"Zmusza ktoś ludzi, żeby siedzieli w małych miastach?". Czytelnicy krytykują, Fejfer odpowiada

Kamil Fejfer
W codziennym życiu przeceniamy indywidualne zasługi, a nie doceniamy całego splotu okoliczności, które miały udział w czyimś sukcesie.

Pod moim artykułem odnoszącym się do facebookowego wpisu Elizy Michalik rozgorzała dyskusja. Oto kilka komentarzy, na które postanowiłem odpowiedzieć.

Pisze estrim: Co do pytania, czy Eliza Michalik pracowałaby za płacę oferowaną na lokalnych rynkach pracy: zapewne nie. Dlaczego miałaby pracować poniżej własnych kwalifikacji i możliwości? Zapewne przeniosłaby się w miejsce, gdzie zostałaby odpowiednio wyceniona (a jeśli nie byłoby jej stać, to wtedy może i by popracowała na tyle, żeby odłożyć na bilet i utrzymanie się przez 2-3 miesiące w nowym miejscu). Zmusza ktoś tych wszystkich ludzi, żeby siedzieli na wsi czy w małych miastach? Zdaję sobie sprawę, że np. nie ma pracy dla takiego automatyka w małym miasteczku. Musi tam mieszkać? Czy może ważniejszy będzie święty argument "ale ja tak chcę i już" + tupnięcie nogą?

Ludzie - jakby na złość - nie chcą wpasować się w wizję proponowaną przez wolnorynkowych populistów i wciąż mieszkają w małych miasteczkach, wciąż pracują za niewielkie pieniądze. Dlaczego nie zaoszczędzą na dwa miesiące życia w innym mieście i się tam nie przeniosą, żeby szukać lepszej pracy, jak radzi estrim?

Po pierwsze dlatego, że odkładanie z niewielkiej pensji jest bardzo kłopotliwe. Nie chodzi tylko o to, że wiąże się z wieloletnim (ile miesięcznie można odłożyć zarabiając 2200 zł?) zaciskaniem pasa i pozbawianiem się małych przyjemności, które powodują, że życie jest znośne.

Po drugie życie osób mniej zamożnych to życie w ciągłej niepewności – kiepski komputer częściej się psuje, kiepska lodówka również, kiepskie warunki pracy powodują gorsze zdrowie, a leki kosztują, kiepski samochód szybciej się sypie. Na tym wszystkim trzeba by oszczędzać w imię niepewnej inwestycji, bo przecież wyjazd do innego miejsca, choć zwiększa prawdopodobieństwo wyższych zarobków, to niczego nie gwarantuje.

Oszczędzanie z niewielkich pensji wymaga ogromnego wysiłku woli i dyscypliny w czymś, co psychologowie nazywają odraczaniem gratyfikacji. Klasyczny eksperyment - zwany testem marshmallow - przeprowadził psycholog społeczny Walter Mischel. Badał on cierpliwość dzieci, które przebywając w pokoju badawczym mogły zjeść jedną piankę marshmallow od razu lub zjeść ją chwilę później i dostać w nagrodę za cierpliwość jeszcze jeden frykas. Mischel badał też dalsze losy uczestników eksperymentu. Dzieciaki, które były bardziej cierpliwe, w dorosłym życiu tworzyły trwalsze związki, miały niższy wskaźnik masy ciała, lepiej radziły sobie ze stresem. Mischel zauważył jednak, że dzieci z biedniejszych środowisk gorzej radziły sobie z odraczaniem gratyfikacji. Dlaczego? Bo są bardziej popędliwe? Nie, interpretacja psychologa była następująca: dzieci z biednych środowisk były przyzwyczajone do zmienności warunków. Jeżeli nie brały czegoś natychmiast, to w niedalekiej przyszłości szansa mogła zniknąć, ktoś mógł je oszukać albo pieniądze, wrzucone do przez rodziców do świnki, mogły być potrzebne do zapłacenie rachunku za prąd. Odraczanie gratyfikacji jest łatwiejsze w pewnym środowisku. A takim środowiskiem jest względna zamożność.

Ale to tylko jeden z setek mechanizmów, które wpływają na to, dlaczego część ludzi tkwi na swoich pozycjach ekonomicznych. Innym może być choćby klasyczna asymetria informacji na rynku. Jeśli jest się już zamożnym to mniej więcej wie się, jakie inwestycje (na które trzeba mieć zasoby) przynoszą wysoki zwrot i w co warto wkładać energię i pracę. Jeżeli jest się osobą biedniejszą, to po prostu takich informacji się nie ma, a znalezienie ich nie jest proste. Dlatego osoby biedniejsze częściej marnują pieniądze na hochsztaplerów – coachów, którzy wmawiają im, że do osiągnięcia sukcesu potrzebne jest "opuszczenie strefy komfortu". Asymetria informacji powoduje również, że osoby, nawet dobrze wykształcone, pracują za mniej niż mogłyby, ponieważ nie wiedzą, ile tak naprawdę warta jest ich praca. Sprzyja temu niejawność zarobków.

Pisze turbo51: Te nieszczęsne 500 plus powinno być powiązane ze świadczeniem pracy (wtedy by nie było kiełbasą wyborczą)

Praca już jest powiązana z systemem pieniężnym. Nazywa się to „wypłata”. Powiązanie 500 plus ze świadczeniem pracy byłoby po prostu subsydiowaniem pracodawców. Dlaczego? Bo mogłoby skutkować obniżeniem lub stagnacją pensji w niskich segmentach rynku pracy, ponieważ pracodawcy preferowaliby osoby, które dostają 500 plus i mogą pracować za niższe stawki. Jeżeli ktoś dostawałby świadczenie i otrzymywałby pensje np. 1800 zł na rękę, to jego realny dochód z pracy i świadczenia wynosiłby 2300. Z punktu widzenia pracodawcy byłby lepszym (bo tańszym) pracownikiem, niż taki, który chciałby zarabiać 2300 zł na rękę. Pracodawca dla osób domagających się podwyżek mógłby powiedzieć „mam dziesięciu z 500 plus na Twoje miejsce”. Dzisiaj – przy niewystarczającej kontroli standardów pracy – taką funkcję spełniają Ukraińcy.

Jeżeli związalibyśmy program 500 plus ze świadczeniem pracy, to co z osobami, które pracę by straciły? Traciłyby przy okazji świadczenie? Pytanie też ile osób w rodzinie musiałoby pracować? Dwie, czy wystarczy jedna? A jeżeli dwie, to co z rodzinami wielodzietnymi (to one najbardziej skorzystały na programie), w których zazwyczaj jedna osoba nie pracuje, bo zajmuje się dziećmi?

Silne powiązanie świadczeń z pracą lub z dochodami – wbrew powszechnym intuicjom – wzmacnia pułapkę ubóstwa, a nie jej zapobiega. Dodatkowo bezmyślne związanie świadczeń z pracą może polepszać sytuację osób w lepszym położeniu kosztem tych biedniejszych.

Pisze grosz-ek: Prawie cały ten artykuł to bzdury. Szczególnie teza przewodnia. Z własnego doświadczenia: ojciec - wykształcenie zawodowe, pracownik GS, z silnymi tendencjami do alkoholu (jako to w PRL). Matka - wykształcenie średnie, technik wikliniarstwa, fanatycznie religijna, 6 dzieci. Wszystkie dzieci wchodzą dorosłość już w III RP. Z tej szóstki, pięcioro kończy studia. Dzisiaj, każde z nich już po 30-tce, zrobiło karierę w III RP. 2 informatyków, pilot LOT, geolog z międzynarodowym doświadczeniem w zakresie gazu łupkowego, audytor systemów jakości. Każde ma własne mieszkanie lub dom, samochód i wyjazdy na wczasy.

To świetny przykład przytoczonego przeze mnie we wcześniejszym tekście błędu poznawczego „istnieje tylko to, co widzisz”, opisanego przez psychologa-noblistę Daniela Kahnemana w książce „Pułapki myślenia”.

Autor komentarza jako dowód rozstrzygający w kwestii mobilności społecznej przywołuje własne doświadczenie. Takie podejście nazywa się dowodem anegdotycznym i zasadza się na wnioskowaniu o ogólnych prawidłowościach z jednostkowych obserwacji. I rzeczywiście jak najbardziej możliwe jest, że osoby wywodzące się ze zmarginalizowanych środowisk się przebiją i dojdą na sam szczyt. Ale prawidłowość jest następująca: w grupie dzieci osób biedniejszych istnieje większa podgrupa osób, które zostaną biedne, niż w grupie dzieci osób lepiej sytuowanych. To się nazywa nierówność szans i w zasadzie nikt nie neguje występowania takiego zjawiska. Może poza ludźmi dowodzącymi z anegdot.

Chyba się państwo zgodzą, że jeżeli istnieją osoby, które jeździły po Warszawie 200 km/h pod wpływem alkoholu i nie spowodowały wypadku, to nie oznacza, że jest to aktywność bezpieczna. Oczywiście teoretycznie możliwe jest jeżdżenie po dużym mieście z wielką prędkością i niespowodowanie wypadku. Jednak wśród osób, które jeżdżą jak szaleńcy jest większy odsetek takich, które spowodują wypadek, niż wśród normalnych użytkowników drogi.

Dane dla Polski: jeżeli Twoi rodzice byli menedżerami, to szansa na to, że zostaniesz pracownikiem fizycznym wynosi około 15 procent, a szansa na zostanie menedżerem wynosi około 50 procent. Jeżeli natomiast Twoi rodzice byli pracownikami fizycznymi, szansa że zostaniesz robotnikiem fizycznym wynosi 40 procent, a managerem… 20 proc.

Pisze zenont-p: Równości nigdy się nie zbuduje. Ani równości szans, ani tym bardziej równości efektów. Ale to co odróżnia liberałów od socjalistów to mówienie ludziom: "Twój sukces zależy od Ciebie" albo "Twój sukces zależy od innych". Jedno i drugie jest półprawdą, ale tylko to pierwsze motywuje jednostki i prowadzi do rozwoju społeczeństw.

Prawdą jest, że absolutnej równości zapewne nigdy się nie zbuduje. Świat absolutnej równości byłby przez nas odbierany nie tylko jako niesprawiedliwy, bo niektórzy z nas, mając tę samą pozycję wyjściową, zajmując te same stanowiska naprawdę więcej pracują, mają lepsze pomysły, bardziej się przykładają do swojej pracy. Byłby również nudny. I dopóki gospodarujemy w ramach ograniczonych zasobów jakaś premia za bardziej intensywne wysiłki jest czymś pożądanym i słusznym.

Nie uważam również, że sukces lub porażka konkretnej osoby pozostaje zupełnie bez związku z decyzjami, aktywnościami i pracą, którą podjęła lub której zaniechała. Starania i praca się liczą. Uważam jednak, że w debacie publicznej, ale też w zwykłym, codziennym postrzeganiu rzeczywistości, przeceniamy indywidualne zasługi, a nie doceniamy całego splotu okoliczności, które miały udział w takiej, a nie innej trajektorii życiowej konkretnego człowieka.

Jak możemy przeczytać w raporcie OECD, na mobilność społeczną ogromny wpływ mają również instytucje publiczne – wczesne posyłanie dzieci do szkół, polityki zapewniające work-life balance, systemy ochrony zdrowia, zwłaszcza jakość ubezpieczenia zdrowotnego, redukcja nierówności między dzielnicami w miastach, czy transfery społeczne.

Pisze koronka2012: Wybaczy pan, ale czemuż miałabym być odpowiedzialna i zobowiązana wobec koleżanki, która zarabia 3 razy mniej niż ja? Startowałyśmy z tego samego blokowiska, z takich samych rodzin, nasi ojcowie pracowali na tych samych stanowiskach, w tej samej firmie, miałyśmy identyczne możliwości. Ona poprzestała na liceum zawodowym, ja robiłam studia zaoczne, pracując na pełny etat i zajmując się rodziną. Potem też się dokształcałam i z czasem dało to efekty. Tak, mam teraz o wiele lepiej - i tak po prostu mam się dzielić efektami ciężkiej pracy, bo jej się kiedyś nie chciało? Jakoś nikt nie zwraca uwagi na to, ile kosztuje taki sukces. Koleżanka widzi, ile zarabiam i na co mnie stać, ale jej refleksja nie sięga już tego, że kiedy ona latała na dyskoteki, ja przez parę lat miałam wolny jeden weekend w miesiącu i że pracę kończyłam często o 20, a nie 15.30 jak ona.

A dlaczego za Panią miałby być odpowiedzialny inwestor, który chce tuż przed Pani oknami postawić ścianę galerii handlowej? Całkiem możliwe, że prezes firmy stawiającej taki obiekt pracował jeszcze więcej niż Pani. A dlaczego ktoś, kto pracował jeszcze więcej i zarabia 20 razy tyle, co Pani, ma płacić podatki, z których utrzymywane są drogi, po których Pani jeździ i szkoły, w których uczą się Pani dzieci? Dlaczego w końcu pani szef, załóżmy, że również pracował ciężej, ma dać Pani podwyżkę? Przecież każdy mógłby być taki zawzięty i po prostu zostać szefem, prawda?

Na te pytania jest jedna odpowiedź – bo w społeczeństwie, w którym więcej osób wyraża zrozumienie i troskę dla innych osób, po prostu żyje się lepiej. Nie wierzę w to, że samą troską uda się budować dobrze działające społeczeństwa, sądzę, że niezbędne do tego są silne instytucje publiczne, ale uważam równocześnie, że rodzaj zrozumienia wspólnoty losu ludzi w danym państwie z pewnością działa na dobre wszystkim.

Magazyn Porażka: Media kreują wyspy szczęśliwości, które dla wielu są po prostu nieosiągalne [NEXT TIME]

Więcej o: