Morderstwo czterech osób, ciał nie odnaleziono. Sąd nie miał wątpliwości co do winy Mariusza B.

Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok poczwórnego dożywocia dla 38-letniego Mariusza B. Mężczyzna w latach 2006-2008 zabił męża i córkę kochanki, nauczyciela tańca kochanki i księdza. Ciał ofiar Mariusza B. nigdy nie odnaleziono.

38-letni Mariusz B. został prawomocnie skazany na karę poczwórnego dożywocia przez Sąd Apelacyjny w Warszawie - podaje Tvnwarszawa.pl. Tym samym sąd uznał, że mężczyzna jest winny zabójstwa czterech osób: męża i córki kochanki, nauczyciela tańca kochanki i księdza, który miał w przeszłości molestować Mariusza B.

Do zabójstw doszło w latach 2006-2008. Nie udało odnaleźć się ciał zamordowanych osób. Kuzyn Mariusza B. - Krzysztof Rz. - usłyszał wyrok sześciu lat więzienia m.in. za pomoc w porwaniu jednej z ofiar.

O głośnej sprawie morderstwa informowaliśmy w Gazeta.pl kilkukrotnie.

Ofiara: Ksiądz Piotr

Lata 90. Parafia na warszawskiej Woli. Ministrant Mariusz B. jest nastolatkiem pochodzącym z rozbitej rodziny. Jak opisze to później Bogdan Wróblewski w "Gazecie Wyborczej", ksiądz Piotr odkrywa w nim talent muzyczny, zapisuje do kościelnego chóru, zaczyna się nim opiekować. Niemal zastępuje mu ojca. Do czasu, kiedy zaczyna się molestowanie. B. nie protestuje. Jest wierzący, uważa, że to Bóg osądzi zachowanie księdza.

Mariusz B., 2014 r.Mariusz B., 2014 r. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl

6 grudnia 2008 r. ksiądz Piotr wychodzi z plebanii po wieczornej mszy. Od tego czasu ślad po nim ginie. Później śledczy odnajdują w Warszawie tylko jego zamknięty samochód.

Ofiary: Zbigniew D. i Ola D.

Ta sama parafia na Woli. W kościelnym chórze nastoletni Mariusz B. poznaje o kilkanaście lat starszych od siebie Zbigniewa D. i jego żonę Małgorzatę. Zaprzyjaźniają się, Zbigniew D. zaczyna go zapraszać do swojego domu. Dużo rozmawiają. Jak ustalił tygodnik "Polityka", któregoś razu mężczyzna próbuje pocałować Mariusza B., ale spotyka się ze sprzeciwem. Nie rzutuje to jednak na ich relację. Kiedy B. ma 18 lat, dostaje od Zbigniewa D. propozycję zamieszkania z nim, jego żoną i nastoletnią córką Olą. Zgadza się.

Małgorzata podoba się Mariuszowi B., a Zbigniew D. - jak będzie pisała później "GW" - jest biseksualny i lubi eksperymentować. Podgląda współżycie żony z młodym lokatorem. Rok później Małgorzata rodzi córkę i oświadcza mężowi, że ojcem jest B. Razem z dziećmi i kochankiem wyprowadza się do wynajętego dla niej przez męża mieszkania w centrum Warszawy. D. akceptuje nowy związek żony.

10 kwietnia 2006 r. Zbigniew D. jedzie na kolację do żony i Mariusza B. W mieszkaniu jest też 18-letnia Ola i jej siedmioletnia przyrodnia siostra (dziecko B. i Małgorzaty). D. ma nadzieję na poprawę stosunków w rodzinie. Mariusz B. od pewnego czasu naciska, aby wziął rozwód z żoną, oddał jej część majątku i zrobił test na ojcostwo młodszej córki Małgorzaty.

