Założenie, że papier toaletowy jest w każdym domu czymś oczywistym, nie dotyczy ogromnej rzeszy ludzi

Kaczany kukurydzy, wspólna gąbka na kiju, a nawet potłuczona ceramika. Ostatecznie własna ręka. Papier toaletowy? To nie jest ani wynalazek stary, ani powszechny. Ten na rolkach znamy dopiero od niespełna 150 lat. Perforowany, tłoczony i miękki jak aksamit - jeszcze krócej. A około 4,2 miliarda ludzi na świecie nie ma na co dzień dostępu ani do papieru, ani nawet do normalnej toalety.

Nie ma w sklepach papieru toaletowego. Albo inaczej: markety nie nadążają z uzupełnianiem półek, więc wiele wypraw po papier kończy się powrotem z pustymi rękami. System przechytrzyć trudno, bo zniknęły też zamienniki: ręczniki kuchenne, nawilżane chusteczki, chusteczki higieniczne. W moim osiedlowym sklepie papieru nie ma od wielu dni. Sprzedawca pytania klientów zbywa krótkim filozoficznym: "Panie...". Kilka rolek udało mi się kupić w pewnej sieciówce. Papier, którego w tym akurat sklepie normalnie nie ma w ofercie, niczym trofeum leżał przy kasie.  

Niektórzy ironizują w Internecie, proponując wymianę ośmiu rolek białego papieru na kawalerkę w Warszawie, może być do remontu. Lubimy też powtarzać, że polowanie na papier toaletowy to polska trauma historyczna po latach PRL-owskich niedoborów. Ale, jak twierdzą ekonomiści, fakt, że w czasach niepokoju wykupujemy akurat papier toaletowy, to wcale nie jest polska specyfika. Papier wyprzedaje się na pniu również w USA, Australii i wielu innych krajach zachodnich.

Naukowcy upatrują w tym uniwersalnej dla wszystkich ludzi potrzeby odzyskania kontroli. Nad czymkolwiek, choćby zaopatrzeniem w środki higieniczne, których na co dzień nie gromadzimy. Bo choćby taki właśnie papier zajmuje dużo miejsca, a poza tym przecież jest wszędzie: w szkole, pracy, kawiarni.  

Gromadzenie na przykład papieru daje nam "złudzenie zerowego ryzyka" - jeśli w jakimś obszarze zminimalizujemy ryzyko do zera, zyskujemy przekonanie, że nic złego nam się nie stanie. Jest to błąd poznawczy, ale psychicznie pomaga przetrwać okres największego niepokoju. Po prostu lubimy myśleć, że robimy coś, by poprawić swoją sytuację. A papier to przecież artykuł pierwszej potrzeby, prawda? 

  Robienie wielkich zapasów papieru toaletowego to nie jest tylko polska specyfika. Na zdjęciu kolejki po papier w marcu 2020 roku w San Francisco w USA / Fot. Kevin McGovern/Shutterstock.com

4,2 miliarda osób bez toalety 

No właśnie niekoniecznie. Założenie, że papier toaletowy jest w każdym domu czymś oczywistym, nie dotyczy ogromnej rzeszy ludzi. Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia i UNICEF-u w 2019 roku jedna trzecia populacji na świecie wciąż nie miała dostępu do bezpiecznej wody pitnej (a my nią spuszczamy fekalia w toalecie), a ponad połowa, czyli ok. 4,2 miliarda ludzi - do toalety. Podstawowych urządzeń do mycia rąk wodą i mydłem w 2017 roku nie miały w domach trzy miliardy osób. Około 678 milionów ludzi na świecie, głównie w Azji Południowej i Afryce Subsaharyjskiej, w dalszym ciągu stosuje defekację otwartą, czyli kuca na polu, w krzakach, zaroślach, kanałach itp. 

  Dwie trzecie ludzi na świecie nie ma dostępu do bezpiecznej toalety. Te szalety na pustyni w Tunezji nie tylko istnieją, ale uznawane są za 'wygodne' / Fot. Anais Vergnes/Shutterstock.com

W takich warunkach papier toaletowy jest oczywiście mrzonką. Ale o tym, że w wielu regionach świata się z niego nie korzysta, decyduje też kultura. Nie jest wcale powszechny w wysoko rozwiniętej Japonii, gdzie w większości domów i publicznych toalet zainstalowane są tylko tzw. washlety (jap. woshuretto, czyli zaawansowane połączenie muszli klozetowej i bidetu, które myje i suszy pupy), ani w Indiach i na Bliskim Wschodzie, gdzie lewa ręka uważana jest za nieczystą z wiadomych względów. Papieru i mydła nie uświadczycie też w chińskich publicznych toaletach - jeśli ktoś nie chce się podmywać, musi mieć własną rolkę. 

  Washlet, czyli zaawansowane połączenie klozetu z bidetem, jest standardowym wyposażeniem większości domów w Japonii / Fot. Ratchat/Shutterstock.com

Wielu czytelnikom mycie pupy ręką po oddaniu kału zapewne wyda się obrzydliwe. I kłopotliwe. No właśnie - papier toaletowy rozwiązuje wiele problemów, ale cieszyć się nim możemy od zaledwie 163 lat. Do tego czasu kwestię "dwójki" i higieny po niej ludzie załatwiali na setki zmyślnych sposobów. 

Koronkowe chusteczki Marii Antoniny 

Nawet gdy "toaleta" to było miejsce "tam za skałą", trzeba było czymś się podetrzeć. Od wieków gatunkowi ludzkiemu służyły do tego trawa, siano, liście, mech, piasek, patyki, kamyczki, kaczany kukurydzy, czyli kolby po wydłubaniu ziaren, wióry drzewne, muszle, śnieg, a nawet futra zwierząt.

W XVI-wiecznej powieści François Rabelais'go "Gargantua i Pantagruel" poszukiwaniu idealnego przedmiotu do "utarcia zadka" poświęcony jest cały rozdział. Ostatecznie Gargantua stwierdza, że nie ma to jak dobrze obrośnięta puchem gąska, byle trzymać jej głowę między nogami. Gąski toaletowe to jednak literacka fantazja. Z czasem do powszechnego użycia weszły tkaniny. Królowa Maria Antonina posiadała kolekcję koronkowych chusteczek. Wytworna szlachta europejska sięgała zaś po wełnę z merynosów.  

Starożytni Grecy, gdy naszła ich potrzeba, używali potłuczonych glinianych lub ceramicznych naczyń. Antyczni Rzymianie traktowali oddawanie moczu i kału jak wydarzenie towarzyskie – w latrynie naprzeciwko siebie, na dwóch deskach z wydrążonymi dziurami, siedziało rzędem i dyskutowało wiele osób. Nie było ścianek działowych, deski miały za to dodatkowe dziury, w które wtykało się wymyślny prototyp papieru - kij z nabitą na niego gąbką morską, tzw. xylespongium, o której istnieniu wiemy z pism Seneki Młodszego. W miejscach publicznych gąbka do oczyszczania odbytu była wielorazowa, po użyciu moczono ją tylko w wiadrze ze słoną wodą lub obmywał ją sztuczny strumyczek płynący w korytku pod latryną. W domach Rzymianie mieli prawdopodobnie gąbki osobiste. 

Papier jako taki wynaleziono w Chinach w II wieku p.n.e. Ale pierwszy udokumentowany przypadek użycia go przez ludzkość do celów higienicznych pochodzi dopiero z 589 roku n.e. Urzędnik państwowy i uczony Yan Zhitau zapisał wówczas: "Papieru, na którym znajdują się cytaty lub komentarze Pięciu Klasyków [tzw. pięcioksiąg konfucjański - przyp. red.] lub nazwiska mędrców, nie śmiem używać do celów toaletowych".

W 851 roku arabski podróżnik przebywający w Chinach zanotował: "... oni [Chińczycy] nie myją się wodą, kiedy wypełniają swoje potrzeby; ale przecierają się tylko papierem". Wiemy również, że pod koniec XIV wieku chiński cesarz Hongwu i jego rodzina zużyli w sumie 15 tysięcy arkuszy papieru (miękkiego i perfumowanego, o zastanawiających wymiarach 60 na 90 centymetrów), a cały dwór w Nankinie - 720 tysięcy arkuszy.  

Po co kupować coś, co jest za darmo? 

Ale to wciąż było bardzo daleko do papieru, jaki znamy dziś. Za jego prawowitego twórcę bezdyskusyjnie uznawany jest jeden człowiek: Amerykanin Joseph C. Gayetty. Nim 30-letni Gayetty zaczął w 1857 roku sprzedawać w aptekach "medyczny papier Gayetty’ego na hemoroidy", Amerykanie podcierali się gazetami. Szczególnie popularny był ukazujący się od 1792 roku poradnik dla farmerów "The Old Farmer’s Almanac", w którym wydawca - w ogóle nie biorąc do siebie tego, gdzie i jak jego gazeta kończy - specjalnie dziurkował rogi, by wygodnie wieszało się go na gwoździu w wychodku.

W latach 90. XIX wieku w amerykańskich szaletach królowały, również dziurkowane, darmowe katalogi pocztowe Sears. Ludzie byli do nich tak przyzwyczajeni, że gdy w latach 30. XX wieku Sears zaczął się wydawać na sztywnym, błyszczącym papierze, zasypała go góra reklamacji od klientów. Stałym zaopatrzeniem wychodków były też książki telefoniczne. 

  Joseph Gayetty i reklama jego wynalazku: medycznego papieru toaletowego, ktory można spuszczać w klozecie / Źródło: zdjęcie po prawej z archiwum Biblioteki Kongresu USA; zdjęcie po prawej: Wikimedia Commons, domena publiczna

Ale wróćmy do Gayetty’ego. By nakłonić Amerykanów do zakupu czegoś, co mieli do tej pory za darmo, wymyślił, że winny powszechności hemoroidów w narodzie jest tusz drukarski (a nie np. ciężkostrawna dieta). Swój papier sprzedawał w aptekach. Raz, że "leczniczy", a dwa, że nawet jako wyrób medyczny był to zakup dla ludzi wstydliwy. Dla kurażu w reklamach nazywał swój wynalazek "największą koniecznością epoki". Papier Gayetty’ego był wykonany z bananowego włókna nasączonego aloesem i sprzedawany w płaskich arkuszach w pudełkach. Gayetty "zaznaczył" teren: na każdym arkuszu papieru do pupy dumnie drukował swoje nazwisko.  

Robił to w odróżnieniu np. od braci Scottów, Irvina i Clarence’a. Ci ostatni zaczęli sprzedawać papier niedługo po nim, ale tak bardzo nie chcieli być kojarzeni ze wstydliwym towarem, że przez kilkanaście lat handlowali papierem wyłącznie z drogeriami i hotelami, do tego pod innymi nazwami niż własna marka: Scott Paper Company. Zmieniło się to dopiero w 1896 roku, gdy do rodzinnego biznesu dołączył 21-letni syn Irvina, Arthur Hoyt Scott. Pod jego kierownictwem Scott Paper Company ujawniła się jako producent papieru toaletowego, a w 1902 roku odkupiła markę Waldorf, która z czasem stała się najpopularniejszą marką papieru toaletowego w USA. Dość powiedzieć, że w latach 30. XX wieku sprzedawała produkty toaletowe już za 13 milionów dolarów. W 1995 roku za blisko 10 milionów dolarów kupił ją koncern Kimberly Clark. 

Drzazgi, niedźwiedzie i małe labradory 

Papier już był, ale wciąż nie spełniał wszystkich oczekiwań. Rwał się, zwykle zawierał też drzazgi. No i wciąż był w arkuszach. Pierwszy papier w rolce w 1871 roku opatentował inny Amerykanin, Seth Wheeler. W Europie papier na rolce jako pierwszy zaczął wytwarzać Anglik Walther Alcock - w 1879 roku.  

Wheelera toaletowy biznes pochłonął bez reszty. Nie zraził się, gdy jego pierwsza firma splajtowała, założył kolejną, a ostatecznie zgromadził na koncie wiele łazienkowych patentów: podajnik do papieru, papier z perforacją, dzięki której łatwo odrywa się listki, i papier w wyciskane wzorki.

Kolejne 150 lat to eksperymenty mające na celu udoskonalenie papieru toaletowego. W 1928 roku firma Hoberg Paper wypuściła na rynek miękki papier toaletowy z włókna bez drzazg. Na opakowaniu była piękna kobieta, a papier nazwano Charmin. Sprzedaż skoczyła. Ludzie mniej się wstydzili kupować coś, co było "czarujące", więc papier zaczęto sprzedawać w ekonomicznych pakietach po cztery rolki. 

  Marka Charmin dzięki zmyślnej reklamie oswoiła Amerykanów z krępującym kupowaniem papieru toaletowego / Fot. David Tonelson/Shutterstock.com

Od kilkudziesięciu lat papiery Charmin reklamuje już nie powabna kobieta, lecz urocza rodzina animowanych niedźwiedzi, które w pierwszej kampanii reklamowej korzystały z papieru na pikniku. Z kolei wizerunek bawiącego się papierem labradora po raz pierwszy wykorzystała w reklamie papieru firma Andrex. Był rok 1972, a szczeniaczek labradora zastąpił pierwotny pomysł reklamy z dziewczynką turlającą po domu rolkę Andreksa. Scenariusz nie został jednak zatwierdzony przez telewizyjną komisję, która uznała, że taka reklama zachęci dzieci do marnotrawstwa. I tak dziś z najdłuższą rolką kojarzy się labrador. 

W 1942 roku w Anglii po raz pierwszy wyprodukowano papier, który miał dwie warstwy, w połowie lat 50. XX wieku - pierwszy papier kolorowy, w 1964 roku - pierwszy papier perfumowany Charmin, a w 1977 roku - pierwszy papier nawilżany firmy Hakle, założonej przez niemieckiego bankiera Hansa Klenka. Nazwa "Hakle”" była zbitką sylab jego imienia i nazwiska i miała pomóc uniknąć krępującego proszenia w sklepie o papier toaletowy. "Proście o rolkę Hakle" - zachęcał Klenk. Nie przyjęło się. 

A jak na rynku papieru toaletowego wygląda Polska? Jest potęgą, jeśli chodzi o jego eksport. Według danych GUS rocznie produkuje się go nad Wisłą ok. 400 tysięcy ton, z czego - według Eurostatu - ok. 80 tysięcy ton, czyli ok. 800 milionów rolek, idzie do zagranicznych odbiorców - głównym są Niemcy, kupują od nas 700 milionów rolek na rok. Wartość rynku papieru toaletowego w Polsce wynosi obecnie ponad 1,6 miliarda złotych i stale rośnie. Podobno dlatego, że Polacy nie chcą szarego papieru z makulatury i najchętniej wydają pieniądze na fikuśne, kolorowe i tłoczone we wzorki rolki. Ale wszystko do czasu. Teraz wielu z nas zadowoli się już chyba jakimkolwiek. 

 

Paulina Dudek. Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do nagrody Grand Press. Lubi chodzić, jeździć pociągami i urządzać mieszkania.

Więcej o: