Gądek: Andrzej Duda dał PiS-owi wygodny pretekst do skasowania referendum

Jacek Gądek
Na 10 nowych pytań w referendum Andrzeja Dudy jest kilka nadspodziewanie ważnych dla państwa. Prezydent obstaje jednak przy terminie, którego PiS nie akceptuje. Pytania więc spoważniały, a PiS dostało pretekst, by wszystkie je wyrzucić do kosza. Z ulgą dla wszystkich.
Jesteś w dziale opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

Dziś PiS nie może już użyć argumentu, który był jednym z dyżurnych: że pytania w referendum Andrzeja Dudy są tak miałkie i bez sensu, że nie warto ich nawet zadawać, bo to strata czasu i pieniędzy. Prezydent podrasował pytania i je wyostrzył.

Najważniejsze: Andrzej Duda chce zapytać o sprawę, która może rozemocjonować zwykłych ludzi - czy rządzić ma prezydent? Pytanie brzmi dokładnie tak:

Czy jest Pani/Pan za:

  1. systemem prezydenckim, tj. wzmocnieniem konstytucyjnej pozycji i kompetencji wybieranego przez Naród Prezydenta?
  2. systemem gabinetowym, tj. wzmocnieniem konstytucyjnej pozycji i kompetencji Rady Ministrów i jej Prezesa oraz wyborem Prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe?
  3. Utrzymaniem obecnego modelu władzy wykonawczej?

Właśnie wybory prezydenckie - najbardziej personalne - mają najwyższą frekwencję i są najprostsze. Wyborca głosuje na Andrzeja Dudę, to chce, żeby Duda rządził. A jak głosuje na Donalda Tuska, to żeby rządził Tusk. Kropka.

W poprzedniej wersji prezydent chciał jedynie zadać mętne pytanie o zwiększenie uprawnień prezydenta wobec armii i w sprawach zagranicznych, co wywołało wesołość. Teraz to pytanie nabrało powagi. Trudno sobie jednak wyobrazić sytuację, w której prezes PiS Jarosław Kaczyński godzi się na zmianę modelu władzy. Dla Kaczyńskiego jedynym prezydentem w systemie prezydenckim mógłby być jego własny brat. Nikt inny.

Oprócz tego ważne jest pytanie o to, czy mają się odbywać referenda, jeśli podpisze się pod nimi co najmniej milion Polaków. A do tego będą one wiążące przy co najmniej 30 proc. frekwencji. To byłoby otwarcie drogi do referendów ws. dopuszczalności aborcji, praw socjalnych i wielu innych budzących emocje spraw. Czekałaby nas lawina referendów.

I trzecie z ważnych pytań: czy wybory do Sejmu mają być proporcjonalne (tak jak teraz wybieramy posłów) większościowe (jak dziś do Senatu) czy też mieszane. Zmiana  przeorałaby polską scenę polityczną. Z kolei pytania o proste wpisywanie 500 plus i wieku emerytalnego (60/65 lat) do konstytucji jest chwytliwe, ale krótkowzroczne.

Nad resztą pytań można by się rozwodzić, ale nie mają one większego znaczenia lub żadnego sensu.

Szanse na to, że referendum Andrzeja Dudy się odbędzie, topnieją z czasem. A już niemal zachętą do odrzucenia wniosku prezydenta przez Senat jest fakt, że Duda wskazał termin: 10-11 listopada. Na te dni PiS cały czas nie chce przystać. Padła nawet oferta Nowogrodzkiej: referendum - tak, ale w maju 2019 r. razem z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Andrzej Duda jednak obstaje przy swoim.

I właśnie nie pytania, ale termin jest świetnym pretekstem, żeby Andrzej Duda z PiS-em się poróżnili. Pogardzana przez partię rządzącą Państwowa Komisja Wyborcza parę dni temu stwierdziła, że termin 10-11 listopada jest chybiony i to z wielu powodów: duże koszty, przeszkody prawne, kłopot ze znalezieniem ludzi do komisji wyborczych, itd. Teraz PiS - ustami rzeczniczki partii Beaty Mazurek - ochoczo powołuje się na autorytet i argumenty PKW. Stanowisko PKW to świetne alibi, by PiS mogło skasować pomysł referendum. Z ulgą tak dla PiS, jak i prezydenta. A skoro tak, to niech już PiS skasuje coś poważnego, a nie wyśmiewanego.

Senat ma - wedle deklaracji marszałka Stanisława Karczewskiego - już w przyszłym tygodniu podjąć decyzję, czy pozwala na to referendum. Szybkie głosowanie w środku sezonu urlopowego - brzmi jak przepis na dyskretne pozbycie się problemu.

Andrzej Duda zdradził, czego dotyczyło spotkanie z Donaldem Trumpem. Odbyli dwie rozmowy