11 kwietnia nad ranem Mariusz B. zawozi Olę na warszawskie Bródno do jej chłopaka. Dziewczyna opowiada mu, że w nocy B. razem z kuzynem Krzysztofem R. wywieźli ją i jej ojca na działkę w Pułtusku. Tam mieli straszyć jej ojca. Mówi, że musi wrócić, tak kazał jej B. Chłopak tego samego dnia odwozi ją pod mieszkanie matki. Około godz. 23 w nocy dostaje od Oli SMS, że będzie u niego około północy. Nigdy nie dociera. Ślad ginie także po jej ojcu.

Ofiara: Henryk S.

55-letni Henryk S. to zadbany i dobrze zarabiający mężczyzna. Ma żonę oraz dorosłą córkę. I pasję - salsę, którą ćwiczy wieczorami w klubie tanecznym z partnerką Mariusza B.

Mariusz B., 2016 r.Mariusz B., 2016 r. Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

7 marca 2007 r. o godz. 18 S. jedzie na zajęcia. Po nich odprowadza Małgorzatę do samochodu, sam wsiada do swojego i rusza do domu na Żoliborzu. O 23 wjeżdża na parking strzeżony, zamienia słowo z parkingowymi, idzie do klatki. "Polityka": Ostatni raz jest widziany, kiedy znajduje się jakieś 3 metry przed wejściem do budynku.

Dwa dni później na telefon Henryka (zostawił go w domu) przychodzi SMS: "Iwonko (to córka S.) ze mną wszystko dobrze. Muszę załatwić pewne sprawy i nie będzie mnie przez ok. 2 tygodnie. Nie martwcie się i nie gniewajcie, że odzywam się dopiero teraz. Całuję, tata". Rodzina nie wierzy, że SMS napisał Henryk S. Nigdy nie zwracał się w ten sposób. Później przychodzą jeszcze SMS-y, by przelać pieniądze na długi. Matka z córką odpisują na nie pod kontrolą policji. Ostatnia wiadomość przychodzi 13 marca. Dalej cisza.

Poszlaki

Rok 2006. Po zaginięciu Zbigniewa D. i jego córki, Mariusz B. zeznaje na policji, że ostatni raz widział Olę, kiedy odwoził ją na Bródno do chłopaka. To było 11 kwietnia nad ranem. Pisał z nią jeszcze SMS-y - zapewnia policję - bo zostawiła rzeczy u niego w samochodzie. On: "Zostawiłaś u mnie torbę". Ona: "Ups, jedziemy z ojcem gdzieś za miasto". On dalej: "OK, jesteśmy w domu". Policja sprawdza ten trop. SMS-y rzeczywiście były wysyłane, ale z billingu wynika, że B. odpisał Oli, zanim przyszła wiadomość od niej.

Kolejny wątek: logowanie komórek do stacji BTS. Telefony Oli D. i Mariusza B. w momencie wysyłania SMS-ów logowały się do sieci blisko siebie, pod Pułtuskiem. Wniosek: B. mógł sam wysyłać do siebie wiadomości z komórki Oli.

I dalej: znajomi Zbigniewa D. zeznają, że kilka dni przed zaginięciem opowiadał im, że został wywieziony przez B. i jego kuzyna na jakąś działkę. Tam mieli go zastraszać, torturować i żądać, aby podpisał polisę ubezpieczeniową na 2 mln zł. Uposażoną na wypadek śmierci D. miała być Małgorzata.

Mariusz B. i Krzysztof R. zostają przesłuchani. I zwolnieni. Powód: brak wystarczających dowodów.

Rok 2007. Śledczy namierzają po numerze IMEI aparat, z którego wysyłane były SMS-y do rodziny Henryka S. Został kupiony w komisie w Pułtusku, sprzedawca - jak pisze "GW" - dobrze pamięta przez kogo. Kupujący to Krzysztof R., kuzyn Mariusza B.

Policjanci zaczynają zbierać dowody łączące B. i R. nie tylko z zaginięciem Henryka S. Postanawiają odświeżyć sprawę Zbigniewa i Oli D. Dowody są jednak słabe. Śledztwo trwa długo.

Zeznanie

Rok 2009. Mariusz B. i Krzysztof R. zostają zatrzymani. Zarzut: uprowadzenie i wymuszenie rozbójnicze na Zbigniewie D. Ale gra toczy się o oskarżenie o morderstwo czterech osób. Do puli ofiar dołączył bowiem zaginiony ksiądz Piotr. W jego porzuconym samochodzie wyodrębniono zapach Mariusza B. To jednak za mało do postawienia zarzutu zabójstwa.

Mariusz B., 2016 r.Mariusz B., 2016 r. Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Przy braku dowodów policjanci mogą osiągnąć cel tylko w jeden sposób: B. i R. muszą przyznać się do winy i wskazać miejsca ukrycia zwłok. Przesłuchanie ciągnie się godzinami. W końcu pękają.

Krzysztof R. o 11 kwietnia 2006 r. (za tygodnikiem "Polityka"): "Ja myślałem, że skoro jest OK, to wracamy do domu, ale Mariusz powiedział, że nie, że musimy ich zabić. Ja mu powiedziałem, że nie jestem w stanie tego zrobić, to Mariusz powiedział, że zrobi to sam".

Mariusz B. mówi, że może wskazać miejsce "związane z zaginięciem Oli i Zbigniewa D.". W środku nocy jedzie z policjantami do lasu pod Pułtuskiem. Jest ciemno, nie ma co w takich warunkach szukać ciał. Wracają. W drodze powrotnej B. podejmuje temat zaginionego księdza Piotra. Nad ranem, po wielu godzinach bez snu, przyznaje się do zabójstw. Czterech.

Zeznaje (treść za "GW"): Ciała Oli i Zbigniewa D. są w lesie pod Pułtuskiem, ciało Henryka S. w lesie w okolicach Mławy, księdza Piotra - na polanie przy rzece Narew. Wszystkich udusił gołymi rękoma. To jedyny raz, kiedy B. przyznaje się do winy. Później odwoła wszystko, twierdząc, że był w czasie przesłuchania torturowany. Podczas badania wariografem, pytany o miejsce ukrycia zwłok, będzie reagował jednak bardzo silnie.

Ciał - mimo dokładnego przeczesania miejsc wskazanych przez Mariusza B. - nadal brak.

Logiczny łańcuch

Rok 2011, wrzesień. Mariusz B. i Krzysztof R. oskarżeni o uprowadzenie Zbigniewa D., spędzili w tymczasowym areszcie 2 lata. Zgodnie z prawem nie można go już przedłużyć. Wychodzą na wolność, by w październiku usłyszeć wyrok za uprowadzenie. Dla B. - 5 lat więzienia, dla R. - 4 lata. Znów trafiają do aresztu. Prokurator w tym czasie kończy prace nad kolejnym aktem oskarżenia.

Mariusz B., 2016 r.Mariusz B., 2016 r. Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Rok 2011, grudzień. Do sądu trafia liczący ponad 60 stron akt oskarżenia Mariusza B. Tygodnik "Polityka" wymieni później główne poszlaki świadczące o winie: logowania komórek w dniu zaginięcia Oli i Zbigniewa D., SMS-y B. i Oli, jedno odwołane przyznanie się do zabójstwa, badanie na wykrywaczu kłamstw, wyniki badania osmologicznego w samochodzie księdza, opinia biegłych psychologów i seksuologów badających B.

Motywy zbrodni popełnionych przez B. (zdaniem biegłych, cytowanych przez "GW"): Zbigniewa D. zabił, bo ten chciał znowu zbliżyć się do żony. Liczył też na pieniądze, dlatego próbował zmusić go do podpisania polisy na 2 mln zł. Ola D. mogła zginąć, bo była świadkiem pierwszej zbrodni. Zabójstwo Henryka S. miało motywy finansowe (próby wyłudzenia pieniędzy od rodziny) oraz emocjonalne (zazdrość o partnerkę). Ksiądz zginął, bo B. chciał się zemścić za molestowanie.

Dzwonisz na 112 i co dalej? Te rzeczy musisz powiedzieć, żeby szybko i sprawnie wezwać pomoc

Więcej o: