Wójcik: "Sklepy stracą 50 mld". "Znikną miejsca pracy". Ściema ekspertów w sprawie zakazu handlu

Piotr Wójcik
Zakaz handlu w niedziele to świetny przykład tego, jak bardzo eksperci mogą się mylić albo ordynarnie ściemniać. Po jego wprowadzeniu sklepy miała czekać zapaść, tymczasem sprzedaż rośnie, zyskują średnie sklepy osiedlowe.
Jesteś w dziale opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

Niemal każda prospołeczna regulacja w gospodarce spotyka się ze zmasowanym sprzeciwem zwolenników nieskrępowanych mechanizmów rynkowych. Są wśród nich zarówno lobbyści oraz „bezpośrednio zaangażowani w sprawę”, którzy niestety często udają w mediach niezależnych ekspertów, jak i ludzie autentycznie przekonani o słuszności rozwiązań wolnorynkowych. Największa fala krytyki spada zwykle wtedy, gdy dane rozwiązanie pojawia się jako realna propozycja rozważana przez rząd – i to każdy, nie tylko rząd PiS.

Godzinowa stawka minimalna miała więc wyrzucić na bezrobocie setki tysięcy pracowników niewykwalifikowanych, których praca miała nie być warta tych 13 zł za godzinę, w wyniku czego mieli się stać dożywotnio niezatrudnialni. Zniesienie liniowego PIT (bo taki de facto w Polsce mamy) i wprowadzenie progresji podatkowej uderzyłoby natomiast w klasę średnią i skłoniło do ucieczki znad Wisły wszystkich specjalistów. Zwykle ta zmasowana krytyka jest dosyć skuteczna, dzięki czemu przynajmniej odwleka sprawę. Przez to aż do 2016 roku żyliśmy w kraju, w którym tak naprawdę nie było płacy minimalnej – bo ta ustawowa była zupełnie oficjalnie omijana dzięki stosowaniu umów cywilnoprawnych z kilkuzłotowymi stawkami godzinowymi. I wciąż żyjemy w kraju, w którym de facto nie ma progresji podatkowej, czyli standardu cywilizacji zachodniej, bo druga stawka podatkowa, 32-proc., jest zupełnie oficjalnie omijana dzięki samozatrudnieniu.

Gdy jakieś prospołeczne rozwiązanie uda się mimo wszystko wprowadzić, to zwykle okazuje się, że czarne wizje jego przeciwników się nie sprawdziły - żeby nie powiedzieć, że były zwyczajnie wyssane z palca. Przykładowo: minimalna stawka godzinowa nie zarżnęła rynku pracy, wręcz przeciwnie - bezrobocie jest na historycznie niskim poziomie. Dokładnie ten sam mechanizm ujawnił się również podczas debaty nad ograniczeniem handlu w niedziele.

Druga bitwa o handel?

Postulat zakazu handlu w niedziele był podnoszony przez związki zawodowe już w latach rządów PO, jednak wtedy mało kto się tym przejmował, bo wprowadzenie tego pomysłu wydawało się zupełnie nierealne. Dopiero dojście do władzy PiS, które postulatowi było przychylne, zapoczątkowało akcję medialną mającą na celu jego utrącenie. Ograniczenie handlu w niedziele miało więc bardzo ograniczyć sprzedaż detaliczną, co spowodowałoby to, że wzrost PKB by wyhamował. Karierę robiły „szacunki” portalu Bankier, według którego gospodarka miała stracić w jego wyniku 50 mld zł. Jak do tego doszli analitycy Bankiera? Po prostu przemnożyli średnią wartość sprzedaży w niedziele przez liczbę niedziel w roku. Tak jakby te niedzielne zakupy miały nie zostać przeniesione na inne dni tygodnia, lecz po prostu zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Miało też zniknąć ileś tysięcy miejsc pracy w handlu – dokładnie ile, to trudno było stwierdzić, gdyż każdy analityk miał własną koncepcję; w każdym razie bardzo dużo.

Ucierpieć miał też budżet z powodu spadku wpływów z podatku VAT, co miało nas już zupełnie pogrążyć – przecież dopiero co wprowadzono 500+. Argumenty makroekonomiczne przeplatały się też z mikroekonomicznymi – w programie „Prawy do lewego” psycholog biznesu Dariusz Duma pytał, dlaczego jego siostra po powrocie z siłowni w niedzielę nie będzie mogła sobie kupić śmietany. Momentami robiło się też groźnie – w tym samym programie dr Artur Bartoszewicz z SGH stwierdził wręcz, że „zamordyzm zawsze odbija się czkawką”. A parę dni temu „Rzeczpospolita” opublikowała tekst pod dosyć dramatycznym tytułem „Zakaz handlu zabija małe sklepy”.

Tymczasem po czterech pełnych miesiącach funkcjonowania tego strasznego zamordyzmu wciąż nie widać na horyzoncie żadnej katastrofy. Dynamika sprzedaży detalicznej przedstawiana przez GUS utrzymuje się na solidnym poziomie. W marcu, czyli w pierwszym miesiącu obowiązywania przepisów, sprzedaż detaliczna wzrosła wręcz o niemal 9 proc. rok do roku - był to drugi najwyższy wzrost od początku 2015 r. W okresie 2015-18 tylko w styczniu 2017 roku sprzedaż detaliczna odnotowała wyższy wzrost – niecałe 10 proc. Oczywiście tak dobry wynik był efektem czynników sezonowych – w marcu Polacy robili zakupy wielkanocne, tymczasem rok wcześniej robili to w kwietniu. Tak więc to właśnie kwiecień 2018 roku miał być szczególnie słaby – odpadały świąteczne zakupy, a handlowa miały być tylko jedna niedziela. Mimo to i tak sprzedaż detaliczna odnotowała… 4-proc. wzrost rok do roku. Od maja dynamika wzrostu powróciła na bardzo wysokie poziomy i w maju wzrost wyniósł 6 proc., a w czerwcu – 8,2 proc., co było czwartym najlepszym wynikiem w latach 2015-18.

Wpływy z VAT i zatrudnienie w górę

Nie widać też na horyzoncie, by z powodu ograniczenia handlu miał się zawalić budżet notujący po maju niemal 10-miliardową nadwyżkę. Według informacji Ministerstwa Finansów w okresie styczeń-maj wpływy z podatków pośrednich wzrosły o prawie 4 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej. Do maja budżet zrealizował 42 proc. wpływów z podatków pośrednich założonych na cały rok, tak więc minimalnie wyprzedza plan. Bardziej dokładne dane opublikował na swoim koncie na Twitterze ekonomista Rafał Mundry, który wystąpił do MF z wnioskiem o dostęp do informacji publicznej w sprawie wpływów brutto z samego podatku VAT. W marcu wpływy brutto z VAT były wyższe o 8,1 proc. w stosunku do marca ubiegłego roku, w kwietniu - o 7,3 proc., a w maju - aż o 10,9 proc.

Trudno również przypuszczać, by ziściły się przepowiednie dotyczące zwolnień w handlu. Przecież większy ruch w pozostałe dni tygodnia ktoś musi obsłużyć. Większość dyskontów zareagowało na nowe przepisy wydłużeniem godzin pracy w piątki i soboty, a także promocjami, co sprawia, że ruch w weekendy jest w nich jeszcze większy. Biedronka na przykład ogłosiła, że w piątki i soboty w jej placówkach będzie pracować 5 tys. osób więcej niż w okresie przed wprowadzeniem ograniczenia handlu. GUS nie podał jeszcze dokładnych danych z rynku pracy za drugi kwartał 2018 roku, ale w pierwszym kwartale, który obejmował jeden miesiąc z nowymi przepisami, zatrudnienie w handlu wzrosło. Na koniec marca zatrudnienie w handlu było większe o 3,3 proc. od tego w marcu 2017 roku i o 1,8 proc. od końca grudnia 2017 roku.

Gdzie kupić śmietanę w niedzielę?

A co z panią, która chciałaby kupić śmietanę po powrocie z niedzielnej siłowni? No cóż, Polacy, którym zabrakło czegoś w niedzielę, również radzą sobie bez większych przeszkód. Pokazują to dane Nielsena o sprzedaży FMCG, czyli podstawowych produktów spożywczych i chemicznych. W okresie styczeń-kwiecień 2018 roku cały rynek FMCG wzrósł o 3,4 proc. Jednak sprzedaż na stacjach paliw wzrosła aż o 16 proc. Bardzo wyraźnie wzrosła również sprzedaż w średnich sklepach spożywczych. Do tego segmentu należy zdecydowana większość sklepów franczyzowych oraz tradycyjnych sklepów osiedlowych, które mogą być w niedziele otwarte, jeśli za ladą stoi właściciel (też franczyzobiorca) lub jego rodzina. I właśnie te średnie sklepy spożywcze zanotowały wzrost sprzedaży o 7,8 proc. Szczególnie udany miały kwiecień, w którym była tylko jedna niedziela handlowa – ich wzrost sprzedaży wyniósł prawie 9 proc. rok do roku. W tym samym miesiącu hipermarkety zanotowały aż 18-proc. spadek, a dyskonty - ponad 3-proc. Widać więc, że część niedzielnej sprzedaży przeniosła się z największych sklepów do mniejszych, które mogą być otwarte w niedziele. Choć nie do tych najmniejszych, o powierzchni do 40 m kw., które zanotowały w kwietniu niewielki, 1,5-proc. spadek sprzedaży. Trudno jednak się zgodzić z „Rzepą”, że „zakaz handlu zabija małe sklepy”. Po pierwsze, spadek jest niewielki, a po drugie, dotyczy tylko najmniejszych sklepów. Tymczasem nieco większe sklepy osiedlowe są wśród największych beneficjentów ograniczenia handlu w niedziele.

Jak widać, na razie nie spełniły się żadne przepowiednie krytyków ograniczenia handlu w niedziele. Sprzedaż detaliczna rośnie podobnie jak zatrudnienie w handlu. Polacy poradzili sobie z niedzielnymi deficytami produktów, a równie dobrze radzi sobie budżet. Oczywiście przepisy ograniczające handel nie są idealne, bywają obchodzone, a pracownicy stacji benzynowych mogą pytać, w czym są gorsi od pracowników dyskontów, że muszą pracować w niedziele. Dziurawe przepisy można jednak dopracować. Nie ma też rozwiązań, które ułatwią życie wszystkim grupom zawodowym naraz. Po prawie pięciu miesiącach od wprowadzenia przepisów, które zapewniły jednej z najsłabszych grup zawodowych wolne niedziele, możemy powiedzieć, że było warto.

Od jakiegoś czasu na Gazeta.pl publikujemy opinie publicystów z różnych stron sceny politycznej - mamy nadzieję, że są dla Ciebie interesujące! Co o nich sądzisz? Weź udział w ankiecie. KLIKNIJ TUTAJ, aby odpowiedzieć na kilka krótkich pytań.

Więcej o: