"Wszyscy muszą przemyśleć swoje wydatki. I pracownicy, i pracodawcy"

Podejmując nową pracę, nie zastanawiałbym się, czy ona mnie cieszy, daje satysfakcję i rozwija, ale czy mam dzięki niej na życie. Nie wybrzydzamy, zarabiamy - mówi profesor SGH dr hab. Tomasz Rostkowski, kierownik Zakładu Zarządzania Kapitałem Ludzkim.

W kwietniu w Polsce zatrudnienie spadło o 150 tys. To dane Głównego Urzędu Statystycznego. Co oznaczają dla ludzi, którzy jeszcze pracę mają? Do niedawna wielu z nas żyło w poczuciu, że to nie my szukamy pracy, ale ona nas. Teraz dostajemy wypowiedzenie mailem.

Pamiętam, że kiedy kilka lat temu na Ukrainie wybuchła z dnia na dzień wojna, moi studenci zamarli. Nie mogli pojąć, że wojna może toczyć się we współczesnej Europie. Na tej zasadzie wiele osób uważało, że zjawisko "nie ma pracy" w XXI wieku w Europie to sytuacja niemożliwa.

Nikt nie zwalnia pracowników dla przyjemności, tylko dlatego, że nie ma innego wyjścia. Biznesy padają albo próbują się przed upadkiem ratować. Wydawało nam się, że nasz pracodawca ma się świetnie, bo jeździ drogim samochodem i ma luksusowe gadżety. A tu okazuje się, że samochód był w leasingu, a gadżety na kredyt. Kończy się ciągłość finansowa firm i po sprawie.

Są branże, w których firmy padają, ale są i branże, które rosną. Czy nie ma ryzyka, że te na fali wznoszącej będą korzystały z sytuacji na rynku i także ograniczały wydatki na pracowników?

Pracodawcy mający szczęście pracować na rynkach, dla których koronawirus nie jest zagrożeniem, zapewne będą zwiększać zatrudnienie. Tym razem mają łatwiejsze zadanie, bo więcej osób jest gotowych podjąć pracę. Jeszcze kilka miesięcy temu zdarzało się, że pracownik miał podpisaną umowę i nie stawiał się w pierwszym dniu pracy, bo dostał lepszą propozycję. To już świadczyło o rozpasaniu. Ale z drugiej strony - wcześniej bywało, że pracownicy przychodzili do nowej pracy, a pracodawca przez tydzień nie miał czasu ich wdrożyć. W ten sposób traktowani ludzie rezygnowali. Pracodawcy zobaczyli, że muszą zmienić swoje postawy.

Każda zmiana jest okazją do tego, by raz jeszcze przemyśleć swój biznes. Zatem nawet ci pracodawcy, którzy nie będą zmuszeni do cięć niepotrzebnych kosztów, powinni szansę wykorzystać. Zbędnych wydatków zawsze należy unikać, a trudne czasy dostarczają jedynie dodatkowych motywacji.

Namawia pan pracodawców, żeby cięli wydatki na ludzi, nawet jeśli nie muszą?

Pracodawcy nie różnią się w swoich decyzjach od wszystkich pozostałych osób. Sytuacja kryzysowa rodzi niepokój. To z kolei wymusza ostrożność. Pracownicy rezygnują z wydatków, które nie są konieczne. To samo robią pracodawcy. Sytuacja, jaką mieliśmy do niedawna, była bardzo komfortowa - co sprzyjało podejmowaniu kosztownych, ale nie w pełni uzasadnionych decyzji zarówno w biznesie, jak i w życiu prywatnym. Ja zatem sugeruję, aby nie tyle pracodawcy, ile wszyscy przemyśleli swoje wydatki i zastanowili się, co jest konieczne, a z czego należy zrezygnować.

.. Fot. Shutterstock

A co z młodymi, którzy wchodzą albo zaraz wejdą na rynek pracy i zderzą się z obecną sytuacją?

Pracuję w Szkole Głównej Handlowej, o przyszłość na rynku pracy moich studentów nie boję się wcale – są to ludzie, którzy potrafią się błyskawicznie odnaleźć w każdej sytuacji i od razu szukają sposobów, żeby odnieść dodatkowe korzyści.

Ludzie, które dopiero wchodzą na rynek pracy, często narzekają na to, że pracodawcy nie chcą ich zatrudniać, bo są młodzi i nie mają doświadczenia. Sytuacja nagłych zmian powoduje, że doświadczenie nie jest już tak cenne, wiele rzeczy się zmieniło i dotychczasowe nawyki wręcz mogą być przeszkodą.

Podobnie jest z firmami. Młodych firm nie było stać na wynajęcie powierzchni biurowych, tworzący je ludzie musieli pracować zdalnie. Dlatego kiedy zaczęła się pandemia, nie zużywali czasu na to, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A duże firmy musiały w krótkim czasie uczyć się nowych sposobów pracy.

Dla wielu z nas dużo się zmieniło. Ja nie pracuję już z redakcji, tylko z domu, w dodatku mam pod opieką dzieci. Elastycznie dopasowałam się do nowej sytuacji: pracuję od 6 do 14.

Ja kończę pracę o trzeciej nad ranem, bo mam taką możliwość. Pracodawców bardzo ciężko było przekonać do idei home office, a pracownicy tego oczekiwali. Teraz, po kilku miesiącach pracownicy, którzy muszą z dziećmi odrabiać lekcje w ciągu dnia, między swoimi aktywnościami, pewnie chętnie powitaliby możliwość pracy raz na jakiś czas z pustego biura. Wszystko w nadmiarze bywa kłopotliwe.

Część pracy musi być wykonana w firmie, ale ograniczenia zmuszą nas do zmniejszenia liczby ludzi znajdujących się w jednym miejscu i czasie. Niektóre firmy muszą przejść na zmianowy system pracy. Dzięki temu w dużych miastach rozluźnią się korki, bo nie wszyscy pojadą do pracy w tym samym kierunku o tej samej porze. Czas dojazdu się skróci. A jadąc do pracy na przykład na 11, będziemy poruszać się pustymi autobusami.

.. Fot. Adam Stępień/Agencja Gazeta

Świat nie będzie już taki sam – wrócimy kiedyś do normalności, ale ona będzie nową normalnością. Jak prowadzić e-learning, wiedzieliśmy już w 1997 roku, podobnie systemy do telekonferencji od 20 lat czekały na chętnych do korzystania z nich. Nowością jest fakt, że w 2020 roku staje się to standardem. Trzeba się na bieżąco dostosowywać, bo świat nie będzie wyglądał tak, jak kilka miesięcy temu. Ta konieczność elastyczności jest obustronna – pracodawca i pracownik jej potrzebują.

Dostrzega pan niebezpieczeństwa nowej normalności?

Pewnie. Wszystko zależy od tego, jak szybko się otrzepiemy z nokautu, który całej gospodarce zafundował wirus. Bo może to być kryzys w kształcie litery U, czyli pada wszystko, przyzwyczajamy się do tej sytuacji, a potem długo z niej wychodzimy, lub w kształcie litery V - spadamy gwałtownie, ale szybko się odbijamy.

Mamy teraz coś w rodzaju wojny. I pytanie: czy zniszczymy cały kraj i będziemy go powoli latami odbudowywać, czy doprowadzimy do sytuacji, w której akceptujemy zniszczenia i budujemy coś nowego, bez nawiązania do starego. Wiele więc zależy od indywidualnych decyzji ludzi, które złożą się na nową całość.

Ważne, żeby nowa normalność była pozbawiona wad starej. Mój ulubiony przykład to korki. Są efektem nawyku, że szkoła i praca muszą zaczynać się od 8 lub 9. Drugi przykład – urzędy działające do 16. Dla kogo one są? Dla emerytów? Dla bezrobotnych? Ja widzę w nowej sytuacji szansę na szybsze zmiany.

O zmianach w mojej branży mówiło się długo, a i tak mam wrażenie, że dla niektórych są zaskoczeniem. Ktoś był dziennikarzem piszącym o technologiach w drukowanym miesięczniku. I ten miesięcznik właśnie został zamknięty.

Takie osoby mogą obarczyć winą ekonomistów i przelać na nich złość – w tym na mnie. To moja wina, że nie byłem wystarczająco przekonujący i nie dałem rady uświadomić im, że początek końca drukowanych gazet mieliśmy 20 lat temu.

O autonomicznych sklepach też wiemy już od dawna, o świecie bez kasjerów także – od końca zeszłego wieku. Już wtedy mieliśmy technologie, które pozwalały na usunięcie stanowisk pracy 90 procent kasjerów. To też powinno dać do myślenia.

Ale ja się nie dziwię, że koleżanki nie słuchały ekonomistów. Trzymając się przykładu druku i Internetu – w redakcjach analogowych do końca pensje były nawet dwa razy wyższe w porównaniu do tych z mediów cyfrowych.

Z perspektywy czasu nie ma jednak czego zazdrościć – no, chyba że wysokich kredytów dopasowanych do tych pensji.

Teraz jest dobry moment, żeby zastanowić się, czy nie żyjemy przyzwyczajeniami. Bo może wcale nie musimy aż tyle pracować ani zarabiać tyle, ile musieliśmy, mając małe dzieci i kredyt. Może mamy 55 lat i wystarczy nam na nasze potrzeby niższa pensja? Może nie musimy mieszkać w domu, z którego wyprowadziły się dzieci, a którego utrzymanie jest teraz zbyt drogie?

55-latkom może nie być łatwo zacząć wykonywać zupełnie inną pracę niż do tej pory.

Ludzie, którzy się długo nie uczyli, bardzo się boją, że się czegoś nie nauczą. Mam takie doświadczenia na przykład z paniami księgowymi, którym przedstawialiśmy nowy system do pracy. Mówiły, że się go nie nauczą i podawały wszystkie możliwe argumenty. A później się okazywało, że - postawione pod ścianą - po miesiącu doskonale sobie radziły. Nic nie potwierdza tezy, że przychodzi taki czas, że człowiek już nie przyswaja. Mamy na uczelni uniwersytet trzeciego wieku, w którym 80-letnie pary robią w Excelu tabelki budżetu domowego i wykresy kołowe.

Przymus bardzo przyspiesza naukę. Największy kłopot widzę w odpowiedzi na pytanie: czego się uczyć? – niestety, takiej uniwersalnej rady nie mam.

.. Fot. Shutterstock

A może ma pan odpowiedź na pytanie, co robić, kiedy właśnie się dostało wypowiedzenie?

Trzeba zrobić wszystko, żeby pieniądze się nie skończyły lub kończyły się jak najwolniej. Tutaj kłania się piramida Maslowa i minimalizm – fakt, że naprawdę potrzebujemy o wiele mniej rzeczy, niż nam się wydaje. To nie tylko pomaga pozbyć się problemów na przyszłość, ale także działa uspokajająco – nagle się okazuje, że te naprawdę konieczne wydatki stanowią jedynie część kwoty, którą co miesiąc wydawaliśmy.

Ludzie w złej sytuacji finansowej powinni zacząć od zabezpieczenia sobie możliwości przetrwania: co spośród rzeczy, które wydawały mi się niezbędne, rzeczywiście jest niezbędne. Jeśli bankructwo jest nieuniknione, to trzeba się z nim pogodzić. Bo udawanie, że jest inaczej, uruchamia spiralę zadłużenia.

Część z nas ma, niestety, poczucie, że zarabiamy zbyt mało  – niezależnie od tego, czy jest to dwa, czy 20 tysięcy złotych – bo nasze potrzeby doskonale dopasowują się do rosnących zarobków. Ludzie będą teraz wydawali pieniądze na rzeczy, których naprawdę potrzebują, a nie te, które są zachcianką.

A znalezienie nowej pracy?

Pamiętać należy, że do niedawna poziom bezrobocia był bardzo niski, a bez pracowników z zagranicy trudno było funkcjonować. Dziś prawdziwym wyzwaniem będzie nie tyle znalezienie jakiejkolwiek pracy, co takiej, która jest możliwie najbliższa temu, co chcemy robić. Z tej perspektywy należy ocenić, że nawet jeśli sytuacja dla pracowników się znacząco pogorszy, to nie mówimy o tragedii, tylko o pogorszeniu.

Podejmując nową pracę, nie zastanawiałbym się, czy ona mnie cieszy, daje satysfakcję i rozwija, ale czy mam dzięki niej na życie. Nie wybrzydzamy, zarabiamy. To będzie bardzo trudne dla osób, które nie miały nigdy problemów finansowych, nie doświadczyły bycia zwolnionym.

Równolegle zastanawiamy się nad sobą – wracamy do tego, co chcielibyśmy robić, gdzie chcemy pracować – bo może poprzednia praca była „wypadkową przypadków”. Być może nasz nowy cel będzie do osiągnięcia w kilka lat, a jak się zepniemy, to i w rok.

Wyjdźmy nie od tego, co my lubimy i czego chcemy, tylko w czym jesteśmy dobrzy, czego chce i potrzebuje od nas świat.

.. Fot. Shutterstock

Trafiłam niedawno na opinię, że będzie nam podwójnie trudno znaleźć teraz pracę. Bo za granicą też będzie bezrobocie. Zniknie alternatywa.

Albo się pojawi! Nie ma powodu, żeby pracować w Londynie i tam mieszkać, lepiej pracować dla Londynu i żyć w Polsce.

Polscy pracownicy dużych korporacji martwią się o swoją pracę, ale równocześnie pracownicy dużych korporacji w innych większych metropoliach świata martwią się o nią dużo bardziej. Polska jest światowym liderem profesjonalnych usług biznesowych. Jako niemiecki, brytyjski lub francuski mordorczyk bałbym się bardziej, dlatego że oni w swoich zespołach liczących 40 osób zarabiali po kilka tysięcy euro każdy. Okazuje się, że ich pracę może zdalnie wykonać lepiej ośmiu Polaków za mniejsze pieniądze.

Polacy stanowią wielkie zagrożenie dla świata zachodniego i dobrze by było, żeby ono się maksymalnie zrealizowało. Bo wyspecjalizowaliśmy się w profesjonalnych usługach – księgowości, łańcuchu dostaw, audycie, obsłudze kadrowej pracowników itd. Są banki w Polsce, które w ogóle nie prowadzą u nas usług bankowych, a zatrudniają tysiące ludzi – świadczą je na potrzeby amerykańskich czy brytyjskich klientów. Te usługi zostały przeniesione do nas na skalę masową, dając pracę kilkuset tysiącom osób.

Firmy będą poszukiwały alternatywy dla różnych patologii akceptowanych do tej pory na Zachodzie: tego, że usługi tam nie są na najwyższym poziomie, na dodatek są drogie i czasochłonne. Najodważniejsze firmy szukały rozwiązań i znajdowały je w Krakowie i Warszawie, a potem na przykład w Łodzi i wielu innych polskich miastach. Kolejne mogą znaleźć pracowników w Radomiu czy Piotrkowie Trybunalskim. Jeśli więc pani Iksińska straci pracę w księgowości firmy Iks, która zbankrutowała, to może warto, żeby zaczęła pracować dla globalnej firmy Y, której oddziały znajdują się wszędzie na świecie.

.. Fot. Shutterstock

Zaletą Polski jest też świetne położenie geograficzne, które pozwala nam pracować i dla Wschodu, i Zachodu – przesunięcie czasowe sprawia, że ranne ptaszki i nocne marki odnajdą się w pracy dla dwóch krańców świata.

Łatwo być czarnowidzem, bo rzeczywiście, w krótkim czasie nic dobrego się pewnie nie wydarzy. Ale globalnie firmy będą poszukiwały oszczędności, a im szybciej się zorientują, że ich źródłem są Polacy, tym dla Polski i Polaków, ale też dla tych firm, lepiej.

Ale na razie coraz więcej osób wśród znajomych dostaje wypowiedzenia...

Mamy na wadze dwie szale. Sytuacja jest trudna, boimy się, a każdy, kto twierdzi, że nie ma obaw, myli się. Z drugiej strony - musimy podjąć działania, bo nic się samo nie wydarzy, sporo zależy od nas. Potraktujmy to jako szansę, na którą wielu ekonomistów zresztą czeka, bo może być sposobem na wyjście z pułapki średniego rozwoju, mechanizmem napędowym. Przecież wszyscy mają źle, nie tylko my. A inni będą mieli więcej problemów gospodarczych i na większą skalę – spójrzmy na wykresy w USA. Z im wyższego konia się spada, tym bardziej bolesny jest upadek. Odległość między Polakami a ziemią nie jest duża.

Sytuacja jest nowa i budzi obawy. Na razie widać, że pracownicy w Polsce błyskawicznie przestawili się na nowe tory. Firmy, które nigdy nie używały pracy zdalnej, teraz zaczęły ją wykorzystywać. Zmiany zajdą i będą duże, a Polacy doskonale radzą sobie w sytuacjach kryzysowych. Jest to dla nas szansa.

Zamiast więc obawiać się zmian, przyspieszmy je. Zamiast się cieszyć, że nam się udało, zmieniajmy się dalej. Tylko tak można zostać liderem – prymusem wśród gospodarek świata w czasie pandemii. Kryzys jest okazją do nieoczekiwanych zwycięstw. Dzięki temu szybciej odnajdziemy nową normalność. Od nas zależy, czy będzie ona lepsza od starej.

Zobacz wideo Jak duży będzie deficyt budżetowy?

Dr hab.Tomasz Rostkowski. Profesor Szkoły Głównej Handlowej, kierownik Zakładu Zarządzania Kapitałem Ludzkim. Bada m.in. modernizację kluczowych dla obywateli systemów państwa: edukacji, ochrony zdrowia, instytucji rynku pracy, wymiaru sprawiedliwości.  Autor kilkuset raportów z badań, rekomendacji wdrożeniowych na rzecz doskonalenia działania organizacji komercyjnych i publicznych.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda, a od niedawna kierowcy F1 Daniela Ricciardo.

Więcej o: