Wyborów w maju nie będzie? Opozycja chce je przesunąć, a PiS twardo mówi, że "nie będzie żonglowania terminami"

Jacek Gądek
Rozróżnienie w obozie władzy jest takie: rząd PiS walczy z koronawirusem, a Andrzej Duda ma w czasie zarazy walczyć o wygraną w wyborach. Prezydent akomoduje się do sytuacji i odgrywa rolę ojca narodu. I nawet jeśli wszyscy opozycyjni kandydaci zaapelują o przesunięcie wyborów, to te - jak słyszymy z szeregów PiS - mają się odbyć 10 maja.

Zobacz nagranie. Czy prezydent powinien unikać dużych skupisk ludzi? Adam Bielan odpowiada:

Zobacz wideo

- Jeśli tylko będzie taka fizyczna możliwość, by wybory się odbyły - dodaje jeden z polityków PiS. Testem będzie tu na przykład możliwość skompletowania komisji wyborczych.

Póki co nie ma przeszkód czysto prawnych. Nie ma ogłoszonego żadnego z opisanych w konstytucji stanów nadzwyczajnych.

O stan wyjątkowy najpierw to premier musi zawnioskować do prezydenta. Czyli: to decyzja PiS. Z kolei stan klęski żywiołowej ogłasza sam rząd. Czyli też PiS. Słowem: to nie od Dudy zależy, czy wybory będą 10 maja czy nie, ale od PiS. Od opozycji tym bardziej to nie zależy. Paradoksalnie więc wprowadzenie stanu wyjątkowego bądź klęski, co byłoby nazwaniem rzeczy po imieniu, staje się decyzją stricte polityczną, bo praktycznie skutkuje przesunięciem wyborów prezydenckich na wakacje lub wręcz na jesień.

Mówi znany polityk obozu rządzącego: - Jest za wcześnie na decyzję o ewentualnym przekładaniu wyborów. Nie ma teraz takiej konieczności. Jeśli państwo jest zdolne zorganizować wybory, to niech je po prostu organizuje. Nie będzie żonglowania terminami.

Nowogrodzka spodziewa się, że w maju fala epidemii będzie już wyraźnie opadać. - To proste. Do wyborów zostały prawie dwa miesiące. Rząd się skupia na koronawirusie, a prezydent na wyborach. Nikt jednak tak do końca nie wie, na czym stoimy, więc trzeba śledzić wydarzenia - słyszymy od polityka PiS. Wszystko jest zatem z zastrzeżeniem: "jeśli nie zdarzy się coś niespodziewanego".

W obozie rządzącym kampanię prezydencką prowadzi równolegle sztab i Pałac Prezydencki. Między nimi nie ma ani chemii, ani koordynacji. Tu dwa przykłady. Pierwszy: głośna i finalnie upokarzająca dla głowy państwa awantura o - dziś już byłego - prezesa TVP Jacka Kurskiego. Drugi: telewizyjne orędzie prezydenta po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego powstało za plecami sztabu.

Jeśli jednak chodzi o przesuwanie wyborów, to trudno sobie wyobrazić konflikt. Tym bardziej, że kryzysowa sytuacja - jeśli tylko państwo nie polegnie w niej - pozytywnie wpływa na konsolidację wyborców wokół każdej władzy, a zatem dziś podniesie poparcie dla Dudy.

- Andrzej Duda wychodzi z założenia, że i tak będzie krytykowany za wszystko, co zrobi, bo będzie to nazywane wykorzystywaniem epidemii. Ale woli już być krytykowany za aktywność, niż za bezczynność i wysłuchiwać pytań "gdzie jest prezydent?" i czy abdykował w obliczu kryzysu - słyszymy z od polityka obozu rządzącego bliskiego kampanii.

W obozie władzy pojawiają się jednak głosy radzące rozważyć przesuniecie wyborów. Ale są one odosobnione.

Jarosław Gowin stwierdził na przykład, że "do decyzji w tej sprawie - nie jako rząd, ale jako państwo, obywatele - będziemy się przymierzać na początku kwietnia". Od ludzi bliskich Nowogrodzkiej można jednak usłyszeć, że takie deklaracje są przejawem zdolności Gowina do przyciągania uwagi mediów, a nie zbieżności z faktycznymi planami i decyzjami obozu władzy.

