Tam rok szkolny rozpoczyna się dwa dni później. Od wypuszczenia w niebo 334 białych balonów

W Biesłanie rok szkolny nie zaczyna się 1 września. Uczniowie od osiemnastu lat spotykają się dwa dni później. Wypuszczają w niebo 334 białe balony, żeby upamiętnić ofiary masakry dokonanej w 2004 roku w tamtejszej szkole. Atak terrorystyczny w Biesłanie dla mieszkańców miasta wciąż jest otwartą raną.

- W chwili gdy usłyszę, że wojska rosyjskie opuszczają Czeczenię, otwieram drzwi i wszyscy wychodzicie bezpiecznie do domu. My zginiemy ale nasi synowie będą żyć w wolnym kraju - miał powiedzieć "Pułkownik", dowódca terrorystów, którzy zaatakowali szkołę w Biesłanie. Jego telefon jednak nie zadzwonił. Zamiast tego Rosyjskie służby zorganizowały szturm na budynek, w którym więziono setki dzieci i ich rodziców.

Zobacz wideo Wbrew przekazom terroryzm nie ma koloru skóry

Przeczytaj więcej informacji z kraju i ze świata na stronie głównej Gazeta.pl

Atak na szkołę w Biesłanie. Kaukaski 11 września

- Na zachodzie Biesłan nazywają "rosyjskim 11 września". Najokrutniejszy zamach terrorystyczny. Bo dotknął tego, co jest najświętsze. Dzieci. Dzieci na Kaukazie są święte - podkreśla Zbigniew Pawlak, współautor książki "Biesłan. Pęknięte miasto".

Skala tragedii i szok, jaki jej towarzyszył, dla mieszkańców 37-tysięcznego Biesłanu były podobne. Osiemnaście lat po masakrze został ból, Miasto Aniołów oraz żal do rosyjskich władz. Wiele osób uważa, że można było uniknąć tragedii.

"Mieszkańcy Biesłanu są przekonani, że większość zakładników zginęła nie od kul terrorystów, ale podczas szturmu, którego dokonano przy użyciu barbarzyńskich środków. (...) Głównym celem ataku nie było ratowanie dzieci, lecz zlikwidowanie terrorystów" - napisała Lidia Grafowa o strategii rosyjskich służb dla "Nowej Gaziety".

1 września 2004 roku w Biesłanie był ciepły dzień. Wielu rodziców na rozpoczęcie roku szkolnego zabrało ze sobą też młodsze pociechy, żeby obserwowały jak starsze rodzeństwo rozpoczyna szkołę. Słoneczny dzień przybrał dramatyczny obrót. W szkole pojawili się terroryści z czeczeńskich ruchów separatystycznych. Ponad 1300 osób zostało uwięzionych w budynku. Bez jedzenia, wody i leków.

Dom dziecka dla sierot z Groznego, Czeczenia, 2003 r.Gdzie podziało się 110 000 dzieci z Kaukazu? "Nie wiemy. Urodziły się, ale do szkoły już nie poszły"

Ci, którzy na rozpoczęcie roku szkolnego się spóźnili - przetrwali. Z oddali musieli patrzeć na dramat z udziałem swoich najbliższych. Ojciec trójki dzieci czekał aż jego córki będą gotowe do wyjścia. Jego żona z synem pojechała do szkoły wcześniej, żeby się nie spóźnić. W drodze do sali gimnastycznej mężczyzna wiozący dziewczynki usłyszał eksplozje.

Atak na szkołę w Biesłanie. Terroryści nie pozwalali nawet wynieść z sali gimnastycznej ciał zabitych dzieci

Doktor Jan Brodowski z Instytutu Rosji i Europy Wschodniej Uniwersytetu Jagiellońskiego zwracał uwagę na okrucieństwo z jakim terroryści traktowali zakładników.

"Sposób traktowania zakładników przez terrorystów był skandaliczny. Napastnicy nie pozwalali na wnoszenie do szkoły wody, jedzenia i leków, co gorsza nie zgadzali się na wynoszenie ciał zabitych. Warunki w budynku stale pogarszały się, o czym świadczy fakt, iż wiele dzieci zdejmowało koszule i inne części ubrania ze względu na panującą duchotę" - pisał Jarosław Wichura, politolog zajmujący się stosunkami międzynarodowymi.

"Dzieci przez trzy dni nie wychodziły do toalety, siedziały przerażone w sali gimnastycznej, czekając na ratunek. Terroryści stosowali ponadto liczne metody znęcania się nad zakładnikami, m.in. zmuszali dzieci do wielogodzinnego siedzenia na wąskich parapetach okiennych" - podkreśla Wichura.

Rocznica zamachu na szkołę w Biesłanie. Ile osób uwięziono?

Ile osób zostało uwięzionych w szkole w Biesłanie? Ile zabito? Liczby w tej sprawie mają duże znaczenie, a budzą wiele wątpliwości. Rząd podał informację, że w szkole jest 350 osób. Inne źródła podawały, że zakładników jest nawet 1,5 tysiąca. Kiedy terroryści usłyszeli, że władze podają zaniżoną liczbę ofiar, ich podejście do osób, które uwięzili zmieniło się. Najpierw, jeszcze pierwszego września, deklarowali gotowość do negocjacji, chociaż już wtedy z budynku szkoły słychać było dźwięki wystrzałów i eksplozji.

"Być może Basajew upoił się łatwością, z jaką jego ludzie dokonują kolejnych masakr przy całkowitej bezradności ogromnego aparatu rosyjskiego bezpieczeństwa. Może postanowił zrealizować swoją dawną groźbę, że stanie się biczem Bożym, utopi Rosję we krwi i pokaże jej mieszkańcom, czym jest wojna, którą mieszkańcy Czeczenii muszą znosić od ponad 10 lat" - pisał dziennikarz Gazety Wyborczej Marcin Wojciechowski.

Po pojawieniu się informacji o zaniżonej liczbie zakładników napastnicy mieli zmienić podejście. Najpierw mieli deklarować gotowość do wypuszczenia dzieci. Dane, które umniejszały skalę ich ataku, spowodowały jednak, że oprawcy zaczęli się zachowywać brutalnie.

"Dla bojowników małe dzieci stanowiły kłopot. Ich płacz był denerwujący. Pułkownik się zgodził" - pisał Zbigniew Pawlak.

Szkołę mogły opuścić tylko najmłodsze dzieci i ich matki. Dla wielu była to dramatyczna decyzja. Jedyną osobą, która negocjowała z terrorystami twarzą w twarz, był były prezydent Inguszetii, Rusłan Auszew. Jedna z matek, nie chcąc zostawiać starszego dziecka samego, przekazała w jego ręce niemowlę, które zabrała ze sobą na rozpoczęcie roku szkolnego.

"- Ja zostaję - powiedziała, odwracając się, żeby nie widział jej łez, i wróciła na miejsce przy starszej córce. Nim ktokolwiek się zorientował w sytuacji, niemowlę znalazło się poza ścianami budynku wyniesione czym prędzej przez Auszewa. Ten kadr poznał wtedy cały świat: oficer OMON-u wynosi na rękach niemowlę. I cały świat zaczął mieć nadzieję. To Fatima oddała swoją sześciomiesięczną Alonę, aby zostać przy dziewięcioletniej Kristinie. Tylko Alona przeżyła" - pisze Pawlak.

Kadyrow testuje Putina czy żegna się ze stanowiskiem? 'Mój czas nadszedł'Ramzan Kadyrow: Myślę, że nadszedł mój czas. Zacząłem to rozważać

Propozycję opuszczenia szkoły dostał też starszy nauczyciel wychowania fizycznego. "Pułkownik odwrócił się na pięcie do (wuefisty - przyp.red.) Iwana Kanidiisa, nauczyciela wychowania fizycznego. - Nikt się wami nie interesuje - odezwał się Pułkownik. - Nie wiadomo, jak długo to jeszcze potrwa. My wytrzymamy, ale ty? Stary już jesteś. Chcesz wyjść? - Zostanę z uczniami - odpowiedział wuefista. - Do końca" - czytamy w książce "Biesłan. Pęknięte miasto".

Atak na szkołę w Biesłanie. Szturm zamiast negocjacji

Negocjacje zostały niespodziewanie zerwane 3 września. Wersje świadków i oficjalna wersja zdarzeń Kremla z tego dnia, bardzo się różnią. Oficjalnie napastnicy byli gotowi na rozmowę z prezydentem północnej Osetii Aleksandrem Dzasochowem, prezydentem sąsiedniej Inguszetii Muratem Ziazikowem, szanowanym na Kaukazie byłym prezydentem Inguszetii Rusłanem Auszewem oraz znanym politykiem czeczeńskim Asłambekiem Asłachanowem, doradcą prezydenta Putina ds. Kaukazu. Stawiali jednak warunek - cała czwórka miała pojawić się w szkole.

Kreml twierdził, że był gotów do negocjacji, żeby ratować życia zakładników. Do Biesłanu zgodził się też przyjechać przywódca czeczeńskiego ruchu oporu - Asłan Maschadow.

Jednak zanim przystąpiono do rozmów, trzeciego dnia oblężenia szkoły, Rosjanie zaczęli szturm. Rosyjska prokuratura generalna podała, że około południa z dachu szkoły zerwała się jedna z zawieszonych tam przez terrorystów bomb. Seria przypadkowych eksplozji miała doprowadzić do śmierci części zakładników, co stało się przyczyną szturmu.

Rosyjska prokuratura i sztab kryzysowy twierdziły, że atak na szkołę był jedynym sposobem na ocalenie choć części zakładników. W akcji, poza żołnierzami, brali udział milicjanci z Osetii, członkowie pospolitego ruszenia, a także najbliżsi zakładników. Panował chaos. Terroryści strzelali z budynku szkoły, walcząc o swoją pozycję. Bitwa trwała wiele godzin.

Zdjęcia ofiar, który zgineły w trakcie zamachu na szkołę w BiesłanieZdjęcia ofiar, który zgineły w trakcie zamachu na szkołę w Biesłanie Beslan School Number 1, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2469723

Ewakuacja pod ostrzałem

Kiedy rosyjskie służby i terroryści wymieniali ogień, zaczęła się ewakuacja zakładników. Niektórzy korzystając z sytuacji wybiegli sami, innych wyciągali ludzie, którzy dostali się do sali gimnastycznej z noszami. Naprawdę niebezpiecznie zrobiło się, kiedy zaczął płonąć dach sali gimnastycznej. Kreml twierdzi, że powodem były ładunki wybuchowym umieszczone tam przez zamachowców. Świadkowie mówili jednak o miotaczach ognia, których użyli żołnierze w trakcie szturmu.

Po kilku godzinach budynek zawalił się, uniemożliwiając części zakładników drogę ucieczki. Na początku mówiono o 330 ofiarach. Wielu ciał nie udało się zidentyfikować. Teraz, dzieci wypuszczają 3 września w niebo 334 balony - bo jednym dla każdej zidentyfikowanej ofiary zamachu. 700 osób zostało rannych. Pracownikom szpitala zabierano telefony, żeby uniemożliwić im kontakt ze światem zewnętrznym i ograniczyć rozprzestrzenianie się paniki.

Biesłan po ataku terrorystycznym

Żeby upamiętnić ofiary ataku, w Biesłanie powstał specjalny cmentarz, nazywany Miastem Aniołów. Znajduje się tam ponad 330 identycznych mogił. W mieście nie działa już żadna szkoła, pod numerem 1. To właśnie ona była przedmiotem ataku. Żal żyje wśród tych, którzy przeżyli.

- Przysięgaliście opiekować się naszymi dziećmi. Tymczasem wy żyjecie, a nasze dzieci zginęły. To wy powinniście tam umrzeć - takie słowa najczęściej słyszeli ci, którzy przeżyli, twierdzi Pawlak.

W szturmie, poza zakładnikami zginęło także 11 żołnierzy rosyjskich służb specjalnych. Zabito 32 terrorystów. Schwytany został tylko jeden z napastników - Czeczen Nur-Pasza Kułajew. Tożsamość dowódcy - "Pułkownika" - podobnie, jak większości terrorystów biorących udział w ataku, nie jest jednoznaczna. Przywódca czeczeńskich rebeliantów Szamil Basajew oświadczył, że to on zorganizował atak na szkołę w Biesłanie.

***

Więcej o: