Fejfer: Jeff Bezos ma już 150 mld dolarów. "Po stopach bezbłędnie rozpoznaję, kto przyszedł z Amazona"

Kamil Fejfer
Setki tysięcy słabo opłacanych osób pracuje na to, żeby Bezos mógł realizować swoje marzenie o podboju kosmosu.
Jesteś w dziale opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

W połowie lipca świat obiegła informacja, że majątek Jeffa Bezosa, założyciela i szefa firmy Amazon, jest wart ponad 150 mld dol. Od końca 2017 roku biznesmen „zarobił” 50 mld dol. W przeliczeniu owe 150 mld dol. to mniej więcej 550 mld zł. Tymczasem wpływy budżetowe Polski w 2017 roku wyniosły 350 mld zł. Jeden człowiek ma więc majątek o wiele wyższy niż roczne wpływy budżetowe sporej wielkości państwa. Jednocześnie w centrach logistycznych Amazona trwają protesty związane z niskimi pensjami i zbyt wysokimi normami wydajności pracy. To pozorny paradoks. W rzeczywistości to świetna pocztówka z późnego kapitalizmu: setki tysięcy osób na całym świecie pracują w kiepskich warunkach i w asyście komputerowego monitoringu po to, żeby jeden facet mógł spełniać ambicje podboju kosmosu.

Szef wysyła maile o północy

Bezos w 1997 roku, niedługo po narodzinach Amazona, w liście do inwestorów napisał: „Pracuj ciężko, długo albo mądrze. W Amazonie nie można wybrać tylko dwóch spośród tych trzech opcji”. Biznesmen znany jest z obsesji na punkcie efektywności i dbałości o klientów. W samym podnoszeniu efektywności gospodarowania nie ma nic złego. Mało tego, to świetny sposób na to, żeby polepszać produkt i zarabiać na nim więcej. Jednak w procesach gospodarczych niemal zawsze bierze udział więcej niż jedna strona. Jeżeli więc kładziemy zbyt duży nacisk na wydajność i potrzeby klientów, to z oczu może nam zniknąć inny podmiot – pracownicy.

Dziennikarskie śledztwo „New York Timesa” z 2015 roku wykazało, że mieszcząca się w Seattle główna siedziba Amazona była toksycznym miejscem pracy. Pracownicy opowiadali o przychodzących o północy mailach, na które należało niezwłocznie odpowiedzieć. I o płaczących z powodu nawału pracy członkach załogi. Wszystko to w imię efektywności i dbałości o klientów. Złośliwi mogą również powiedzieć, że w imię nieokiełznanych ambicji Bezosa. W tym akurat biznesmen przypomina inną supergwiazdę biznesu high-tech – Elona Muska. „Guardian” pisał, że do fabryki Tesli setki razy przyjeżdżały karetki, ponieważ Musk – podobnie jak Bezos – swoich pracowników doprowadzał na skraj fizycznej wytrzymałości.

Amazon jak Walmart

Amazon roztacza wokół siebie nimb firmy wysokich technologii, a dziennikarze chętnie go porównują z Facebookiem czy Google'em. I rzeczywiście, firma znana jest również ze stworzenia Aleksy – asystenta głosowego, dzięki któremu jesteśmy w stanie sterować oświetleniem w inteligentnym domu, pytać o pogodę, ustawić muzykę ze Spotify czy pytać o wielkość majątku Jeffa Bezosa.

Tymczasem w raporcie „Amazon po polsku. Warunki pracy i stosunki z pracownikami” autorstwa Dominika Owczarka i Agaty Chełstowskiej profesor Steve Tadelis z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley uważa, że Amazon to po prostu wielki detalista – Walmart, tylko że bez sklepów. Nie jest to pogląd absurdalny. Bo o ile Google czy Facebook zatrudniają po kilkadziesiąt tysięcy wysoko wykwalifikowanych pracowników zajmujących się głównie oprogramowaniem, o tyle Amazon zatrudnia ponad 0,5 mln ludzi na całym świecie w dużej mierze w centrach logistycznych. I o ile białe kołnierzyki z Seattle mają przynajmniej odpowiednie wynagrodzenie, o tyle pracownicy hal przeładunkowych Amazona mogą jedynie o tym pomarzyć.

W Polsce Amazon zatrudnia 9 tys. osób głównie w trzech centrach logistycznych (zatrudnia również niewielką grupę białych kołnierzyków w Gdańsku, gdzie pracuje się nad Aleksą – swoją drogą stworzoną między innymi na bazie polskiego syntezatora mowy Ivona). W związku z wypadającym w połowie lipca Prime Day, okresem promocyjnym w Amazonie, podczas którego można zamówić w okazyjnych cenach setki tysięcy towarów, w sortowniach przybywa obowiązków i tak żyłowanym już pracownikom. Prime Day jest prawdziwym wydarzeniem medialnym. Z uwagi na nawał obowiązków i dobry medialnie czas strajki w Amazonie podjęli pracownicy z Niemiec i Hiszpanii. W Polsce, z uwagi na nieprzychylne pracownikom prawo, strajk nie był możliwy. Jednak polscy koledzy i koleżanki wspierali postulaty niemieckich i hiszpańskich pracowników. Dlaczego? Bo w Amazonie pracuje się po prostu źle.

Adriana Rozwadowska z „Wyborczej” wielokrotnie opisywała ciężkie warunki pracy w firmie. W jednym z artykułów wypowiadający się lekarz stwierdził, że pracowników Amazona poznaje po chorych stopach – osoby pracujące w gigancie codziennie przechodzą kilkanaście, nawet do 20 kilometrów. - Zgłaszają się z krwawiącymi ranami stóp, owrzodzeniami. Po stopach niemal bezbłędnie rozpoznaję, kto przyszedł z Amazona - opowiada Rozwadowskiej lekarz pierwszego kontaktu z Poznania (chce pozostać anonimowy). - Wypisuję im zwolnienia, ale nie chcą brać, bo L4 często oznacza zwolnienie z pracy.

W innym tekście dziennikarka cytowała biegłego ds. bezpieczeństwa i higieny pracy. Inżynier Jarosław Łucki poproszony przez sąd o ekspertyzę dotyczącą warunków pracy w Amazonie pod Poznaniem napisał: „Pozwany [Amazon] w całym procesie organizacji pracy nie wziął w ogóle pod uwagę dostosowania warunków pracy do możliwości psychofizycznych człowieka-pracownika”.

Czy 12 zł za godzinę to dużo?

Zatrudnieni przez polskiego Amazona pracują w 10-godzinnych zmianach (4 dni w tygodniu), ich praca jest non stop monitorowana, a normy wydajności co kilka tygodni podnoszone. To sprawia, że ludzie zaczynają się buntować. Zwłaszcza że Amazon  przedstawia się jako firma high-tech odnosząca wspaniałe sukcesy, jako jeden z liderów światowego rynku z szefem, który jest najbogatszym człowiekiem w nowożytnej historii.

Co na to sam Amazon? W oświadczeniu firma twierdzi, że „zatrudnienie i utrzymanie tak dużej liczby osób na tak konkurencyjnym rynku nie byłoby możliwe, gdybyśmy nie byli bardzo dobrym pracodawcą”. Prawdą jest, że Amazon płaci nieco więcej niż konkurenci na lokalnych rynkach pracy. Wciąż jednak stawki plasują się w okolicach 15-16 zł brutto, co daje 12,5 zł na rękę.

To jednak nieprawda, że zatrudnienie i utrzymanie dużej liczby pracowników nie jest możliwe, jeżeli jest się złym pracodawcą. W latach 90. niemal wszyscy pracodawcy w Polsce byli źli (biorąc pod uwagę kulturę pracy, zarobki – w porównaniu z zachodnimi sąsiadami, ale zatrudniali i utrzymywali zatrudnienie z prostego powodu: nie było innego wyboru. Amazon zatrudnia głównie osoby gorzej wykształcone lub z mniejszych miejscowości, czyli takie, które operują w bardzo złej części polskiego rynku, gdzie obowiązują niskie płace, wyzysk, folwarczna kultura pracy. Na tle innych nawet Amazon ze swoimi wyśrubowanymi normami, koniecznością robienia codziennie 20-kilometrowych tras i ze stawką 12-13 zł na rękę za godzinę może się wydawać atrakcyjną alternatywą. Co nie znaczy, że jest pracodawcą dobrym. Znaczy, że dla potencjalnych pracowników jest pracodawcą lepszym od folwarków, gdzie płace są niczym splunięcie w twarz.

Teoria skapywania nie działa

Amazona stać na wyższe pensje. A skąd to wiemy? Bo w Niemczech również istnieją centra Amazona, gdzie zarabia się trochę powyżej niemieckiej płacy minimalnej, a nie trochę powyżej polskiej. A pracownicy i tu, i tu wykonują podobną pracę. Mało tego, centrum Amazona w polskim Kołbaskowie, z flotą kilku tysięcy robotów zaprojektowanych przez Amazon Robotics, jest podobno jedną z najnowocześniejszych tego typu placówek na świecie. A więc jest placówką o bardzo wysokiej wydajności pracy, co – przynajmniej teoretycznie – powinno się przekładać na płace. Do tego dochodzi, że zarówno polscy, jak i niemieccy pracownicy operują na podobnym rynku – zachodnioeuropejskim. Porównywalne (albo i wydajniejsze) miejsca pracy, porównywalny rynek, a pensje inne. Tu dochodzimy do wielkiego mitu liberalnego populizmu – dajmy się bogacić bogatym, to skapnie biednym. Jak widać, można być człowiekiem z majątkiem o przekraczającym wpływy budżetowe sporego kraju i nadal zatrudniać ludzi za 2 tys. na rękę.

Bezosa stać na to, żeby płacić lepiej

Majątek biznesmena to nie jest stan jego konta ani pieniądze, które trzyma w workach w wielkim sejfie. Na przykład w piwnicach kupionej przez niego za 27 mln dol. największej rezydencji w Waszyngtonie. To w dużej mierze wartość jego udziałów w Amazonie (Bezos ma ich 16 proc.). Nie Bezos zarobił te pieniądze – zrobił to bezosobowy rynek oraz posiadający (zmęczone) ciała robotnicy w sortowniach Amazona. Setki tysięcy osób pracują na to, żeby Bezos mógł realizować swoje marzenie o podboju kosmosu – biznesmen jest również twórcą Blue Origin, firmy z branży kosmicznej. Jak sam twierdzi, jest to jego najważniejsze dzieło.

Nie ma nic złego w podboju kosmosu. Nie ma też nic złego w tym, że zarówno Bezos, jak i klienci jego firmy kierują się chęcią zysku – ten pierwszy zarabia na tworzonych przez tysiące osób usługach, klienci korzystają z przystępnych cen oferowanych produktów. Nie jest jednak w porządku, jeżeli to wszystko dzieje się na plecach setek tysięcy osób, które narzekają na warunki pracy. Zwłaszcza jeśli doskonale wiemy, że w Amazonie są zasoby finansowe, który pozwoliłyby podnieść im zarobki i zatrudnić dodatkowych pracowników, aby ci już nieco zwolnili tempo.

Od jakiegoś czasu na Gazeta.pl publikujemy opinie publicystów z różnych stron sceny politycznej - mamy nadzieję, że są dla Ciebie interesujące! Co o nich sądzisz? Weź udział w ankiecie. KLIKNIJ TUTAJ, aby odpowiedzieć na kilka krótkich pytań.