Baranowska: To Tusk zaczął grać pogardą. Jego polityka odbierania ludziom szacunku wciąż w nas tkwi

Kamila Baranowska, tygodnik
Dawno już rozdźwięk między diagnozami szeroko rozumianych środowisk opiniotwórczych a odczuciami społecznymi nie był tak wielki.
Jesteś w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

Od redaktora działu opinii: Kamila Baranowska z „DoRzeczy” będzie od dziś razem z innymi naszymi komentatorami opisywać politykę na Gazeta.pl. Nie będzie to łatwe ani wygodne dla jej prawicowych Czytelników (jak można pisać w Gwieździe Śmierci??!!), nie będzie to również łatwe dla Was (część pewnie uzna, że sączymy PiS-owską propagandę). Wierzę jednak, że warto znosić takie niewygody. I zachęcam do polemik! Grzegorz Sroczyński

---

Sprawa Trybunału, reforma oświaty, strajk rezydentów, „czarny marsz”, protest niepełnosprawnych, premie w rządzie Beaty Szydło, zamieszanie wokół ustawy o IPN, wreszcie reforma w Sądzie Najwyższym - dużo było tych „końców PiS” przez ostatnie trzy lata. Kryzysów, po których - jak słyszeliśmy z ust najbardziej wziętych komentatorów i polityków opozycji - PiS miało się już nie podnieść i które miały być początkiem końca Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem mimo wszystkich zawirowań poparcie dla PiS wygląda na stabilne; ostatnie sondaże pokazują wręcz trend wzrostowy. Dawno już rozdźwięk między diagnozami szeroko rozumianych środowisk opiniotwórczych a odczuciami społecznymi nie był tak wielki. I co ciekawe, w miarę upływu czasu ów rozdźwięk, zamiast zanikać, coraz bardziej się pogłębia.

Sadystyczne skłonności Tuska

Dzisiejszy podział polityczny jest podziałem w jakiejś mierze klasowym - na beneficjentów zmian, które zaszły w Polsce po 1989 roku, i na tych, którym powiodło się nieco gorzej. Jeśli spojrzymy na polską politykę ostatnich lat z tej perspektywy, to - w dużym uproszczeniu - reprezentantem pierwszej grupy w sposób świadomy i przemyślany została Platforma, a PiS zajął się grupą drugą, która dla większości partii latami pozostawała niewidzialna. 

Paradoksalnie fakt, że to akurat PiS stał się głosem milionów Polaków, którzy nie czuli się docenieni przez własne państwo, jest w dużej mierze zasługą samej Platformy i Donalda Tuska. To Tusk jako pierwszy polityk - na co zwrócił uwagę Ludwik Dorn w wywiadzie rzece w 2013 roku - uznał, że paliwem konfliktu politycznego i społecznego może być szacunek społeczny lub jego brak. Dlatego wrogiem numer jeden uczynił nie tylko partię, ale także wszystkich tych, których PiS reprezentował, a których pogardliwie nazwał moherowymi beretami, stawiając ich w kontrze do swoich wyborców: młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków.

Dorn mówił o tym tak: „Przed Tuskiem atakowano partie i polityków, ale nigdy nie atakowano ich społecznego zaplecza, nie atakowano ich wyborców. Tymczasem Tusk zaczął mówić wprost, że naszego wroga, czyli PiS, popierają ludzie gorsi. Innymi słowy: Tusk znalazł klucz do sadystycznych potrzeb znacznej części Polaków”.

Ten mechanizm działał świetnie przez dwie kadencje. W tym czasie jednak PiS nie próżnował - jeżdżąc po Polsce, przekonywał swoich wyborców, że wcale gorsi nie są. Przeciwnie - są lepsi, bo są prawdziwymi patriotami, bo kierują się lepszymi wartościami, bo są uczciwsi, bardziej szlachetni, bo ciężko pracują. Wiadomo, że tacy mogą mieć trudniej w życiu, ale na końcu to oni są moralnie wygrani. Taki przekaz prędzej czy później musiał przynieść efekt. I przyniósł.

Syndrom strachu przed Kaczyńskim

Dzisiejsza opozycja i jej sympatycy wydają się wciąż tym faktem mocno zaskoczeni. Bo jak to możliwe, że narzędzia, które tak dobrze działały przez tyle lat, nagle są mniej skuteczne? Jan Rokita mówił o „wykreowaniu społecznego syndromu strachu przed Kaczyńskimi”, do czego - jak dodawał - nader chętnie przyłączyli się partnerzy medialni, biznesowi, społeczni. Dziś próbuje się ów syndrom ożywić i nie zauważa się, że zmieniła się rzeczywistość. Straszenie Kaczyńskim, Ziobrą, Macierewiczem nie działa, nie mobilizuje już nawet własnego elektoratu, który (poza najbardziej skrajnymi przypadkami) wygląda tak, jakby miał dość i czekał na coś więcej niż wzywanie do kolejnych bojkotów i protestów. Co było widać choćby po ostatniej frekwencji w protestach w sprawie Sądu Najwyższego. Oto opozycji udała się rzecz niesłychana - przez trzy lata ciągłego mówienia o końcu demokracji, o łamaniu konstytucji, o braku praworządności i dyktaturze Kaczyńskiego sprawiła, że ludzie uodpornili się na te argumenty. Traktują je jak polityczny teatr, z którego niewiele wynika, i sami wyciągają wnioski z tego, jak im się żyje. A żyje im się jakby ciut lepiej niż wcześniej. I to, na razie, wystarczy. Pytanie, czy wystarczy także, by PiS ponownie wygrał wybory, pozostaje otwarte.

Nic nie wiecie o prawicy

Tak czy owak, szkody, które niesie ze sobą kontynuacja tuskowej polityki odbierania szacunku całym grupom społecznym, mogą się okazać nieodwracalne. Podobnie jak reakcje na tę politykę, które pojawiły się po drugiej strony. Rowy wykopane między wyborcami PiS i wyborcami Platformy (czy szeroko rozumianej dzisiejszej opozycji) są o wiele głębsze niż te, które funkcjonują między politykami czy partiami. I nawet gdyby politycy chcieli je dziś zakopać, to nie będą w stanie tego zrobić. Latami nakręcanych emocji nie da się wygasić jednym słowem czy gestem. Przedstawiciele i jednego, i drugiego środowiska stali się zakładnikami własnych narracji, w które uwierzyli i które zaakceptowali ich wyborcy. Dlatego muszą brnąć w totalną negację wszystkiego, co robi, mówi, myśli druga strona. Błędne koło.

Rykoszetem ten stan rzeczy uderza we wszystkich uczestników debaty publicznej, także, a może przede wszystkim w media i dziennikarzy. Media też stają się zakładnikami swoich czytelników, słuchaczy, widzów, którzy oczekują od nich tego samego, co od partii politycznej, którą popierają - spójności, konsekwencji i walenia w przeciwnika. Nie bardzo widać, by ktoś miał pomysł, jak to błędne koło zatrzymać. Nie bardzo wiadomo też, czy komukolwiek na tym zależy.

Czy zatem nie warto już próbować? Warto. Przy czym trzeba zacząć od początku, czyli od próby zrozumienia drugiej strony. Jej emocji, poglądów, oceny sytuacji, całego bagażu doświadczeń, który za nią stoi. Środowisko liberalno-lewicowe mało wie o prawicy i jej sympatykach. Wierzy w obraz, który samo wykreowało. Nie da się poważnie traktować badań, reportaży, tekstów z gatunku „z kamerą wśród zwierząt”, w których autorzy nagle odkrywają, że wyborcy PiS jedzą widelcem i czytają książki, a czasem mają skończone studia. Ten protekcjonalny ton irytuje i prowadzi co najwyżej do wniosku, że syty głodnego nigdy nie zrozumie. A jeśli na takim wniosku poprzestaniemy, to właściwie o czym tu dalej rozmawiać?

---

Kamila Baranowska, dziennikarka tygodnika „Do Rzeczy”

Od jakiegoś czasu na Gazeta.pl publikujemy opinie publicystów z różnych stron sceny politycznej - mamy nadzieję, że są dla Ciebie interesujące! Co o nich sądzisz? Weź udział w ankiecie. KLIKNIJ TUTAJ, aby odpowiedzieć na kilka krótkich pytań.

PiS chce walczyć z chamstwem w Sejmie. Ale co z nagannym zachowaniem posłów partii rządzącej?