Markiewka: Gdzie demokracja ma się najlepiej? Tam, gdzie podatki wyższe, a związki zawodowe silniejsze

Nieuchronny i rychły upadek "przesocjalizowanej Szwecji" został ogłoszony już w 1977 roku przez Friedricha Hayeka, guru fundamentalistów rynkowych. I co? Szwecja upada, upada i do dzisiaj upaść nie może.
Jesteś w dziale opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

„The Economist” od lat publikuje „ranking demokracji”. Jest to lista krajów uszeregowanych pod względem tego, jak dobrze funkcjonują w nich reguły demokratyczne.  Gdy pojawiły się  ostatnie wyniki, w polskich mediach dużo mówiono o tym, że za rządów PiS wypadliśmy poza pierwszą pięćdziesiątkę. Warto jednak spojrzeć także na te kraje, które plasują się na czele listy, i spróbować wyciągnąć z tego wnioski.

Jak państwo myślą, jak wygląda polityka gospodarcza krajów wypadających najlepiej w „rankingu demokracji”? Gdybyśmy wierzyli polskim fundamentalistom rynkowym, powinna być ona zaprzeczeniem lewicowych rozwiązań. Publicyści w rodzaju Witolda Gadomskiego czy Janusza Majcherka niestrudzenie przekonują, że „socjalistyczna polityka” jest równie groźna jak machinacje przy sądach bądź ordynacji wyborczej. Wszystko, co zbyt socjalne – wysokie podatki, silne związki zawodowe, rozbudowana pomoc społeczna – automatycznie kojarzy im się z PRL, marksizmem bądź współczesną Wenezuelą. Innymi słowy, z dyktaturą i zamachem na wolność. Właśnie z tego powodu powtarzają często, że „Razem i PiS w jednym stoją domku”, albo proponują zbitki słowne w rodzaju „prawo-lewica”.

Wysokie podatki służą demokracji?

Wyniki wskaźnika demokracji nie potwierdzają jednak tych obaw. W pierwszej piątce znajdują się cztery państwa europejskie: Norwegia (1. miejsce), Islandia (2.), Szwecja (3.) i Dania (5.). Wszystkie one stosują rozwiązania, które wywołałyby trwogę u naszych fundamentalistów rynkowych. Przykładowo, najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wynosi w nich odpowiednio (w zaokrągleniu): 48 proc., 46 proc., 57 proc. i 52 proc. O wiele więcej niż w Polsce, gdzie najwyższy próg to 32 proc.

Dodatkowo w każdym z tych państw bardzo sprawnie działają związki zawodowe. Poziom uzwiązkowienia pracowników wynosi w nich od mniej więcej 90 proc. (Islandia) do 50 proc. (Norwegia). Obywatele tych państw nie mogą również narzekać na pomoc socjalną, a ich rządy nie wahają się w razie potrzeby interweniować w działanie gospodarki. Wiedzą państwo, jak Islandia poradziła sobie z kryzysem finansowym? Znacjonalizowała trzy największe banki. Rozwiązanie jakby wzięte z koszmarów sennych fundamentalistów rynkowych, ale jak widać, nie przeszkodziło w zbudowaniu sprawnie działającej demokracji.

Oczywiście, można przywołać tutaj znany zarzut: współwystępowanie to nie to samo co ciąg przyczynowo-skutkowy. Innymi słowy, to, że w jakimś kraju są wysokie podatki i dobrze działająca demokracja, nie dowodzi jeszcze, że jedno wynika z drugiego. Tym bardziej że dałoby się znaleźć w pierwszej dwudziestce listy publikowanej przez „The Economist” kilka krajów z niższymi podatkami i mniejszym poziomem uzwiązkowienia, a równie dobrą demokracją.

To prawda. Są jednak dwa „ale”. Po pierwsze, choć przytoczone dane nie potwierdzają jeszcze nierozerwalnego związku między polityką socjalną a demokracją, to zaprzeczają mocnym tezom fundamentalistów rynkowych, że istnieje sprzeczność między jednym i drugim. Że nadmiernie lewicowe rozwiązania szkodzą naszej wolności, naszemu dobrobytowi, naszej demokracji. Jak widać na przykładzie Norwegii, Islandii, Szwecji i Danii – nie szkodzą. Po drugie, w ciągu ostatnich lat powstało sporo publikacji i raportów pokazujących, dlaczego mamy podstawy sądzić, że to jednak nie jest przypadek, że cztery europejskie kraje z najlepszym wskaźnikiem demokracji wyglądają tak, a nie inaczej.

Nierówności są pożywką dla populistów

Słowem kluczem są „nierówności”. Jeszcze 10 czy 15 lat temu można było uznać to za temat lewicy. Dzisiaj o nierównościach społecznych jako jednym z największych współczesnych wyzwań mówią wszyscy poważni ekonomiści, badacze społeczni czy dziennikarze zajmujący się gospodarką. Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy – przez lata uznawany za ostoję fundamentalizmu rynkowego – przyznał, że nierówności są problemem. Richard Wilkinson i Kate Pickett, posługując się setkami danych, pokazali w książce „Duch równości”, że powiększająca się przepaść między bogatymi i całą resztą obywateli wpływa destrukcyjnie na społeczeństwo. Osłabia zaufanie, utrudnia awans społeczny, zwiększa stres. Wszystko to nie sprzyja budowaniu stabilnej demokracji. Przeciwnie, sprawia, że staje się ona podatna na działania prawicowych demagogów. Do podobnych wniosków doszedł między innymi Joseph Stiglitz, zdobywca ekonomicznego odpowiednika Nagrody Nobla, autor słynnej „Ceny nierówności”. Od lat ostrzegał przed rosnącymi nierównościami i ich destrukcyjnym wpływem na demokrację. Amerykanie nie posłuchali i doczekali się Trumpa. 

Niedawno ukazały się wyniki badań Pawła Bukowskiego oraz Filipa Novokmeta, z których wynika, że nierówności dochodowe w Polsce są o wiele większe, niż sądziliśmy do tej pory. Wcześniejsze dane powstały na podstawie ankiet, teraz sprawdzono również dane podatkowe, co jest wiarygodniejszą metodą. Okazuje się, że 1 proc. najlepiej zarabiających przechwytuje około 14 proc. całego dochodu wypracowanego w naszej gospodarce. Dla przykładu, w Szwecji do 1 proc. trafia niecałe 8 proc. dochodu. Znaleźliśmy się na poziomie Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o nierówności społeczne. Kraju, który wraz z USA jest często podawany jako negatywny przykład wysoce nierównego społeczeństwa. Innymi słowy, nie powinniśmy się łudzić, że problem nadmiernego rozwarstwienia nas nie dotyczy.

Wysokie podatki progresywne z reguły osłabiają trend polegający na tym, że większość owoców wzrostu PKB trafia do najbogatszych. O tym, że nasz obecny system podatkowy nie spełnia tego zadania, ostrzegał między innymi Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego zajmujący się zawodowo nierównościami. „Podatki bezpośrednie od dochodów osobistych są mało progresywne i redukują nierówności w niewielkim stopniu” – pisał w raporcie na ten temat. Zwiększenie najwyższego progu podatkowego jest jednym ze sposobów, aby to zmienić.

Podobnie jest z silnymi i mądrze zarządzanymi związkami zawodowymi, które są w stanie wywalczyć lepsze warunki płacowe dla pracowników. Zdaniem autorów raportu McKinsey Global Institute realne dochody gospodarstw domowych w latach 2005-14 najlepiej miały się tam, gdzie najwięcej ludzi należało do związków zawodowych, np. w Szwecji. W Polsce to wszystko jest kwitowane sloganami z lat 90.: PRL, wspomaganie darmozjadów, zabijanie przedsiębiorczości. W Europie związki zawodowe to standard i sposób na budowę silnej demokracji, czego dowodzą przykłady Norwegii, Islandii, Szwecji czy Danii.

Polskie kompleksy

Nasze podejście do Europy jest naznaczone wieloma paradoksami. Z jednej strony ciągle nie czujemy się w pełni jej członkiem i mamy kompleksy wobec innych państw europejskich. Gdy w Polsce wydarzy się coś niepokojącego, nie trzeba długo czekać, aż ktoś rzuci frazę „Cała Europa – ewentualnie: cały świat – się z nas śmieje”. Często boimy się też, że Europa nam ucieknie. Jednocześnie jednak z uporem lekceważymy doświadczenia innych krajów europejskich, szczególnie tych, którym powodzi się w miarę dobrze. Nie chcemy wyciągnąć wniosku z tego, że podatki są tam wyższe, związki zawodowe silniejsze, a nierówności traktuje się jako poważny problem. A nawet jeśli od czasu do czasu to dostrzegamy, to włączamy dwie reakcje obronne. Albo wieszczymy, że Europa już dłużej nie pociągnie na rozbudowanym socjalu i z tak wysokimi podatkami, albo mówimy, że to, co się udało tam, u nas nie ma szans się powieść.

Co do pierwszego argumentu, to jest on znany od dawna. Nieuchronny i rychły upadek „przesocjalizowanej Szwecji” został ogłoszony już w 1977 roku przez Friedricha Hayeka, guru fundamentalistów rynkowych. I co? Szwecja upada, upada i do dzisiaj upaść nie może. Jeśli zaś chodzi o argument, że rozwiązania z tych krajów są nie dla nas, to przejawia on objawy czegoś, co Piotr Stankiewicz w książce „21 polskich grzechów głównych” nazywa „autorasizmem”. Chodzi o skłonność do samoponiżania i twierdzenia, że jesteśmy gorsi od innych.

Otóż nie. Kiedy wyjeżdżamy na Zachód, okazuje się, ze potrafimy być równie wydajni jak tamtejsi pracownicy. Nie musimy czekać ani na wielką przemianę duchową całego narodu, ani na wolnorynkowe bóstwa, które wyszeptają nam do ucha: „Oto nadszedł właściwy moment”. Potrzebujemy mądrze urządzonego społeczeństwa, które stwarza optymalne warunki dla dobrobytu i demokracji. Tak było w innych krajach, które dokonały postępu. Inicjatywa polityczna – rządu, pracowników, związków zawodowych – sprawiła, że udało im się wypracować w miarę sensowne rozwiązania. Tylko tyle i aż tyle.

To niepokojące, jak łatwo przychodzi nam zbywanie poważnej dyskusji o podatkach, nierównościach czy związkach zawodowych za pomocą sloganów w rodzaju: „Socjalizm już testowaliśmy, he, he” albo „Chcecie mieć drugą Wenezuelę?”. Zacznijmy się rozglądać wokół siebie. Patrzmy, które kraje i dlaczego radzą sobie najlepiej. Przestańmy w nieskończoność wracać pamięcią do PRL. Minęło już 30 lat. Pora dojrzeć. „Więcej podatków progresywnych i związków zawodowych” to nie jest tak efektowne hasło jak „Precz z Kaczorem-Dyktatorem”, ale na dłuższą metę dające większą nadzieję na budowę sprawnej demokracji.

Tomasz Markiewka – filozof, autor książki „Język neoliberalizmu”, felietonista „Nowego Obywatela”, członek Partii Razem