W Bergamo wojsko wywozi trumny ofiar wirusa. Obostrzenia wprowadzono późno, przeciążono system

Tylko w jednym tygodniu we włoskim Bergamo zmarły 344 osoby zakażone koronawirusem. Miejsc brakuje już nie tylko w szpitalach, lecz także w kostnicach. Tragiczna sytuacja może być lekcją dla innych. Porównanie z innym miastem, które zostało dużo wcześniej objęte "czerwoną strefą", pokazuje, że takie działania przynoszą skutki. Zaś spóźnienie przeciąża system i przyczynia się do większej liczby ofiar.
Zobacz wideo Łukasz Szumowski: Niestety, najgorsze jeszcze przed nami

W lokalnej gazecie "L'Eco di Bergamo" nekrologi zapełniły ostatnio 10 stron. Tylko tym w jednym tygodniu w mieście w Lombardii zmarło 330 osób, w ogromnej większości - zakażonych koronawirusem. Liczba chorych na COVID-19 wynosi tam już ponad sześć tysięcy, a ofiar - kilkaset. W niedzielę liczba nowych przypadków w Bergamo wreszcie spadła w porównaniu do dnia poprzedniego - i to o połowę. 

We włoskich i zagranicznych mediach pojawiają się dramatyczne relacje. Pod ogromną presją są szpitale i oddziały intensywnej terapii. Miejsc brakuje już nie tylko w szpitalach, lecz także kostnicach. Władze były zmuszone zamienić kaplicę na cmentarzu w prowizoryczną kostnicę, w której około 40 trumien dziennie czeka na pochowanie. Cmentarz został zamknięty dla odwiedzających po raz pierwszy od II wojny światowej. W środę konwój wojskowych ciężarówek wywoził trumny z Bergamo do krematoriów i cmentarzy w innych miejscowościach. Podczas gdy z innych części Włoch napływają nagrania śpiewów na balkonach, w Bergamo panuje żałoba. - Nie śpiewajcie z balkonów. Bergamo jest na kolanach. Potrzebujemy minuty ciszy, nie muzyki - powiedziała cytowana przez "Wall Street Journal" Roberta Zaninoni. Jej ojciec zmarł po zakażeniu koronawirusem. - Nie doceniliśmy choroby. Wciąż myślę, czy mogliśmy zrobić więcej, żeby tata nie zachorował. Mam nadzieję, że ludzie w innych krajach nie popełnią naszych błędów. Zamknijcie rodziców w domu. Nie pozwólcie im wychodzić - powiedziała. 

Lekarze ostrzegają też, że zmienia się profil osób z ostrym przebiegiem choroby. Pojawia się więcej młodszych osób, pacjentów w wieku 40-45 lat. Niektórzy z nich chorowali od prawie tygodnia i przebywali w domu, jednak objawy choroby zaostrzyły się i musieli zostać zabrani na leczenie w szpitalu. 

"Ludzie muszą zrozumieć, że powinni zostać w domach. To jedyny sposób na wygranie tej bitwy" - ocenił lekarz jednego ze szpitali w Bergamo, Luca Lorini. Powiedział, że mają do dyspozycji 88 łóżek na intensywnej terapii, z czego 60 jest zajętych przez osoby zakażone koronawirusem. - Wypisujemy dwóch-trzech pacjentów dziennie, ale każdego dnia przybywa pięciu lub sześciu nowych - opisał lekarz. Wcześniej media relacjonowały, że dramatyczne są momenty, gdy z powodu zagrożenia zakażeniem pacjenci umierają w samotności, błagając o możliwość kontaktu z bliskimi. 

"Brak możliwości dostarczenia na czas opieki tym, którzy jej potrzebują"

Skąd tak wysoka śmiertelność? - W tym momencie sytuacja na północy Włoch to tak naprawdę katastrofa humanitarna. Już dawno przekroczono możliwości szpitali i nie jest możliwe udzielanie pomocy na czas. To zaczęło właśnie w Lombardii. Od początku, kiedy było kilka tysięcy chorych, ponad 20 proc. przebywało na OIOM-ach. Już to było wyczerpanie systemu opieki zdrowotnej. Ten w regionie jest jednym z lepszych, ale jeśli brakuje sprzętu, nie da się zorganizować w kilka dni stanowiska intensywnej terapii i respiratora - powiedział w rozmowie z Gazeta.pl immunolog dr n. med. Paweł Grzesiowski.

Jak wyjaśnił, jeżeli spojrzymy na statystyki chorych, to "najważniejsza jest informacja, ilu pacjentów wymaga przyjęcia na oddziały intensywnej terapii w danym okresie". - W tej chwili Włosi raportują, że pacjentów w ciężkim stanie mają dwa i pół tysiąca, co przekracza możliwości systemu opieki zdrowotnej - powiedział. - Co to oznacza? Dwa i pół tysiąca ludzi na intensywnej terapii, najczęściej na respiratorze. I ten OIOM będzie zajmowało przeciętnie 10-14 dni, bo tyle trwa okres do wyleczenia lub śmierci chorego - choć czasem niestety pacjenci umierają szybciej - wyjaśnił. 

- Uważam, że śmiertelność, którą obserwujemy w tej chwili we Włoszech, jest związana nie z samym wirusem, bo wskaźniki stamtąd przekraczają wszystkie inne na świecie. Tam to prawie osiem proc., w skali świata - cztery proc. Wynika to ze starszej populacji (średnia wieku wyższa o prawie 20 lat niż w Chinach), a także z braku możliwości dostarczenia na czas opieki tym, którzy jej potrzebują. Zachorowało też dwa i pół tysiąca osób z personelu medycznego, są wycofani z pracy

- powiedział lekarz. Ta tragiczna sytuacja może być lekcją dla innych państw. - Wszystko zależy od tego, jaka jest dynamika zakażeń w początkowej fazie epidemii. Jeżeli szybko przekroczona zostanie granica ok. 1000 przypadków, to ludzie zakażają się twarzą w twarz, jeden od drugiego, i nie panujemy nad tym. A co setny czy co pięćdziesiąty, a we Włoszech co dwunasty, umiera - powiedział dr Grzesiowski.

Lodi i Bergamo pokazują, jak może działać szybkie wprowadzenie ograniczeń

Poza samą liczbą ofiar uwagę zwraca co innego - liczba nowych przypadków. Np. w sobotę było ich w Bergamo ponad 700. W porównaniu w mieście Lodi - które było pierwszym ogniskiem koronawirusa we Włoszech - nowych zachorowań w ubiegłym tygodniu odnotowywano tylko kilkadziesiąt dziennie, opisuje "Corriere della Sera".

W serwisie osf.io ukazał się artykuł brytyjskich naukowców na temat różnych aspektów rozprzestrzeniania się i śmiertelności choroby wywołanej koronawirusem. Jest w nim przywołany przykład Bergamo i Lodi. To mniejsze miasto na południe od Mediolanu było jednym z pierwszych, gdzie wprowadzono tzw. czerwoną strefę. 24 lutego zostało odcięte kordonem sanitarnym, wprowadzono restrykcje dla mieszkańców.  

Na Bergamo i resztę Lombardii czerwoną strefę rozszerzono dopiero 8 marca. Jeszcze 29 lutego Confindustria (zrzeszenie pracodawców i przemysłowców) promowało akcję "Bergamo jest na chodzie", w której uspokajali firmy na świecie mające relacje biznesowe z przedsiębiorcami w Bergamo. "Obecne ostrzeżenia dotyczące zdrowia publicznego mówią, że ryzyko zakażenia się jest niskie" - zapewniano w nagraniu w języku angielskim. Sugerowano w nim, że wyższa liczba przypadków we Włoszech w porównaniu do innych państw wynika z dużej liczby przeprowadzonych testów. 

Wcześniej zamknięto szkoły czy instytucje, ale nie ograniczono poruszania się, nie zamknięto restauracji czy barów. Już 13 marca liczba przypadków koronawirusa w Bergamo dwukrotnie przewyższyła tę w Lodi. W tym mieście po dwóch tygodniach liczba zachorowań zaczęła się stabilizować, podczas gdy w Bergamo - gdzie środki dopiero co wprowadzono - gwałtownie rosła. 

"To dostarcza empirycznych dowodów na potencjał działań na rzecz 'spłaszczenia krzywej'" - napisali autorzy artykułu. To cel, o którym od pewnego czasu jest głośno. Eksperci i rządzący mówią, że docelowo duża część populacji może zakazić się koronawirusem. Jednak trzeba spowolnić jego rozprzestrzenianie, żeby uchronić bardziej narażone osoby i przede wszystkim nie dopuścić do przeciążenia systemu opieki zdrowotnej. Mamy ograniczoną liczbę łóżek, respiratorów czy personelu i zbyt duża liczba ciężkich przepadków oznacza, że więcej osób nie otrzyma odpowiedniej pomocy i może umrzeć.

embed

We Włoszech śmiertelność osiem proc., we Niemczech - 0,3 proc. Dlaczego? 

O ile we Włoszech śmiertelność zakażonych COVID-19 jest rekordowo wysoka, o tyle w Niemczech - zaskakująco mała. Przy 16 tys. przypadków (stan na 20 marca) koronawirusa liczba ofiar to 44, zatem śmiertelność jest niższa niż 0,3 proc. Serwis "Financial Times" opisuje, że wyjaśniać to może przeprowadzanie dużej liczby testów. Dlatego wbrew temu, co może sugerować liczba przypadków (w porównaniu z innymi krajami), epidemia wciąż jest we wczesnym stadium. Ponadto zakażonych jest więcej młodych osób. Wg Instytutu Kocha kraj jest w stanie wykonywać 160 testów tygodniowo. Dla porównania Polska od początku epidemii wykonała 13 tys. testów i deklarowana przez władze "przepustowość" to 21 tys. tygodniowo (trzy tys. dziennie). 

Z danych z 22 marca wynika, że Polska wykonała około 500 testów na milion mieszkańców. To więcej niż USA (300 na milion - 19.03) i trochę mniej niż Francja (550 na milion - 15.03). Z drugiej strony na Islandii wykonano 6,6 tysiąca testów na milion obywateli, w Korei Płd. 5,5 tys., a w Norwegii - 3,3 tys (17 marca). 

- W Niemczech te liczby także zaczynają rosnąć. Chorych jest już ok. 25 tys. Ale oni bardzo dużo testują, wykonali dwa tys. testów na milion mieszkańców (my ok. 500), nawet przy lekkim przebiegu, stąd takie odmienne statystyki - powiedział dr Grzesiowski. 

- W tej chwili raportują, że mają tylko kilkudziesięciu pacjentów w ciężkim stanie. To by znaczyło, że wyłapują bardzo wielu pacjentów z łagodnymi objawami. Testują, kogo się da. U nas testowanie jest zorganizowane wokół szpitali. A kto trafia do szpitali? Najciężej chorzy. Zatem jeśli głównie będziemy badać ciężko chorych, to będziemy widzieli wierzchołek góry lodowej

- stwierdził.