Z kolei prof. Andrzej Zybertowicz stwierdził, że "ponieważ dynamika wirusa jest nieprzewidywalna, w jakiejś formie (...) wybory będą musiały być przełożone". Doradca prezydenta jest jednak w swoich ocenach na tyle niezależny, że trudno uznać, by mówił w imieniu głowy państwa, a już na pewno nie w imieniu prezesa PiS.

Stanowisko Nowogrodzkiej jest zatem takie: "Andrzej musisz". - Decyzja jest taka, że wybory są 10 maja. - Temat w naszym obozie się pojawił o tyle, że opozycja chciałaby przesunięcia wyborów - mówi jedna z osób zaangażowanych w kampanię obozu władzy.

Ale analizy różnych scenariuszy z pewnością przeprowadzono. Nieprzypadkowo w Porannej rozmowie Gazeta.pl europoseł Adam Bielan, rzecznik sztabu PiS, jednym tchem mówi o konstytucyjnych czasach trwania stanów nadzwyczajnych i kolejnych wariantach terminów przymusowo - w razie ich wprowadzenia - przesuniętych wyborów. W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie mogą być przeprowadzane wybory, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu.

W czasie kampanii każdy obóz władzy jest w pozycji uprzywilejowanej. W sytuacjach kryzysowych - tym bardziej. A w czasie epidemii ta przewaga jest spotęgowana, bo pozbawia opozycję tak elementarnych opcji jak kampania bezpośrednia i wiece.

O przesunięcie wyborów zaapelował wprost Donald Tusk. Ale już Małgorzata Kidawa-Błońska nie była tak ofensywna, stwierdziła bowiem kilka dni temu, że "na razie nie ma powodu, by wybory przesuwać" - zmiana tej deklaracji będzie nieco kłopotliwa, ale tylko przez chwilę.

Władysław Kosiniak-Kamysz jest jednoznacznie za przesunięciem wyborów. Lider PSL wykonywał tytaniczną pracę, jeżdżąc po kraju ze spotkaniami - ze względów charakterologicznych to dla niego naturalna forma kampanii, więc epidemia właśnie w Kosiniaka uderza najbardziej.

Szymon Hołownia jest mocny w internecie, co dziś jest jego przewagą, ale również - tak jak Kosiniak-Kamysz- organizował masę spotkań. Finalnie nie jest w złej sytuacji. Hołownia stara się być pionierem w tej kampanii (jako pierwszy upublicznił np. swój program), więc już ogłosił, że kampanię zawiesza i czeka na unormowanie sytuacji. Według niego termin wyborów powinien być przesunięty.

Krzysztof Bosak w tym oczekiwaniu go wyprzedził, bo był pierwszym kandydatem, który wprost powiedział, że chce odsunięcia wyborów.

Ofensywny stał się właśnie Robert Biedroń, który oczekuje, by "ponad podziałami podjąć decyzję o ewentualnym zawieszeniu kampanii i przesunięciu terminu wyborów".

Andrzej Duda nigdy jednak ani jednym słowem nie zasugerował, że byłby zwolennikiem przesunięcia wyborów. Jego tradycyjna kampania jest w proszku - tak pod względem formy, bo wiece i flagowy objazd Polski musiały zostać przerwane, jak i programowym, bo niczego przykuwającego mocno uwagę na nową kadencję nie ogłoszono (a Fundusz Medyczny "odpalono" z potrzeby chwili). Andrzej Duda akomoduje się do stanu kryzysowego - jego kampania ma teraz kolor khaki. A konfetti na efektownej konwencji jest już jak wspomnienie już z prehistorii.

Dziś, gdy dominującą emocją społeczną jest strach przed zakażeniem wirusem siebie i swoich najbliższych, władza PiS i Duda są uprzywilejowani w czasie kampanii. O ile dotychczas obóz władzy, a więc i prezydent, przedstawiał się jako ten, który żywi (dzięki 500+ i programom społecznym), tak teraz już jako ten, który broni (przed koronawirusem).

W czasach zarazy władza może upaść tylko przez własną nieporadność wobec tego wirusa. Upaść przez opozycję - cokolwiek, by ona nie robiła - już nie. Kandydaci opozycji nie mają zwyczajnie narzędzi do skanalizowania społecznej emocji - są bezradni, ale nie z własnej winy. Najsilniejszą emocję, którą mogą zagospodarować jest przekonanie wyborców, że nie wybory są dziś najważniejsze - i to opozycja robi coraz sprawniej.