Polska zamknęła granice. "Normalnie będziemy przekraczać, na pontonach". Relacja z Görlitz

Pojechałem do Görlitz, na granicę polsko-niemiecką, żeby zobaczyć, jak wygląda jej zamknięcie. Kontrole wróciły w nocy z soboty na niedzielę. Po raz pierwszy od grudnia 2007 - czyli od czasu, kiedy Polska przystąpiła do strefy Schengen - na tak długo: na przynajmniej 10 dni.

Niedziela, godz. 10.00

Na obecnie pieszym przejściu granicznym Görlitz-Zgorzelec oprócz biało-czerwonych barierek pojawiły się też zapory z siatki. Jest spokojnie. Kilku niemieckich przechodniów robi zdjęcia. Mężczyzna po pięćdziesiątce stoi przed przejściem, oparty o barierkę obok tablicy ku pamięci Jana Pawła II. Czeka na córkę, która wyjechała do Polski w odwiedziny, ale odwołali jej lot powrotny. Zabierze ją do Frankfurtu, gdzie razem mieszkają.

- Pracuję w fabryce, zakład na tysiąc osób. Nikt nas nie zwolnił do domu. To jest kwestia czasu, jak i u nas znajdzie się zarażona osoba. - Nie boi się pan? - A co to da, że ja się będę bał? Kto pracuje za biurkiem, ten może zostać w domu. A mnie nikt do domu nie pozwoli iść, bo produkcja sama się nie zrobi. 

Zamknięta granica w ZgorzelcuZamknięta granica w Zgorzelcu Zamknięta granica w Zgorzelcu/Fot. Bartosz Józefiak

Kolejny mężczyzna dziarsko przekracza granicę. Szybko podchodzi do niego strażniczka w towarzystwie kolegi w białym kombinezonie ochronnym i masce. Mężczyźnie najpierw trzeba zmierzyć temperaturę laserowym termometrem. Potem przy stoliku musi wypełnić formularz, zanim puszczą go dalej. Jeśli pracuje w Niemczech, przejdzie bez problemu. Jeśli nie – będzie skierowany na kwarantannę.

Polak w czapce z daszkiem podchodzi do przejścia, nie chce go przekraczać.

- Mam wujka, co mieszka w Lubaniu, a pracuje w Niemczech. Będzie mógł dojeżdżać? – pyta strażniczkę. - Tak, ale powinien mieć zaświadczenie od pracodawcy- informuje kobieta. Po chwili precyzuje: Właściwie to musi mieć ten papier. Bez niego zostanie od razu skierowany na kwarantannę.

Strażniczka precyzuje jeszcze, że wujek codziennie przy przekraczaniu granicy będzie miał mierzoną temperaturę. Jeśli będzie zbyt wysoka, czeka go kwarantanna.

Przejście bez problemu przekracza para Polaków. Oboje pracują w Görlitz. Kobieta mówi: - To będzie jakaś masakra. Jedyna granica dla samochodów w Jędrzychowicach. A tu jest mnóstwo ludzi, co do pracy dojeżdżają nawet 50 kilometrów w głąb Niemiec. Pan sobie wyobraża, co się będzie działo? Moja koleżanka dzisiaj rano tak jechała. Spóźniła się dwie godziny. A to niedziela rano! To co się dopiero wydarzy się w poniedziałek, jak ludzie ruszą do fabryk...

- Będzie usprawiedliwiona nieobecność – uspokaja jej towarzysz.

- No dobra, ale wyobraź to sobie: w pracy jesteś osiem godzin, a jeszcze dojazd w każdą stronę po dwie godziny? Ludzie przecież dojeżdżają w grupach, skrzykują się po czterech do jednego auta. A strażnicy na granicy każdemu mierzą temperaturę i każą wypełniać formularz. Każdemu! Za każdym razem przy przekraczaniu granicy! Przecież to będą korki jak jasna cholera. Jakich my czasów dożyliśmy... - wzdycha moja rozmówczyni.

TAK RELACJONOWALIŚMY WCZORAJSZE POPOŁUDNIE I NOC NA GRANICY:

Podróż zaczynam w Dreźnie. Nic tu nie przypomina sytuacji w Polsce. Niemcy spacerują wzdłuż bulwarów nadrzecznych i wygrzewają się na słońcu przy kawiarnianych stolikach.

Pierwsze sygnały, że sytuacja jest jednak nadzwyczajna, widać w pociągu. Konduktor pyta po niemiecku, kto jedzie aż do Zgorzelca. Dla tych, którzy podnoszą ręce, ma przygotowane ankiety. Polskie służby medyczne proszą, by wpisać imię i nazwisko, pesel, numer telefonu. „Dziękujemy, że pomagasz nam zadbać o twoje bezpieczeństwo!” - informuje kartka. Grupa Litwinów pokornie wypełnia druk.

Większość pasażerów, a razem z nimi ja, wysiada w Görlitz - po niemieckiej stronie granicy. Tylko ci Litwini z niepewnymi minami jadą dalej niemieckim pociągiem aż do Zgorzelca.

Na peronie obok czeka pociąg Kolei Dolnośląskich. Stoi pusty, w tę i z powrotem biegają po nim jedynie kolejarze w czerwonych uniformach. Śpieszą się, jakby nadzorowali start rakiety, a nie wyjazd pociągu. To tym dziwniejsze, że w wagonie nie ma ani jednego pasażera.

- Przepraszam, czy jeśli pojadę tym pociągiem do Polski, to będę poddany kwarantannie? - pytam, a polski kolejarz zatrzymuje się wpół biegu i patrzy na mnie, jakbym spadł z Marsa.

- A źle się pan czuje? - dopytuje, po czym szybko rzuca: - Nieważne, odjeżdżamy, teraz!

Po peronach kręci się kilkanaście osób, ale nikt nie jest zainteresowany podróżą do Polski. Sasza i Klaudia dopiero stamtąd wrócili. A dokładniej - z Katowic. Taksówką. Za 250 euro.

- Jak dla mnie to mnóstwo kasy – zauważam. - Dla nas też! - unosi się, prawie krzyczy Sasza. 

Klaudia próbuje mówić po polsku, ale szybko przechodzi na angielski. Jej mama pochodzi ze Śląska, przeprowadzili się do Niemiec, gdy była mała. Chciała odwiedzić rodzinne strony, dlatego razem z Saszą zamówili lot Wizzairem. Rezerwowali w czasach, gdy o koronawirusie nikt nie słyszał. Podróży nie chcieli odwoływać. Miny im zrzedły dopiero, jak w pokoju hotelowym pochylili się nad komórkami. A tam informacje: „Polska zamyka granice, a Wizzair odwołuje loty”.

- Weszliśmy szybko na stronę lotniska w Katowicach, widzimy wiadomości: lot odwołany, lot odwołany, lot odwołany. Nikt nam słowa nie powiedział! Żadnego telefonu, maila nawet! - opowiada Klaudia.

To zamknięcie granic mocno ich przeraziło, bo od poniedziałku muszą wrócić do pracy. Zastanawiali się, czy w niedzielę jeszcze wyjadą z Polski? Nie wiadomo. Woleli nie ryzykować. Stąd ta taksówka aż do granicy. W Katowicach i tak by za dużo już nie pozwiedzali. - Wszystko pozamykane. Ludzi nie ma na ulicach. Miasto duchów – opowiadają.

Zobacz wideo Czy wysokie temperatury na wiosnę pomogą w walce z koronawirusem?

Godz. 16.30

Adrian, lat 41, z dłuższymi włosami, w słuchawkach na uszach, uświadamia mnie, że pociągi do Polski jeżdżą dzisiaj tak, jak sobie wymyślą, ale na pewno nie zgodnie z rozkładem. - Słyszałem, jak facet dopytywał w kasie, o której pojedzie do Polski. I czy w ogóle pojedzie. I nikt mu nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Na ten peron przyprowadziłem turystę z Anglii. Odwołali mu lot z Wrocławia, trafił jakoś do Görlitz, biedny, i nie wie, jak się ma dalej dostać do Berlina – opowiada.

Adrian jedzie do magazynu DHL pod Kolonię. Mieszka tam od 10 lat, choć pochodzi ze Zgorzelca. Przyjechał tylko na parę dni, odwiedzić rodziców.

- Wirusa się nie boję. Po magazynie jeżdżę wózkiem widłowym, podnoszę towar wystawiony przez magazyniera, właściwie to nie spotykam ludzi. Wszystko zautomatyzowane. Jedno mnie tylko zastanawia: przecież kierowcy, co te towary wożą, tak samo przekraczają granicę, nie? Ich kwarantanna nie dotyczy. A czy oni nie roznoszą wirusa? - zastanawia się, ale nie wygląda na poważnie zmartwionego. Na komórce pokazuje mi zdjęcia z mostu między Görlitz a Zgorzelcem. Na razie ruch odbywa się normalnie. Albo - prawie normalnie. Widać korki w stronę Polski. 

Görlitz - granica polsko-niemieckaGörlitz - granica polsko-niemiecka Görlitz - granica polsko-niemiecka/Fot. Bartosz Józefiak

Zgaduję, że to Polacy wracają do kraju na ostatnią chwilę przed zamknięciem granicy, ale Adrian wyprowadza mnie z błędu: - Te auta miały w większości niemieckie blachy. Na mój gust to Niemcy jechali na ostatnie zakupy, zanim im przejście zamkną. Wiadomo, w Polsce kupują prawie za grosze, jak na ich zarobki.

Adriana zamknięcie granicy nie martwi: - Wracam tu za dwa tygodnie. Obstawiam, że już wszystko będzie działać.

Mniej optymizmu ma Nina – emerytka, która przycupnęła z walizką w poczekalni dworca. Wokół nas biegają lekko spanikowani niemieccy turyści, którzy próbują znaleźć właściwy peron. A Nina chciałaby właśnie do Polski wrócić. A konkretniej, do Jeleniej Góry. - W komunikatach nic nie mówią. Nie wiadomo, kiedy te pociągi do Polski odjadą – martwi się. Kiedy mówię, że jeden właśnie pojechał, patrzy na mnie lekko zmartwiona.

Nina całe życie spędziła pomiędzy trzema krajami. Urodziła się w Ukrainie, choć za jej młodości to jeszcze była Polska. Dorosłe życie spędziła w Polsce, a wnuki jeździ bawić do Niemiec, gdzie mieszka jej syn.

- Ledwo odwiedziłam znajomych we Frankfurcie, gdy podali wiadomość o zamykaniu granicy. Nawet nie zdążyłam się z synem zobaczyć. Chciałabym wrócić do domu w Polsce, póki jeszcze przejadę – mówi. W końcu decyduje się wziąć taksówkę do Zgorzelca. Tam poszuka pociągu albo autobusu.

- Nie martwi się Pani tym wszystkim? Bo ja trochę tak – przyznaję. - Bo pan jest młody. Mnie już jest wszystko jedno, co będzie. - A co będzie, pani zdaniem? - Oj, dobrze nie będzie. Jak żyję, czegoś takiego nie widziałam. Już siada niemiecka gospodarka, a będzie tylko gorzej. My tego nie przetrwamy, zobaczy pan – mówi, a ja się głowię, czy mówiąc „my” ma na myśli Polaków, Europę, ludzkość całą, czy tylko nas dwoje. Ale boję się już dopytywać. Nina żegna się i znajduje taksówkę.

