwe, że będziemy się z tej sytuacji wygrzebywać przez kilka lat. Ludzie jeszcze długo mogą unikać tłumów albo nie będzie ich stać na wychodzenie "na miasto", wydawanie pieniędzy na rozrywki. Musimy się liczyć z tym, że jeszcze przez wiele miesięcy nasze obroty będą się utrzymywać na niskim poziomie – przekonuje.

Daję pracę prawie 100 osobom

Darek, podobnie jak Paweł, obawia się o los swoich pracowników. Ma firmę outsourcingową, w tej chwili odpowiada za prawie 100 pracowników z Ukrainy, których zrekrutował do pracy w zakładach w całej Polsce. – Przede wszystkim dla branży budowlanej, kolejowej i sprzątającej. W tej chwili już kilkanaście osób nie pracuje, bo część zakładów została zamknięta – głównie firmy, które wynajmowały osoby do sprzątania biur – opowiada Darek.

Jak twierdzi, jego pracownicy żyją z dnia na dzień, przyjechali do Polski za pracą, pieniądze, które zarobią, wysyłają swoim rodzinom na Ukrainę. – Polska zamknęła granice, nie wiem, jakie mają możliwości powrotu do domu, czy w ogóle biorą to pod uwagę. Tam nie mają pewnie żadnych perspektyw – mówi Darek. - W dalszym ciągu wiele branż funkcjonuje – spożywcza, kurierska. Będę się starał szukać dla nich zatrudnienia właśnie w tych sektorach. Najważniejsze to, żeby byli chociaż w stanie zarobić na swoje codzienne utrzymanie. O siebie się nie martwię, mam jeszcze prywatne oszczędności, teraz najważniejsze to ratować firmę i nie doprowadzić do tego, że na bruku wyląduje kilkadziesiąt osób – mówi.

Epidemia koronawirusa odbija się szczególnie na branży hotelarskiej i gastronomicznejEpidemia koronawirusa odbija się szczególnie na branży hotelarskiej i gastronomicznej fot: Shutterstock.com

Czekałam z niecierpliwością na 500 plus

Karolina przez kilka lat prowadziła restaurację. Od jakiegoś czasu się jej nie wiodło, więc postanowiła skończyć z tą działalnością. – Chciałam uniknąć popadania w długi. Stresowa sytuacja bardzo zaczęła się odbijać na moim zdrowiu – mówi. Szybko udało jej się dostać nową pracę, w hotelu. Znalazła też osobę chętną do przejęcia restauracji. – Tydzień temu mieliśmy się rozliczyć, ale nagle nabywca zmienił zdanie i się wycofał. Zostałam więc z lokalem, sprzętem i zobowiązaniami wynikającymi z prowadzenia działalności. W nowej pracy dostałam umowę- zlecenie, dopiero po trzech miesiącach okresu próbnego miałam podpisać umowę o pracę. W piątek otrzymałam informację, że mam nie przychodzić do pracy do odwołania. Dostanę więc wynagrodzenie wyłącznie za okres, który przepracowałam – opowiada.

Karolina samotnie wychowuje dwoje dzieci – 14-letnią córkę i 11-letniego syna. Były mąż nie uczestniczy w wychowaniu dzieci, nie płaci alimentów – wszystko, co posiadał, przepisał na swoją konkubinę, więc w oczach urzędników jest niewypłacalny. – Gdy prowadziłam firmę, jakoś sobie radziłam, pracując w hotelu, zarabiałam trzy tysiące złotych, w dni wolne mogłam sobie jeszcze dorobić jako kelnerka. W tej chwili nie mam żadnego źródła dochodu. W tym miesiącu pierwszy raz czekałam z niecierpliwością na 500 plus, które pozwoli nam jakoś przetrwać – zwierza się Karolina.

Teraz Karolina czeka, aż jej obecny pracodawca zaproponuje jakieś rozwiązanie sytuacji. Jeśli okaże się, że zostanie zwolniona, będzie musiała znaleźć inne źródło dochodu. – Mam wsparcie rodziców i brata, mam też wykształcenie pedagogiczne jako nauczycielka wychowania przedszkolnego. Jeśli branża hotelarska podupadnie, będę szukać pracy w tym zawodzie – planuje.

Karolina martwi się o swój stan psychiczny: - Stres jest ogromny. Mam problemy ze snem, chwilami łapie mnie totalna niemoc. Kiedy znalazłam nową pracę, odetchnęłam. Niewiele mi brakowało, żeby odzyskać płynność finansową, a tym samym radość z życia. I nagle przyszedł koronawirus.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Więcej o: