"Na kwarantannę udałam się transportem publicznym". Pasażerka opisała swój powrót rządowym samolotem z Londynu

- Poza dwukrotnym pomiarem temperatury lot przebiegał tak jak zwykle - opisuje pani Dominika, która w niedzielę przyleciała do Warszawy z lotniska Heathrow. Jak dodaje, na obowiązkową domową kwarantannę udała się transportem publicznym, a to, w jaki sposób pasażerowie wracali z Okęcia do domów "nie podlegało żadnej kontroli".

W niedzielę około godz. 13 na warszawskim Okęciu wylądował pierwszy samolot, wiozący do kraju obywateli Polski w ramach programu "Lot do domu". Maszyna Polskich Linii Lotniczych LOT przybyła z Londynu z ponad 230 osobami na pokładzie.

Rządowy program "Lot do domu" został ogłoszony wczoraj przez premiera Mateusza Morawieckiego. W jego ramach obywatelom polskim przebywającymi tymczasowo za granicą, umożliwiono powrót do kraju specjalnymi lotami czarterowymi. Zapisy do programu uruchomiono w sobotę wieczorem na stronie LOT-u. Jak powiedział w niedzielę Kancelarii Premiera Michał Dworczyk, do tej pory chęć powrotu do Polski z pomocą rządu wyraziło ponad 12 tysięcy osób (MSZ mówi już nawet o 18 tys.).

Przypomnijmy, że w związku z pandemią koronawirusa od niedzieli w Polsce zawieszony jest międzynarodowy transport lotniczy i kolejowy.

"Na lotnisku nie było żadnych informacji na temat nowego lotu". Czytelniczka Gazeta.pl opisała powrót z Londynu rządowym samolotem

Jedną z pasażerek samolotu, który przyleciał na Okęcie z lotniska z Heathrow, była pani Dominika. W rozmowie z portalem Gazeta.pl pasażerka opisała przebieg podróży wyczarterowanym, rządowym samolotem. 

- Grupka Polaków zebrała się pod tablicą odlotów. Na lotnisku nie było żadnych informacji na temat nowego lotu - na tablicy wyświetlały się jeszcze szczegóły poprzedniego, który był oznaczony jako odwołany. Obsługa była niemiła i też nie do końca wiedziała co się dzieje. Wiedzieli tylko, że ma być podstawiona jakaś rządowa maszyna, ale nie do końca było wiadomo co, gdzie i jak. Nie było chaosu, ale też nie potrafiono udzielić nam odpowiedzi na większość pytań. Pewnie dlatego, że był to pierwszy tego typu lot - opisuje pani Dominika. 

Zobacz wideo Czy wysokie temperatury na wiosnę pomogą w walce z koronawirusem?

- W końcu pojawił się ktoś z LOT-u i zaprowadził nas do bramki, a tam procedura przebiegła tak jak podczas każdego innego lotu. Weszliśmy do samolotu. Cała obsługa była w maskach i rękawiczkach. Na pokładzie po raz pierwszy zmierzono nam temperaturę. Otrzymaliśmy też do wypełnienia karty lokalizacyjne. Rządowy samolot odleciał o tej samej godzinie, o której miał wystartować nasz poprzedni lot - powiedziała pasażerka. Dodała, że po wylądowaniu w Warszawie, na pokład weszło dwóch mężczyzn, "którzy podobno mieli być przedstawicielami służby zdrowia", w celu ponownego zmierzenia pasażerom temperatury. 

"Wyglądało to prawie tak, jak każdy inny lot, poza pomiarem temperatury"

- Jak przebiegały procedury po lądowaniu na Okęciu? - Wysiedliśmy z samolotu, przeszliśmy przez normalną kontrolę paszportową i dostaliśmy kartę informacyjną mówiącą o tym, że będzie obowiązywała nas kwarantanna i że nie możemy wychodzić z domu pod groźbą kary grzywny. I to by było na tyle. Nie skontrolowano jakoś dokładniej naszego stanu zdrowia. Wyglądało to niemal tak, jak każdy inny lot, poza wspomnianym pomiarem temperatury. Cała ta procedura była więc dość niepoważna, zwłaszcza  w obliczu tego, że odwołali wszystkie inne loty, by podstawić specjalny rządowy samolot - twierdzi pani Dominika. 

Pasażerowie samolotu z Londynu opuścili Lotnisko Chopina "bez żadnej kontroli" 

Reasumując - dotychczasowe kontrole, którym musieli poddać się Polacy wracający lotu z Londynu, polegały na dwukrotnym zmierzeniu temperatury na pokładzie oraz wręczeniu instrukcji dotyczącej obowiązkowej kwarantanny. Jak w takim razie powracający do kraju opuścili lotnisko? - Po otrzymaniu instrukcji dotyczącej kwarantanny, poinstruowano nas, by po prostu jechać do domu. Nie podstawiono żadnego specjalnego transportu. Na miejscu nie było lekarzy czy pielęgniarek, którzy mogliby dokładniej zbadać nasz stan zdrowia - stwierdza czytelniczka Gazeta.pl. 

- Do domu wróciłam transportem publicznym. To, jak pasażerowie wracali z Okęcia, nie podlegało żadnej kontroli. Jeszcze na lotnisku zaczęły się pojawiać plotki o tym, że podstawione zostaną specjalne busy, które będą odwozić ludzi nawet do innych miast. Ale z lotniska po prostu wszyscy rozeszli się do domów - relacjonuje pasażerka.  

W ocenie pani Dominiki, procedury, którym pasażerowie poddali się na pokładzie wyczarterowanego samolotu, można było z powodzeniem zastosować również na pokładzie "standardowego", rejsowego lotu. - Tak naprawdę temperaturę mogła nam zmierzyć obsługa tego odwołanego lotu. Wyszłoby na to samo, a ludzie nie ponosiliby dodatkowych kosztów związanych z odwołaniem dotychczasowych lotów i zakupem w sumie sporo droższego biletu na lot czarterowy. Jak na przykład miałam zapłacić za swój odwołany lot 250 zł, natomiast za czarterowy była to już opłata w wysokości 620 zł.

Opowiedz nam, jak wyglądał Twój powrót do Polski po zamknięciu granic z powodu epidemii koronawirusa. Napisz do nas: News@agora.pl