Przede mną puste niemal Goerlitz. Restauracje i kawiarnie – inaczej niż w Polsce - pootwierane, ale ludzi mało. Na ulicach spokój. Tłoczno może być niebawem, kiedy Polacy ruszą do domów przez jedyną, otwartą jeszcze tylko do północy, granicę.

Polska zamyka granice. Niemcy 'jadą na ostatnie zakupy'Polska zamyka granice. Niemcy 'jadą na ostatnie zakupy' Fot. Bartosz Józefiak

Godz. 17.30

Paweł i Dawid spacerują po centrum Görlitz i wyglądają, jakby napiętą sytuację rozładowali z pomocą kilku piw albo ćwiartki na głowę. Pokrzykują, śmieją się, ale jak się już zastanowią, to całe zamykanie granicy jednak mocno komplikuje im życie.

Z jednej strony: obaj mieszkają w po niemieckiej stronie granicy i do pracy w budowlance jeżdżą po całych Niemczech. Ale rodziny mają po stronie polskiej.

- Dziewczyna mieszka ze mną w centrum Görlitz, ale codziennie dojeżdża do polskiego kantoru w Zgorzelcu, bo tam pracuje. Będzie mogła w poniedziałek jechać? Czy nie? - zastanawia się Paweł.

- A moja mama odwiedza babcię w Niemczech, ale już jutro chce wracać do pracy, do Polski. Przepuszczą ją, czy skierują na dwa tygodnie na kwarantannę? Nikt nic nie wie – martwi się Dawid. - W Zgorzelcu są tacy, co dzień w dzień dojeżdżają nawet 50 kilometrów w głąb Niemiec. Oni też wjadą bez problemu?

Na moście im. Jana Pawła II, który łączy Görlitz ze Zgorzelcem, samochody na polskich i niemieckich rejestracjach jeżdżą w tę i z powrotem bez żadnego problemu. Ruch jest spory. Po niemieckiej stronie stoi bus z napisem „Polizei”. Mundurowi nikogo nie zatrzymują. Na parkingu obok papierosa dopala Anna. - W jakich czasach nam przyszło żyć... - wzdycha.

Pojechała odwiedzić chorą mamę do Polski. Znajomy odwiózł ją do granicy, dalej, w głąb Niemiec zabierze ją mąż. Anna pracuje w niemieckim domu spokojnej starości. - Na szczęście moją mamą też się będzie miał kto zająć, nie zostanie sama. Ale nie wiem, kiedy znowu ją zobaczę

Godz. 18.00

Po polskiej stronie mostu zaparkowane naprzeciwko siebie: policyjny radiowóz i wóz Straży Granicznej. Tu również mundurowi spokojnie obserwują sunące gęsto samochody, ale nie zatrzymują nikogo do kontroli. Za radiowozem wielki wojskowy namiot. Czy tam ludzie będą badani?

Mariola podchodzi do funkcjonariuszy. Próbuje się dowiedzieć, co dalej.

- Z Niemiec będę mogła wrócić do Polski? - Tak, ale po dwutygodniowej kwarantannie – mówi strażnik wychylający się z samochodu. - A jak mam zaświadczenie od pracodawcy? - A, pani w Niemczech pracuje? To może pani wjeżdżać, nie ma problemu. - A jakby córka mnie chciała w Niemczech odwiedzić? - Jak wróci do Polski, obowiązkowo kwarantanna. - Żartuje pan. - Nie żartuję. - A jeśli byśmy się na 10 minut widziały? - Nie ważne - na ile. Jak już przekroczy granicę, to po powrocie musi iść na kwarantannę. Zwolnione są tylko osoby, które pracują, jak pani.

Do strażników co chwilę ktoś podchodzi z pytaniami. Też mam kilka.

- Jeśli przekroczę granicę po północy, to... - Dostanie pan na granicy kwit, że musi pan iść na domową kwarantannę. Obowiązkowo. Za nieprzestrzeganie kara, pięć tysięcy złotych. - Wszystko jasne, ale jak ja do tego domu dojadę? Nie mam samochodu, a Flixbusa mi przed chwilą odwołali. - Pociągiem na przykład. Pociągi w Polsce jeżdżą normalnie. - No ale jak... Ja na kwarantannie, a do Łodzi pojadę normalnie, pociągiem pełnym ludzi? - dopytuję, bo trochę to dla mnie nielogiczne.

Ale strażnik mnie oświeca: dokładnie tak będzie: - Przecież wszystkich do domu nie odwiedziemy. - Lepiej niech pan tę granicę przekroczy przed północą – radzi mi jego koleżanka.

Czas powoli się kończy. O północy nie przejdę przez most Jana Pawła II, bo w tym miejscu granica będzie zamknięta. Pozostanie jedynie przejście drogowe w pobliskich Jędrzychowicach. Co mnie akurat nie ratuje. Najbliższe przejście piesze – w Gubinie, 117 kilometrów od Görlitz. Jeszcze nie wiem, jak się tam dostanę, jeśli teraz zostanę po niemieckiej stronie.

Doganiam Mariolę. Dopytuję, co ona tu robi i co to za historia z jej córką. - Pracuję w Czerwonym Krzyżu w Niemczech jako pomoc medyczna. Jeździmy do chorych, starszych osób. - A jak one się czują w obecnej sytuacji? - Za bardzo nie wiem, bo w środę dostałam telefon ze szkoły córki, która uczy się w Polsce. Zakaszlała, nauczyciel kazał zabierać ją do domu. No to siedziałam z nią w domu, ale za dwa tygodnie, jak się skończy urlop, będę musiała zdecydować: biorę znowu urlop i siedzimy całą rodziną w Polsce czy zabieram ją ze sobą do Niemiec? Czerwony Krzyż obiecał, że nam zorganizują przedszkole na miejscu, nawet zapłacą za hotel.

Obok stoi koleżanka Marioli. Tłumaczy: - Jeśli będzie konieczność, my musimy wrócić do roboty. W końcu praca w Czerwonym Krzyżu to jest służba, także na wypadek katastrofy – i dodaje, że całe zamieszanie jest jej zdaniem nieco dziwne. W końcu dla ich pacjentów zwykła grypa też jest bardzo groźna. - A w ogóle w Niemczech jakoś ludzie z większym spokojem do tego podchodzą. Nie ma takiej paniki, jak w Polsce. Nikt nie opróżnia półek sklepowych – twierdzi.

Póki jeszcze mogę, spaceruję do Zgorzelca. Tu wszystkie bary i restauracje są pozamykane. Do okienka w aptece ustawia się długa kolejka. Na szybie odręcznie wypisane kartki z informacjami, że maseczek i żeli przeciwbakteryjnych już nie ma.

Za to w Biedronce wszystko jest. Kolejki nawet nie takie długie, za to koszyki klientów wypchane po brzegi. Głównie pieczywem i chińskimi zupkami.

Godz. 20.50

Pora późna, ale ruch na moście Jana Pawła II spory. Co chwilę kolejne samochody na polskich rejestracjach jadą do Zgorzelca.

SUV na niemieckich blachach już zbliżał się do mostu, ale kierowca chyba się rozmyślił i postanowił do Polski nie wjeżdżać. Zatrzymał się w przystankowej zatoczce i zawrócił.

Z Polski w stronę Niemiec nie jedzie prawie nikt.

Co chwilę kolejne samochody na polskich rejestracjach jadą do Zgorzelca.Co chwilę kolejne samochody na polskich rejestracjach jadą do Zgorzelca. Fot. Bartosz Józefiak

Godz. 21.00

Włodzimierz szybkim krokiem przekracza most, który otwarty będzie jeszcze tylko przez trzy godziny. Głośno pokrzykuje do telefonu: „Na 14 dni zamykają, a może na 20 albo 30, dopóki to cholerstwo, ku*wa, nie zniknie. Czy ty to rozumiesz?!”

Ma powody do złości. Mieszka w Zgorzelcu, ale pracuje w fabryce obuwia w Niemczech. 25 kilometrów stąd. - Zamkną mi zaraz most, to będę musiał jeździć przez Jędrzychowice. A to jeszcze dalej. No i będą korki na pewno, jak wprowadzą kontrole – denerwuje się.

Dlatego wymyślił sposób: samochód zaparkował w Görlitz. Codziennie rano będzie przechodził przez most Jana Pawła II, wsiadał do samochodu, dojeżdżał do pracy, a po powrocie zostawi auto znów w po niemieckiej stronie na parkingu. I dalej pieszo do Polski.

- Ale przecież ten most będzie zamknięty – zauważam. - Ale ludzie pracujący w Niemczech będą mogli przejść. Wiem to na pewno, bo już gadałem ze strażnikami – mówi.

Od strażników usłyszał również, że zamknięcie granic na 14 dni to wariant optymistyczny. Bo pewnie zostaną zatrzaśnięte na 20, 30 dni. Albo jeszcze dłużej.

- Panie, ja to jeszcze pół biedy. Przejdę sobie spacerkiem, bo tu niedaleko mieszkam. A ludzie dojeżdżają do pracy w Niemczech z Bolesławca czy nawet dalej. Co oni zrobią? Codziennie w korkach w Jędrzychowicach? Masakra.

Włodzimierz ma swoje teorie, skąd się wziął koronawirus.

Opcja pierwsza: ktoś doszedł do wniosku, że ludzi jest na świecie za dużo i trzeba problem rozwiązać. Kto dokładnie? Tu Włodzimierz nie ma jasności. Mogą być Chińczycy, mogą Amerykanie.

Opcja druga: matka natura wkurzyła się za to, co jej robimy, i wzięła sprawy w swoje ręce.

- Płonęło Notre Dame, zaraz się znalazło kilku miliarderów, co zasponsorowali remont. Płonęła Amazonka – i świat milczał. Sami sobie to na głowę ściągnęliśmy. Trudno. Zapasy porobiłem, kurczaków na dziesięć dni, bo bardzo lubię, a dalej zobaczymy. Kto ma dobrą odporność, to sobie poradzi. A reszta... – myśli już nie kończy, dogasza papierosa i rusza dziarskim krokiem dalej.

21.20

Dwa busy z polskiej strony dojechały do mostu, zatrzymały się i wypuściły kilkunastoosobowe grupy pasażerów. To Niemcy, którzy ciągnąc walizki na kółkach przechodzą na drugą stronę. Wygląda to na zorganizowaną akcję ewakuacji obywateli niemieckich. A kierowcy busów wyglądają, jakby bali się wjeżdżać do Niemiec, choć nikt ich nie zatrzymuje i jeszcze przez dwie i pół godziny nie zatrzyma.

Na poboczach zaparkowały też dwa nowiutkie mercedesy. Kobieta po pięćdziesiątce wysiada z jednego z nich, podniesionym głosem woła do słuchawki – No, gdzie ty jesteś? Gdzie? Na autostradzie? To źle pojechałeś, źle, nie tym zjazdem. My tu jesteśmy w Zgorzelcu, przyjeżdżaj szybko do nas.

Niektórym puszczają nerwy. Facet w okularach i pikowanej kurtce zaczyna wrzeszczeć na mój widok – a ty czego tu szukasz? Wyp***aj!

Mercedesy po chwili szybko zawracają na polską stronę.

Godz. 21.35

Kolejne osobówki parkują zaraz przed mostem. Młodzi ludzie wychodzą z jednego z samochodów, żegnają się z mężczyzną w średnim wieku i ciągną walizki na niemiecką stronę. Tak Marcin wyprawił w dalszą drogę swoje dorosłe już dzieci. Przywiózł je wprost z domu w Ostrowcu Świętokrzyskim, czyli 500 kilometrów stąd. Muszą dotrzeć do Anglii, gdzie pracują przy produkcji części prysznicowych.

- Przyleciały w odwiedziny na parę dni. A w międzyczasie odwołali loty, mają granicę zamykać. A oni przecież w poniedziałek muszą być w pracy – tłumaczy.

Dlatego Marcin postanowił przetransportować swoje dzieci sposobem „na sztafetę”. Sam dowiózł je do granicy. Z Görlitz zabierze je znajomy, który dowiezie je dalej, do granicy niemiecko–francuskiej. Równocześnie z Anglii rusza już kolejny kolega, który później przechwyci dzieci i przetransportuje do celu. W ten sposób może zdążą przed poniedziałkiem.

- Zatrzymałem się przed mostem, bo nie wiedziałem, czy jak wjadę do Niemiec, to będę mógł wyjechać bez tej kwarantanny – opowiada Marcin. Mógłby. Do północy została chwila czasu.

Teraz czeka go długa podróż do domu. Na szczęście w poniedziałek ma wolne. O ile szef w ogóle każe dalej pracować.

Polska zamyka granicePolska zamyka granice Fot. Bartosz Józefiak

Godz. 23.00

Jeszcze tylko przez 60 minut można swobodnie przekraczać polsko-niemiecką granicę. Widać, że wiele osób zamierza z tego skorzystać. Do Polski ciągną osobówki i busy wypchane pasażerami.

Godz. 23.10

W Zgorzelcu dwóch chłopaków dopala papierosy przed całodobowym kantorem. Sprzedają mi swoje sposoby na życie po zamknięciu granicy: - Normalnie będziemy przekraczać, na pontonach albo przez most kolejowy. Wszystkiego nie będą sprawdzać. Co za problem? Przecież jak tu będzie zamknięte, to nie będziemy ch*j wie gdzie naokoło latać.

23.20

Para po trzydziestce ciągnie walizki na kółkach. Zatrzymuje się przed znakiem informującym, że wkraczają do Niemiec. Proszą, żeby zrobić im zdjęcie.

Są ostatnimi Polakami, którzy przekroczą granicę przed północą.

- Udało się! Ścigaliśmy się cały dzień. Z Krakowa doturlaliśmy się tu pociągami - opowiada Gosia. Cieszy się, że zdążyła przed zamknięciem.

To nie koniec ich podróży. Dalej muszą dojechać do Berlina, a stamtąd polecieć do Anglii. W poniedziałek zaczynają pracę.

- Jakbyśmy wiedzieli, że zamkną tylko na dwa tygodnie, to byśmy nawet zostali, urlop wzięli. Ale nie wiadomo, ile to potrwa. Nie mogliśmy sobie miesiąca z życia wyjąć – opowiadają.

Godz. 23.25

Straż Graniczna rozstawiła swój namiot przy przejściu. Coraz więcej strażników gromadzi się na moście. Za pół godziny zamykają.

Jeden z mundurowych wyjaśnia mi, że na drodze pojawią się barierki, choć na razie nie widzę tu ani jednej.

- O północy Polska tymczasowo przywróci kontrolę. Każda osoba przekraczająca granicę, zostanie poddana kwarantannie – powtarza strażnik. Tłumaczy sytuację mnie i niemieckim dziennikarzom, którzy nagle pojawili się na moście. Oni o północy muszą przejść na drugą jego połowę. Obywatele niemieccy nie będą wpuszczani do Polski.

Godz. 23.45

Komendant Straży Granicznej powiedział mi, że otwarte pozostanie przejście piesze w Görlitz. Utrzymanie możliwości pieszego przekraczania granicy to wyjście naprzeciw potrzebom mieszkańców, a przede wszystkim personelu medycznego, który musi przemieszczać się między miastami po obu stronach granicy.

Godz. 00.00

Punktualnie o północy strażnicy graniczni rozstawili bało-czerwone barierki, granica została oficjalnie zamknięta.

Polska zamknęła granicePolska zamknęła granice Fot. Bartosz Józefiak

Godz. 00.05

Chwilę po oficjalnym zamknięciu granicę – ze strony niemieckiej na polską - próbuje przekroczyć dwóch chłopaków przed trzydziestką. Idą pewnie, pokrzykując, że jak to, oni nie przejdą! Towarzyszy im kolega na rowerze. - Dzień dobry, zapraszamy – witają ich strażnicy ustawieni pod zielonym baldachimem. Chłopaki dłuższą chwilę negocjują z mundurowymi, w końcu zostają puszczeni dalej. Ich kolega na rowerze wraca na niemiecką stronę.

- Koledzy wpadli na wódeczkę, zasiedzieli się u mnie w Görlitz. Wołam w końcu, chłopaki, idziemy, bo nam granicę zamkną! Jeszcze ich puścili, bo spóźniliśmy się raptem parę minut. A to duże szczęście, bo jeden z tych kolegów jest Serbem, ma samochód zaparkowany w Zgorzelcu. Zaraz będzie wracał do siebie do kraju. A drugi mieszka w Polsce, a w Niemczech pracuje. Będzie musiał codziennie nowy kwit wypełniać od pracodawcy. Przej***ne! Nie wiem, jak to będzie. Jestem na wymianę przedniej szyby w poniedziałek do Zgorzelca umówiony. I co, muszę na Jędrzychowice jechać na przejście? Człowieku, tam teraz będą takie korki, że głowa mała – opowiada mi gospodarz imprezy.

Godz. 00.10

Strażnik graniczny, z którym rozmawiam, pamięta wyrywkowe kontrole podczas Euro 2012, ale od momentu, kiedy weszliśmy do Schengen w 2007 roku, nie było takiej sytuacji, by zaprowadzono pełne kontrole graniczne.

Przejście graniczne w ZgorzelcuPrzejście graniczne w Zgorzelcu Fot. Bartosz Józefiak

Godz. 00.15

Po moście wciąż kręcą się dziennikarze, kilku gapiów. Ktoś patrzy zamyślony na odnowioną granicę, ktoś kręci filmik komórką.

Pierwszymi "ofiarami" nowego przejścia granicznego jest starsza para wracająca z Niemiec. Kierowca zatrzymuje się przed przejściem zdziwiony, wysiada, pyta o drogę. Chłopak na rowerze wyjaśnia, że musi zawracać do Jędrzychowic, bo tam mogą przekroczyć granicę samochodem.

- Ale tam mi GPS pokazywał, że jest korek. Myślałem, że sobie przez miasto szybko przejadę.

- A pan jest z tych okolic?

- A skąd. Spod granicy, ale wschodniej.

- Obawiam się, że będzie pan musiał poddać się kwarantannie domowej po powrocie – pouczam go, bo po całym dniu kręcenia się na granicy wiem już, jak to działa. Kierowca chyba nie bardzo chce mi wierzyć. Zawraca przed barierkami i odjeżdża.

Parę minut później kolejny kierowca odbija się od granicy. Prowadzący volkswagena mężczyzna wraca wraz z koleżankami z pracy w Austrii. Jadą do Wrocławia.

- Próbowaliśmy przejechać przez Czechy, ale tam wszystko pozamykane. Musieliśmy odbić na Niemcy.

- A to nie wiedział Pan, że granicę zamykają?

- No wiedziałem, ale przecież muszą chyba jakoś rodaków wpuścić, nie?

- Obawiam się, że czeka was kwarantanna.

- No wiem, ale domowa przecież. W domu to ja mogę siedzieć – podsumowuje i zawraca.

Przejście graniczne w ZgorzelcuPrzejście graniczne w Zgorzelcu Fot. Bartosz Józefiak

Epidemia koronawirusa. Czytaj więcej: