"Okazuje się, że dziewczyny, które robią słodkie dzióbki na Instagramie, mają poglądy polityczne"

Paulina Dudek
Kobieta aktywna w rewolucji to jest bardzo groźna moc. Robi się pyskata, krwiożercza, totalnie przerażająca i obca. Oczywiście pod adresem tych kobiet zawsze pojawiają się oskarżenia o rozwiązłość seksualną - o ich roli w buntach i rewolucjach rozmawiam z historyczkami Anną Dzierzgowską i Dobrochną Kałwą.

Rewolucje, powstania, wojny wywołane lub zapoczątkowane przez kobiety – jest o czym rozmawiać? 

ANNA DZIERZGOWSKA: Łatwiej byłoby mówić o kobietach w rewolucjach, buntach i przestrzeni, w której kobiety odkrywają swoją siłę i moc. Takich przykładów z marszu przychodzi mi do głowy bardzo dużo. Począwszy od najsłynniejszego, czyli rewolucji francuskiej.  

DOBROCHNA KAŁWA: To pytanie jest mizoginiczne. Bo jak pomyślimy o wojnie trojańskiej, o tym, że dochodzi do koszmarnej rzezi, bo jakaś kobieta - z dzisiejszej perspektywy - źle się prowadziła i stała się przedmiotem męskiego sporu... To jest bardzo tradycyjna opowieść: mężczyźni się biją o różne rzeczy, a kobiety są winne, że w ogóle zaczynają. Takiemu myśleniu - o kobietach jako katalizatorach nieszczęść - jestem przeciwna.  

Dlatego wolę, gdy pytanie nie dotyczy rozpoczynania rewolt, tylko raczej udziału w nich kobiet.  

Co jest złego w pytaniu o kobiety rozpoczynające wojny i rewolucje? 

A.D.: Mnie obruszyło słowo „wojna”. Uczę historii w szkole i z mojego punktu widzenia wojna to bardzo skomplikowany temat. Historia w szkole jest na wojnach zbudowana. Wśród herstoryczek pojawia się więc potrzeba: skoro już tak dużo o tym mówimy, to przywróćmy pamięć o walczących kobietach, nie tylko występujących w roli matek zbierających trupy poległych synów.  

Z drugiej strony istnieje ogromna i bardzo ciekawa tradycja kobiecego oporu przeciwko wojnie. W tym wykorzystywania pozycji matki, która nie chce wysyłać synów na front.  

D.K.: Kobiety są na wojnach obecne, pełnią ważne i różne role. Czasem są prowodyrkami - mamy w Europie przykłady władczyń, które skutecznie prowadziły wojny. Ale są też przez stulecia obecne na polach bitwy. Zanim XIX wiek ukształtował nowoczesne armie, to wszystko, co się dzisiaj nazywa logistyką, zapewniały żony, markietanki. Dbały o to, by żołnierze mieli co jeść, gdzie spać i w co się ubrać.  

Pruskie markietanki podczas wojny austriacko-prusko-duńskiej 1864 roku / Fot. Junod Charles/Wikimedia Commons/domena publicznaPruskie markietanki podczas wojny austriacko-prusko-duńskiej 1864 roku / Fot. Junod Charles/Wikimedia Commons/domena publiczna Pruskie markietanki podczas wojny austriacko-prusko-duńskiej 1864 roku / Fot. Junod Charles/Wikimedia Commons/domena publiczna

Równie istotna była działalność kobiet w wojennej agitacji i propagandzie. W czasie powstania listopadowego młode panny z dobrych domów miały zachęcać braci, narzeczonych, przyjaciół do walki, a ociągającym się wręczały białe piórko na znak tchórzostwa. W ten sposób publicznie starały się ośmieszyć tych, którzy walczyć nie chcieli. Ten rodzaj agitacji stosowały także podczas pierwszej wojny światowej.   

A.D.: Dla mnie problematyczne jest traktowanie wojny jako tak strasznie ważnego tematu. Bo czy wojna rzeczywiście jest zmianą i czego? 

Czyli rewolucja tak, wojna nie. 

A.D.: Rewolucja to coś zupełnie innego. Jeśli zdefiniujemy ją jako moment, gdy ludzie zaczynają sobie wyobrażać zupełnie inny porządek świata i go realizować, nabierając poczucia sprawczości, no to zdecydowanie rewolucje są czasem przyjaznym dla kobiet. One też zaczynają marzyć o innym świecie. Potem z reguły wszystko źle się kończy. Ale nie przypadkiem w XIX wieku tak wiele kobiet było aktywnych w różnych bardzo radykalnych ruchach rewolucyjnych, zwłaszcza w Rosji. Bo w tych ruchach próbowano wymyślić świat na nowo - i między innymi realizować w praktyce równość kobiet i mężczyzn. 

D.K.: Poza tym bardzo patriarchalny XIX-wieczny europejski porządek płci sprzyjał pojawieniu się kobiet w działalności nielegalnych ruchów politycznych czy tajnych stowarzyszeń.   

Dlaczego? 

D.K.: Bo kobiety długo nie kojarzyły się władzy z nielegalną działalnością polityczną. Jeszcze w czasach PRL mężczyzna z plecakiem jest podejrzany, kobieta z dziecięcym wózkiem już nie, choć może w nim przewozić nielegalne wydawnictwa, broń, ulotki. Policjanci zazwyczaj nie sprawdzają kobiet, które w patriarchalnym porządku nie są postrzegane jako działające i sprawcze podmioty.   

Zostawmy w takim razie wojnę, ale zostańmy przy wkurzonych kobietach. Obie od razu podałyście przykład rewolucji francuskiej. 

D.K.: Z jednej strony kobiety były w niej bardzo aktywne. Paryskie przedstawicielki elit mieszczańskich prowadziły salony, w których dyskutowano o literaturze, sztuce i polityce. Same dobierały uczestników organizowanych debat, w których brały też udział.  

Ale ważniejszą, moim zdaniem, grupą były kobiety z ludu, które ruszyły na Wersal. Naprawdę wkurzone. Ich złość nie wynikała z abstrakcyjnych idei, ale z widma głodu, długich kolejek po chleb, z każdym dniem coraz droższy. Na pewno nie oburzyłby ich język strajkujących dziś kobiet, bo same używały wulgarnego języka i gestów.   

Współczesna ilustracja przedstawiająca marsz kobiet na Wersal 5 października 1789 r. / Ze zbiorów Gallica Digital Library Wikimedia Commons/domena publicznaWspółczesna ilustracja przedstawiająca marsz kobiet na Wersal 5 października 1789 r. / Ze zbiorów Gallica Digital Library Wikimedia Commons/domena publiczna Współczesna ilustracja przedstawiająca marsz kobiet na Wersal 5 października 1789 r. / Ze zbiorów Gallica Digital Library Wikimedia Commons/domena publiczna

A z drugiej strony? 

D.K.: Widzimy, jak zaskoczeni i zniesmaczeni tym wszystkim byli zaangażowani w rewolucję mężczyźni. Z pierwotnego myślenia o równości i wolności wszystkich obywateli nagle wychodzi braterstwo rozumiane dosłownie: jako wspólnota mężczyzn wykluczająca kobiety. W klasycznej opowieści o rewolucji francuskiej jakobini są radykalną formacją polityczną. A tymczasem to oni wprowadzili zakaz działalności politycznej kobiet.  

A.D.: Dokładnie o tym pisze Maria Janion w książce „Kobiety i duch inności”, w otwierającym rozdziale o podtytule „Dlaczego rewolucja jest kobietą?”.  

Dlaczego jest? 

A.D.: Profesor Janion zwraca uwagę na lęk przed tym, co się w kobietach w czasie rewolucji ujawnia, co z nich wyłazi. Z jednej strony ciało kobiety jest nagminnie używane jako alegoria rewolucji i wolności - od Marianny po „Wolność wiodącą lud na barykady”.  

