Co ksiądz powie na pogrzebie ofiary koronawirusa, która zarazi się na mszy?

Jacek Gądek
Polski Kościół, dbając o życie wieczne wiernych, nie powinien ich narażać na przedwczesne odejście do tej wieczności. A tych, którzy wiary Kościoła nie podzielają, tylko do piachu. Może to i brzmi brutalnie, ale doświadczenie z Korei Południowej, gdzie rozsadnikiem epidemii była sekta odprawiająca masowe obrzędy, uczy ostrożności. We Włoszech już zabroniono mszy i innych tłumnych obrzędów religijnych - ale było już zbyt późno. Te przykłady uczą, ale biskupów tylko w ograniczonym stopniu.

Zobacz nagranie. Czy grozi nam zamknięcie sklepów? Dworczyk: To nieprawda

Zobacz wideo

W mieście Daegu w Korei Południowej większość zakażeń wzięła się z tego, że Kościół Jezusa Shincheonji (Nowego Nieba i Ziemi) - w praktyce to sekta - organizował tłumne obrzędy. Podczas tych rytuałów jedna kobieta uznana za "superroznosicielkę" miała zarazić 37 kolejnych osób.

We Włoszech rząd zbyt późno wyciągnął z tego wnioski. Jednak prowadzono tam od 9 marca zakaz odprawiania uroczystości religijnych (jak również cywilnych). Co z tego, skoro teraz i tak tylko jednego dnia we Włoszech umiera ponad 100 osób.

Warto z takich historii wyciągać wnioski.

Sekta tym się różni od autentycznego Kościoła, że Kościół faktycznie ma na uwadze dobro ludzi. Żadnej innej instytucji w Polsce nie powinno zatem bardziej zależeć na tym dobru, jak Kościołowi katolickiemu. I z pewnością polscy biskupi mają je na uwadze, ale rozumieją je na swój sposób - z perspektywy obowiązku uczestniczenia w mszy, przystępowania do komunii, a w efekcie życia wiecznego. Co jednak taki biskup albo szeregowy ksiądz powie rodzinie na pogrzebie ofiary koronawirusa, która zaraziła się podczas mszy?

Polski Episkopat działa ospale, a największe środki bezpieczeństwa powziął wobec siebie - nie wobec milionów katolików. Szef KEP abp Stanisław Gądecki podjął bowiem decyzję, by przełożył Zebranie Plenarne Episkopatu, które miało się odbyć w dniach 12-13 marca. Zamiast tego zwołano jedynie - o wiele węższą - Radę Stałą KEP. Jednocześnie Episkopat zaapelował o to, aby księża odprawiali więcej mszy tak, by w każdej z nich uczestniczyło mniej wiernych, którzy zachowają dzięki temu co najmniej metrową odległość od siebie. Jest w tym logika, ale zaproponowane rozwiązanie to lekceważenie zagrożenia. To jak próba uniknięcia raka przez łykanie witaminy C. Oczywiście, witaminka nie zaszkodzi, ale ograniczenie się do niej byłoby głupotą.

Rada Stała wydała już komunikat, w którym rekomenduje biskupom diecezjalnym, by udzielić dyspensy (zezwolić na nieobecność na niedzielnej mszy) osobom z grup ryzyka, ale i tym, które czują obawę przed zarażeniem. To istotny ruch, ale tematu nie nie zamyka, bo - po pierwsze - każdy biskup może zrobić w swojej diecezji, co zechce (to wynika ze struktury Kościoła), a po drugie, to nadal jest to tylko półśrodek. Przecież brak obawy przed zarażeniem nie uodparnia człowieka na koronawirusa.

Ryzyko jest bowiem bardzo realne: msze, zgromadzeni wierni i księża udzielający komunii mogą być rozsadnikiem koronawirusa w Polsce. Tymczasem dziś nawet tak elementarna rzecz jak udzielanie komunii do rąk, a nie do ust, dzieli polskich hierarchów. Kuria w Rzeszowie zachęca wiernych "do podtrzymywania zwyczaju przyjmowania komunii świętej do ust", tymczasem Episkopat rekomenduje komunię duchową, ewentualnie przyjmowaną do ręki.

W tym kontekście mówienie o czasowym odwołaniu mszy - choćby na dwa tygodnie - i innych tłumnych uroczystości religijnych brzmi nierealnie. Zresztą w polskiej kulturze zamknięcie kościołów zwyczajnie często nie mieści się w głowie. Ale kiedyś nie mieściło się w głowach biskupów to, aby odprawiać msze w języku polskim - czy szerzej: językach narodowych - a jedynie po łacinie i tyłem do wiernych. Niegdyś też noszono papieża w lektyce. Kościół potrafił jednak podejmować próby aggiornamento, czyli uwspółcześnienia, "udzisiejszenia", dostosowywania się do czasów bez utraty swojej istoty. Dziś jeszcze polscy biskupi nie podjęli na serio takiej próby.

Dość powszechny jest argument duchownych, że są oni "lekarzami ducha" i mają obowiązek być razem z ludźmi w każdych okolicznościach. To prawda. Ale być z kimś, nie znaczy zawsze być fizycznie obok. I tu kolejny zarzut wobec Episkopatu: gdyby Kościół dysponował silnym medium, to byłby w stanie tworzyć wspólnotę także za ich pośrednictwem. Nie tylko w budynku kościoła, ale także w milionach domach.

Kościół nie stworzył prawdziwie "katolickiego głosu w Twoim domu", jak promuje się Radio Maryja. W momentach krytycznych - takich jak dziś - okazuje się, że to zaniedbanie może finalnie kosztować kogoś zdrowie czy nawet życie. Dziś widać, jak bardzo brakuje społeczności Kościoła masowego medium. Istnieje co prawda cały konglomerat mediów o. Tadeusza Rydzyka, ale media te mają praktykę w wykrzywianiu rzeczywistości, politykowaniu, a czasami też w sianiu paniki. Kościół - a nie jeden zakonnik - powinien dysponować własnym, godnym zaufania medium o masowym zasięgu. Tego jednak nie ma - z własnej winy, przez własne zaniedbania i brak ambicji.

Gdyby Episkopat posiadał swoją TV Trwam o dużym zasięgu, to łatwiej byłoby biskupom zawiesić odprawianie mszy, bo we własnej telewizji można by transmitować modlitwy, które zdalnie tworzyłyby wspólnotę.

Ponad 80 proc. Polaków deklaruje się jako osoby wierzące, 38 proc. wiernych bierze udział w niedzielnych mszach (w rekordowej diecezji tarnowskiej to ponad 71 proc.), a 17,3 proc. przystępuje do komunii. Jakim cudem polski Kościół nie jest w stanie stworzyć masowego medium dla wiernych sobie ludzi? Przez nieudolność i grzech zaniechania.

Tę rolę dziś mogą - a TVP transmituje msze co niedzielę - pełnić media publiczne.

Episkopat - mówiąc językiem kościelnym - grzeszy zaniechaniem i krótkowzrocznością. We Włoszech Kościół podporządkował się - i tak spóźnionemu - państwowemu zakazowi odprawianiu mszy, pogrzebów i innych uroczystości religijnych. Polscy biskupi nie uczą się wystarczająco zatem nie tylko na przykładzie Korei Południowej, ale także bliskim sobie Włoch. A Kuria rzeszowska, zachęcająca do ryzykownej dziś formy przyjmowania komunii wręcz sabotuje walkę z koronawirusem.

Cała nadzieja w tym, żeby katolicy okazali się mądrzejsi od swoich biskupów. O to akurat nietrudno.

Więcej o: