"Chamstwo koderów". "Zimny Lech - pamiętamy". Czytelnicy krytykują, Kalbarczyk odpowiada

Nie idzie o to, kto zaczął - Tusk czy Kaczyński - ale kto świadomie uczynił z pogardy narzędzie walki politycznej.

Liczba emocjonalnych komentarzy, które ukazały się pod moim tekstem „Przemysł pogardy wymyślił nie Tusk, lecz Kaczyński”, dowodzi tego, jak silnymi emocjami jest dziś w Polsce napędzany spór polityczny. Strategia polegająca na dzieleniu Polaków przez PiS i obrażaniu tych, którzy nie podzielają przekonań tego obozu politycznego, przynosi dramatyczne skutki. Ogromną liczbę komentarzy – niestety po obu stronach sporu – cechuje język agresji, a nawet nienawiści do przeciwników. Pogarda rodzi pogardę, a nienawiść skutkuje nienawiścią.

Komentator podpisujący się Grzegorz Grall Grallowicz pisze: Jak czytam wasze chamskie, wulgarne, pełne ziejącej nienawiści wpisy, drodzy rzekomi obrońcy demokracji, praw i wolności słowa, to zastanawiam się, gdzie tu PiS jest winny podziałom i obrażaniu Polaków?

Otóż wina PiS leży właśnie w rozpętaniu tego piekła, choć tych, którzy w odpowiedzi na agresję używają języka nienawiści, w żaden sposób to nie usprawiedliwia. W ten sposób zbieramy jednak żniwo tej agresji, którą zarówno wobec swych konkurentów, jak i Polaków z nimi sympatyzujących, zapoczątkował PiS.

Internauta ukrywający się pod pseudonimem „jabbaryt” pyta: Czy reklama „zimnego lecha” przed Wawelem, po pogrzebie prezydenta, to przemysł pogardy czy przemysł spożywczy?

Trudno oczywiście pochwalać żarty ze zmarłego, ale nie można też ich autorstwa przypisać nikomu z przywódców politycznych obozu przeciwników PiS. Jest to cios tego miecza, którym zaczął wojować Kaczyński. Mój tekst był polemiką z prawicową publicystką Kamilą Baranowską, która napisała, że za pogardę w polskim życiu publicznym odpowiada Tusk, bo kiedyś powiedział o „moherowej koalicji" ("To Tusk zaczął grać pogardą"). Moja polemika nie dotyczyła jednak ani poziomu debaty publicznej, ani języka polityków wobec siebie. Ja polemizuję jedynie z tezą, że lider partii dziś opozycyjnej wobec PiS budował i buduje swe cele polityczne poprzez wyrażanie pogardy dla innych.

Anonimowy „Gość” pisze: - Bo to wy zaczęliście! - A właśnie że wy! Ile czasu jeszcze będziemy musieli żyć z polityką na poziomie przedszkola?

Dyskusja, kto ma niechlubne pierwszeństwo w obrażaniu innych, jest rzecz jasna dziecinadą, a jej ustalenia nie mają żadnego sensu, nawet jeśli uznać, że większa odpowiedzialność spoczywa na tym, kto sprowokował konflikt.  W mojej polemice z p. Baranowską nie idzie jednak o to, kto zaczął, ale kto świadomie uczynił z pogardy wobec całych grup społecznych narzędzie walki politycznej. Teza Kamili Baranowskiej jest taka, że zaczął Tusk, a Kaczyński odpłaca pięknym za nadobne. W moim przekonaniu jest inaczej: Tusk nigdy nie zaczynał, a Kaczyński od czasu wypowiedzi w Stoczni Gdańskiej o tym, że wszyscy zwolennicy jego politycznych konkurentów „stoją tam, gdzie stało ZOMO”, posługuje się strategią pogardy wobec tych, którzy nie głosują na niego i jego sojuszników.

To, że mam rację, potwierdzają przywoływane przez internetowych komentatorów, niezliczone cytaty z wypowiedzi Kaczyńskiego i innych polityków prawicy, a także to, że zwolennicy Baranowskiej nie potrafią podać na dowód swej tezy żadnego innego dowodu poza wypowiedzią Tuska – która tym dowodem nie jest –  o „moherowej koalicji”. Wprawdzie pojawiają się w komentarzach w roli tego dowodu wypowiedzi polityków niechętnych PiS o „dorzynaniu watahy” czy ”hienach cmentarnych”, ale wypowiedzi te miały obrażać polityków obozu przeciwnego, a nie grupy społeczne, które na nich głosują i są po prostu elementem walki politycznej. Poziom agresji pomiędzy polskimi politykami nie jest przedmiotem tej dyskusji, choć nie można pominąć faktu, że politycy kształtują język debaty publicznej, a także wpływają na codzienną komunikację pomiędzy nami.

Jeżeli dyskutujemy jednak o stosunku polityków do wyborców konkurencyjnych partii, to najlepszym przykładem różnic pomiędzy politykami poprzedniej władzy a PiS jest w moim przekonaniu reakcja na społeczne protesty. Gdy tysiące słuchaczy Radia Maryja  domagało się umieszczenia na platformie cyfrowej TVP Telewizji TRWAM, poprzedni rząd postulat spełnił. Gdy tysiące Polaków wyszło na ulice, by protestować przeciw zawłaszczaniu przez PiS Trybunału Konstytucyjnego, usłyszeli, że są „komunistami i złodziejami”. Poprzedni rząd słuchał nawet tych, którzy nie należeli do jego wyborców. PiS tych, którzy  nie są jego wyborcami, potrafi jedynie obrażać.

Kilku komentatorów nie zgadza się ze mną, że  przyczyną zarażenia części młodzieży nacjonalizmem i tradycjonalizmem, jest powszechna w polskich szkołach katecheza katolicka. Oczywiście trudno w dwu zdaniach wszystkie te przyczyny opisać. Należą do nich zapewne i moda, i bunt młodych wobec pokolenia rodziców, w którym dominowały idee progresywne i liberalne. Z pewnością jest tak, jak pisze Robert Sędzielewski, że katecheci są różni i że część z nich rzetelnie prowadzi katechezę. Moją hipotezę co do znaczącego wpływu katechezy na światopogląd młodzieży potwierdza korelacja wzrostu liczby młodzieży wyznającej idee jawnie głoszone w polskich kościołach ze wzrostem liczby roczników objętych powszechnym nauczaniem religii w  szkołach.

Nikt z internautów nie zanegował, że podział wśród Polaków przebiega dziś według osi przekonań ideowych, a nie kryteriów ekonomicznych czy klasowych. W dyskusji z jednym z czytelników Gazeta.pl usłyszałem jednak, że niewłaściwie oceniam rozwarstwienie społeczne i że ono nadal jest przyczyną sukcesów PiS, ponieważ partia ta upomina się o prawa najbardziej pokrzywdzonych przez polskie reformy po 1989 r. Nie możemy jednak zapominać, że źródłem tych krzywd było przede wszystkim prawie półwiecze komunizmu, a od końca dwudziestego wieku stała się nim także postępująca globalizacja i kolejna rewolucja przemysłowa. Ponownie apeluję więc do ludzi wrażliwych społecznie, by nie dali się uwieść pisowskiej opowieści o tym, jak to poprzednia władza gardziła biedniejszymi i mniej zaradnymi, a PiS odzyskuje dla nich godność.