Z drugiej, gdy przychodzi do opisywania tego, jak się kobiety w czasie rewolucji zachowują, jak odkrywają wolność w różnych sferach życia, nawet relacje męskich rewolucjonistów są pełne przerażenia. Nagle się okazuje, że kobieta to jest bardzo groźna moc - robi się pyskata, krwiożercza, totalnie przerażająca i obca. Oczywiście pod adresem kobiet aktywnych w rewolucji zawsze się pojawiają oskarżenia o rozwiązłość seksualną, to jest bardzo stary wątek. Pozbawione strachu i wszelkich hamulców są zwłaszcza kobiety z ludu. Janion fantastycznie opisuje lęk przed tym uwolnionym kobiecym gniewem. 

D.K.: Dodam tutaj, żeby nie było wątpliwości, że Maria Janion opisywała fantazmaty, czyli nie to, co się działo w rzeczywistości politycznej, tylko w głowach żyjących wówczas ludzi. Obraz kobiet potworów wyłaniający się z konserwatywnych tekstów powstałych w trakcie i po rewolucji, jak i faktyczną działalność rewolucjonistek od lat badały francuskie historyczki.  

'Wolność wiodąca lud na barykady', 1830 rok, Eug?ne Delacroix / domena publiczna Wikimedia Commons, Erich Lessing / Art Resource, NY /  Artres'Wolność wiodąca lud na barykady', 1830 rok, Eug?ne Delacroix / domena publiczna Wikimedia Commons, Erich Lessing / Art Resource, NY / Artres 'Wolność wiodąca lud na barykady', 1830 rok, Eug?ne Delacroix / domena publiczna Wikimedia Commons, Erich Lessing / Art Resource, NY / Artres

Kobiety rozpoczęły również rewolucję bolszewicką. „Zawodowi” męscy rewolucjoniści kazali im czekać, ale nie posłuchały i same zaczęły strajk generalny. Nie pamiętam tego wątku ze szkoły. Dlaczego? 

A.D.: Ponieważ nasze szkolne programy historyczne bardzo nie lubią jakichkolwiek rewolucji. Nie da się pominąć rewolucji francuskiej czy bolszewickiej, ale już rewolucja z 1905 roku bardzo łatwo znika lub jest marginalizowana. Cała wielka tradycja historyczna buntów, oporów, rewolucji, zrywów została przyklepana i ugłaskana. Jedyny „legalny” typ buntu to zrywy patriotyczne.  

Historia w szkole ma nas zniechęcić do buntowania się? 

A.D.: Mamy myśleć, że jest, jak jest, i tak być powinno.  

D.K.: Możemy się buntować, jeśli walczymy o Polskę niepodległą.  

A.D.: Rzecz wygląda inaczej w nurcie historii kolonialnej i postkolonialnej. Bo historia prawie całego świata poza Europą to historia buntów przeciwko kolonializmowi. I tam jest ogromna rzesza kobiet. Pojawiają się w rolach kapłanek, wręcz czarownic, wojowniczek albo tych, które stanęły na czele buntu przyciśnięte głodem. Opiekunką, być może też trenerką, wychowawczynią Jean-Jacques'a Dessalinesa, jednego z przywódców rewolucji na Haiti i późniejszego cesarza, była Victoria „Abdaraya Toya” Montoun, Afroamerykanka, prawdopodobnie żołnierka z Dahomeju. W tym królestwie, leżącym na obszarze dzisiejszego Beninu, od końca XVII wieku władcy i władczynie mieli u boku kobiece oddziały, złożone ze znakomicie wyszkolonych, groźnych wojowniczek.  

Jak się wyjdzie z europejskiego, a zwłaszcza polskiego podwórka, to nie da się opowiadać historii bez buntu, rewolucji i bez kobiet. A nie mówiłyśmy jeszcze o ruchach oporowych kobiecych, które są dużo mniej spektakularne niż rewolucje. 

Na przykład? 

A.D.: Cała sfera cichej walki kobiet o kontrolę nad własną płodnością. Kobiety zawsze dokonywały aborcji i wymyślały metody antykoncepcji. Najbardziej spektakularny przykład: archiwa niewolnictwa pełne są skarg na to, że niewolnice nie rodzą dzieci na plantacjach. Częściowo tłumaczy się to kiepskimi - łagodnie mówiąc - warunkami życia. Ale są źródła, które wskazują, że tam, gdzie kobiety mogły, po prostu starały się nie rodzić.  

Jest też pewna średniowieczna irlandzka święta, która doprowadziła do tego, że zakonnica przestała być w ciąży. Na tym polu kobiety współpracowały i były solidarne. 

D.K.: Ja bym dodała jeszcze jedną uwagę.  

Jaką? 

D.K.: W zeszłym roku ukazała się monografia „Oblicza buntu społecznego w II Rzeczypospolitej doby Wielkiego Kryzysu”. Jej autorzy, Piotr Cichoracki, Joanna Dufrat i Janusz Mierzwa, przedstawiają w niej szczegółową mapę buntów i strajków, analizując motywy, dynamikę i formy protestów. Z ich wyliczeń wynika, że najliczniej i najczęściej strajkowano w województwie śląskim, łódzkim i Warszawie. Śląsk jest zrozumiały, ale kto się mógł w Łodzi buntować? Przede wszystkim włókniarki. Kobiety wychodzą na ulice i biorą udział w strajkach „koedukacyjnych”, angażują się w nie również członkinie rodzin, zachęcając mężów i braci, żeby zostali w fabryce lub atakując policję przed bramą strajkującego zakładu. Kamieniami, kijami, przekleństwem. Potrafią być agresywne i przestraszyć policjantów.   

Warto przy tej okazji przypomnieć, że siła protestów sufrażystek wzięła się z umiejętności zainteresowania mediów ich działaniem, opisywanym na pierwszych stronach gazet...  

A.D.: … bo na przykład podkładały bomby (niszczyły własność prywatną i infrastrukturę, nie chciały nikogo zabijać)…  

D.K.: ... ale też z zaangażowania angielskich robotnic.   

No i drugi wątek, który też jeszcze słabo znamy, to aktywność kobiet na wsi. One brały udział w buntach i rewoltach cały czas. Mieszkanki wsi Okół w czasie kolektywizacji rzucały się na mierniczych i traktory. Ich się nie pamięta, bo często w źródłach występują anonimowo.   

Ten brak konkretnych nazwisk tworzy wrażenie braku kobiet w historii. 

D.K.: Łatwiej zbudować pamięć zbiorową, gdy się ma imiona, nazwiska i twarze. Emilia Plater trafiła do XIX-wiecznej historii, bo potrzebowaliśmy pewnych wzorców i idei ucieleśnianych przez kobiety fantazmaty. Mickiewiczowska bohaterka wiersza „Śmierć Pułkownika” nie ma nic wspólnego z rzeczywistą uczestniczką powstania, ale jej nazwisko jest znane, wpisane w narodowy kanon. Podobnie rzecz się ma ze współczesnymi bohaterkami: Anna Walentynowicz, Danuta Wałęsowa, Henryka Krzywonos – są dziś ideami wpisanymi w pamięć zbiorową, której potrzebujemy.   

Dobrochna Kałwa: 'Emilia Plater czy Danuta Wałęsowa są dziś ideami wpisanymi w pamięć zbiorową, której potrzebujemy' / Z lewej: Emilia Plater, autor płótna nieznany, domena publiczna Wikimedia Commons; fot. z prawej: Wikimedia Commons/Ja Fryta/CC BY-SA 2.0Dobrochna Kałwa: 'Emilia Plater czy Danuta Wałęsowa są dziś ideami wpisanymi w pamięć zbiorową, której potrzebujemy' / Z lewej: Emilia Plater, autor płótna nieznany, domena publiczna Wikimedia Commons; fot. z prawej: Wikimedia Commons/Ja Fryta/CC BY-SA 2.0 Dobrochna Kałwa: 'Emilia Plater czy Danuta Wałęsowa są dziś ideami wpisanymi w pamięć zbiorową, której potrzebujemy' / Z lewej: Emilia Plater, autor płótna nieznany, domena publiczna Wikimedia Commons; fot. z prawej: Wikimedia Commons/Ja Fryta/CC BY-SA 2.0

I jeszcze jedna ciekawa rzecz. Inaczej niż w ruchu elitarnym, gdzie są głównie młode, niezależne panny - właśnie Emilia Plater czy Narcyza Żmichowska - w wypadku strajków i buntów klas ludowych uczestniczkami były przede wszystkim mężatki, choć nam się żony i matki raczej nie kojarzą z buntem, a już na pewno nie z agresją.  

Okazuje się, że w patriarchalnym systemie to kobiety bywają ”bardziej awanturujące się” od mężczyzn, bo nie są uwikłane w te wszystkie relacje pracy i władzy, nie muszą iść na ustępstwa. Mężczyźni, którym przypadła kulturowa rola żywiciela rodziny, byli zmuszeni do kontaktów i kompromisów w urzędzie, fabryce, szkole, wojsku. Za to kobiety, zwłaszcza klas uprzywilejowanych, mogły pozwolić sobie na bezkompromisowość i radykalizm, którym upust dawały w przestrzeni prywatnej.   

Ciekawe. 

A.D.: I to są wszystko te sprawy, które do szkoły nie docierają. A dla mnie historia jest o tym, że nic nie jest z góry przewidziane, pewne, ustalone, a ludzie mają nieprawdopodobny potencjał do zmieniania rzeczywistości. My w ogóle nie znamy swoich możliwości w tym zakresie. Ale do tego właśnie trzeba by nam było historii buntów i rewolucji.  

Historia opowiadana z perspektywy oporu pozwoliłaby też pokazać, że metody, których kobiety w Polsce dziś używają, a które tak strasznie oburzają część komentatorów, to jest nic. Myśmy jeszcze nawet dwóch kroków nie zrobiły w porównaniu z tym, co kobiety robiły np. podczas rewolucji rosyjskiej. 

Co robiły? 

A.D.: Na przykład występowały przeciw instytucji małżeństwa, której, najoględniej mówiąc, raczej nie ceniły. Chciały wolnej miłości, to zresztą był stary postulat XIX-wiecznej lewicy, która w tradycyjnym, mieszczańskim małżeństwie widziała przede wszystkim nierówność płci i kontrolę mężczyzn nad kobietami. Lewica proponowała związki równych sobie towarzyszek i towarzyszy, oparte na autentycznym uczuciu. Przy czym kobiety podkreślały, że aby takie związki były możliwe, potrzebna jest między innymi państwowa opieka nad matkami. I w rewolucji rosyjskiej, na samym początku, pojawia się taki fantastyczny moment wyzwolenia seksualnego, nie tylko heteroseksualnego zresztą. W wyniku inicjatywy kilku kobiet, w tym Aleksandry Kołłontaj, zaczynają się reformy prawne i realny demontaż tradycyjnego małżeństwa. Po dojściu Stalina do władzy ten ruch zostaje zahamowany, a Kołłontaj wyjeżdża za granicę – w zaszczytnej roli, jako pierwsza na świecie kobieta ambasadorka, no ale jednocześnie traci wpływ na sprawy w kraju.  

Aleksandra Kołłontaj, pierwsza w świecie kobieta pełniąca funkcję ministra i ambasadora, obok uczestnik rewolucji bolszewickiek Pawieł Dybienko / Fot. Wikimedia Commons/domena publicznaAleksandra Kołłontaj, pierwsza w świecie kobieta pełniąca funkcję ministra i ambasadora, obok uczestnik rewolucji bolszewickiek Pawieł Dybienko / Fot. Wikimedia Commons/domena publiczna Aleksandra Kołłontaj, pierwsza w świecie kobieta pełniąca funkcję ministra i ambasadora, obok uczestnik rewolucji bolszewickiek Pawieł Dybienko / Fot. Wikimedia Commons/domena publiczna

D.K.: Z kolei sufrażystki z jednej strony mówiły o potrzebie abstynencji i czystości seksualnej, a z drugiej strony niektóre domagały się wolności w sferze seksualnej. Wielkie spory wokół moralnego prowadzenia, prostytucji i czystości były przede wszystkim zmartwieniem inteligentek i mieszczanek. Tymczasem robotnice i służące prowadziły się znacznie swobodniej, nie przywiązując aż takiej wagi do mieszczańskiego gorsetu nakazów i zakazów. Tylko że one były niewidoczne w dyskursie o „prawdziwej” naturze kobiety, która miała być moralna, czysta, poświęcająca się, grzeczna.  

Nieprzeklinająca. 

D.K.: Cicha. Ale warto pamiętać, że bardzo często kobiety z klas ludowych buntowały się, wykorzystując w tym celu patriarchalny porządek. Oficjalnie posłuszne mężom czy ojcom, nie odzywały się pierwsze, zawsze idąc pół metra za nimi, ale robiły swoje. To „swojectwo” w działaniu, kobieca samo-wola też jest formą rewolucji, rodzajem sekretnego kobiecego języka.  

Bunty i rewolucje kobiet to wcale nie są epizody? 

D.K.: Tu trzeba rozróżnić dwie rzeczy: bunt w stylu „męskim”, czyli z bombą w ręku; i wpisane w ramy kobiecej aktywności działania będące przejawem ich sprawczości. Niekoniecznie w tym „dzierganiu rewolucji” jest przemoc, ale jest to, co najważniejsze: kobiety podejmują własne decyzje i mają własne pomysły. Są po prostu sprawcze.   

Rewolucja to nie jest tylko kwestia pójścia na ulice. W jakimś sensie dzisiejsze protesty czerpią z wcześniejszych akcji. Dzisiaj dziewczyny wychodzą na ulice miast i miasteczek, traktując tę formę protestu jako oczywistą i normalną. Takie podejście zawdzięczają manifom, które od lat dają jasny przekaz: ulice są nie tylko dla mężczyzn.  

A.D.: Istnieją rewolucje i istnieje codzienny opór. Często słabo widoczny, trudno uchwytny w źródłach, ale ważny. Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że mój prywatny codzienny opór, opór mojej koleżanki, dwóch, trzech koleżanek to jest to samo. I gdy wychodzimy na ulicę, to się nagle orientujemy, że to, co mnie boli, boli też całą masę innych kobiet. Zaczynamy się liczyć i widzimy, że jest nas dużo. Ze wspólnym problemem. Zaczynamy też coraz lepiej rozumieć potrzebę solidarności z innymi grupami, które patriarchat rozjeżdża, przede wszystkim z osobami LGBTQ+, ale nie tylko.   

Strajk Kobiet w Łodzi, w sobotę 7 listopadaStrajk Kobiet w Łodzi, w sobotę 7 listopada Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Teraz kobiety wyszły na ulicę w bardzo konkretnej sprawie – aborcji. Ale jest wobec nich oczekiwanie, że obalą cały system. Takie oczekiwanie jest w porządku? 

D.K.: Te kobiety są także obywatelkami. Prawa reprodukcyjne są częścią praw politycznych, nie należy tego wyrywać z szerszego kontekstu.  

Inna sprawa, że co jakiś czas pojawiają się głosy nadziei, że może młodzież, może kobiety przyniosą zmianę. Moim zdaniem to przyznanie się do porażki i niemocy ze strony starszego pokolenia, do którego sama należę. Nowością jest nie tylko protest młodego pokolenia, ale także rosnąca z każdą falą liczba mężczyzn przyłączających się do „buntu kobiet” w imię kształtowania się nowego wzorca mężczyzny.  

Co się teraz dzieje w Polsce?  

D.K.: Kobiety w Polsce w takiej liczbie po raz pierwszy wyszły na ulice w 2016 roku. I to kobiety młode, atrakcyjne, obecne w mediach społecznościowych. Okazuje się, że dziewczyny zredukowane do słodkich dzióbków na Instagramie mają poglądy polityczne, czują gniew i potrzebę sprzeciwu. I dają temu wyraz.   

A kiedy władza stosuje przemoc wobec kobiet, kiedy traktuje je – dosłownie i w przenośni - z buta - prędzej czy później dostaje po łapkach. 

A.D.: Poczułyśmy swoją siłę. Zobaczyłyśmy, ile w nas jest gniewu. I to jest samo w sobie zmianą.

Anna Dzierzgowska. Nauczycielka historii, działaczka feministyczna, tłumaczka. 

Dobrochna Kałwa. Historyczka, adiunkt na Wydziale Historii UW. Autorka i współautorka książek historycznych. 

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do nagrody Grand Press.