Engelking: Skumulowanie w jednym wpisie Paryża, Rembrandta i Morina to w Polsce zbrodnia

Polska młoda inteligencja ze swoich największych zalet czyni przywary. Niedługo gotowa żądać od Trzaskowskiego, by się tłumaczył z tego, na co nie miał żadnego wpływu: własnego pochodzenia.

Co takiego zrobił Rafał Trzaskowski, że w piątkowe popołudnie moja liberalna i młodo-lewicowa, raczej inteligencka bańka społecznościowa uznała go za najlepszy cel ataków? Pochwalił się, że swego czasu prof. Geremek go - po francusku, w Kolegium w Natolinie - egzaminował z prac Edgara Morina; że dekadę później jako minister temuż Morinowi wręczał w Paryżu nagrodę; że przypomniał sobie wówczas o Geremku, który skojarzył mu się z postacią z obrazu Rembrandta. Pod względem stylistycznym jego wpis pobrzmiewa, to prawda, pretensjonalnością Ananiasza z „Mikołajka”; to nie usprawiedliwia jednak punktowania u Trzaskowskiego domniemanego elitaryzmu - w jego słowach bowiem elitaryzmu nie ma.

Uprzedzając - nie zamierzam głosować na Rafała Trzaskowskiego; na Patryka Jakiego zresztą też nie. Tego, o czym pisze ten pierwszy, odbieram jednak nie jako specjalne wyrafinowanie, lecz jako rzecz normalną u Europejczyka z klasy wyższej średniej, który odebrał porządną edukację (co mu z niej zostało - to inna sprawa), a na wakacjach lubi się przejść do muzeum w zachodniej stolicy i pooglądać tam obrazy, przy okazji wiedząc, co takiego ogląda. Jednym słowem: to, o czym pisze Trzaskowski, w warstwie wspomnień i skojarzeń uznaję za codzienność człowieka o wcale nie wybitnie wysokim kapitale kulturowym, posiadającego imaginarium, za sprawą którego ktoś przypadkowo spotkany przypomni mu postać z obrazów Holendra, ktoś inny - bohatera Tołstoja. Nawet uczynienie przez Trzaskowskiego we wpisie z okazji rocznicy śmierci głównym bohaterem nie prof. Geremka, lecz siebie, w jakiś sposób, jak sądzę, uchodzi - w końcu, jeśli chodzi o naszych nauczycieli, tym, co głównie pamiętamy, są nie oni sami, lecz sposób, w jaki na nas wpłynęli.

Kandydat PO na prezydenta Warszawy spełnia wszelkie wymagania, jakie bym postawił komuś, z kim miałbym ochotę zjeść kolację i pogawędzić o wydawniczych nowościach - i dlatego właśnie jest tak politycznie nieudolny, jak tylko można sobie to wyobrazić.

Trzaskowski zbyt dobrze się urodził

Nieudolność Trzaskowskiego zasadza się na niezrozumieniu, że jego normalne na tle europejskiej obyczajowej klasy średniej kompetencje społeczno-kulturowe nijak się mają do momentu, w którym przyszło mu pretendować do urzędu prezydenta Warszawy. I jakkolwiek w stwierdzeniu, że świat Zachodu A.D. 2018 jest miejscem, w którym dominującą emocją jest niechęć do elit, nie ma nic specjalnie odkrywczego, należy to stwierdzenie powtórzyć, bo w przypadku kandydata PO dobrze widać, na czym ta niechęć się zasadza.

Czemu bowiem według krytykujących Trzaskowski jest winny? Po pierwsze, temu, że się nieźle urodził, bo w środowisku inteligencko-artystycznym. Kiedy w innym wpisie stwierdził, że gdy był chłopcem, jego rodzice zapisali go na angielski, a mama przyjaciela zaprosiła do Australii, natychmiast poniosła się w mediach społecznościowych podobnego rodzaju wrzawa.

Po drugie, winny jest temu, że odebrał znakomitą (i kosztowną) edukację.

Po trzecie, że się tą ostatnią chwali. Jednym słowem: że jest - takie słowa najczęściej widziałem na Facebooku - bufonem i bucem, który uważa się za kogoś lepszego od innych. To ostatnie w internecie to zaś zbrodnia największa z możliwych.

Dostosować się do czasów i wyborców

Zaraz, zaraz! - mógłby powiedzieć Rafał Trzaskowski. Ja przecież wcale nie myślę, że jestem jakiś „lepszy”! Po prostu opowiadam, jak było, a było tak, że studiowałem u prof. Geremka i że przypominał mi postać z Rembrandta. Czy mam to ukrywać?

Poprawna pod względem politycznym odpowiedź brzmi: jak najbardziej. Jeżeli już Platforma postanowiła sobie strzelić w stopę wystawianiem w antyelitarnych czasach kandydata, który budzi pierwsze skojarzenie z elitami (a nawet opierać część kampanii na podkreślaniu jego elitarności, w odróżnieniu od głównego kontrkandydata), niech ten kandydat przynajmniej tego nie pokazuje. Niech zachowuje się tak jak przedstawiający samych siebie jako głosy „zwykłych ludzi” Donald Trump albo Jarosław Kaczyński, miliarder z Manhattanu i inteligent z Żoliborza. Albo - jeśli nie chce Rafał Trzaskowski szukać daleko - jak Patryk Jaki, który postanowił zaprezentować siebie jako kogoś, kto „stał pod blokiem”, chociaż także wywodzi się z - lokalnych przynajmniej - elit. Albo też jak Jan Śpiewak. Wszyscy kandydaci na urząd prezydenta Warszawy urodzeni są bowiem znakomicie - problem w tym, że Śpiewak i Jaki znakomicie tym grają, a Trzaskowski nie. 

Nie chodzi o to, by kandydat Trzaskowski udawał kogoś innego, niż jest. Raczej - by się dostosował do czasów i wyborców. Tak jak kiedyś uczynił to inteligent nazwiskiem Tusk, który - by pokazać, że uczestniczy w kulturze, ale nie zdenerwować swojego elektoratu - jął zapewniać o znakomitości masowych powieści Harlana Cohena. Ten sam Tusk zapewne odetchnął z ulgą, gdy już nie był premierem Polski i mógł powiedzieć w jednym z wywiadów, że czyta nie Cobena, lecz Knausgårda.

Elita hejtuje elitę

W przypadku Trzaskowskiego istotne jest także to, kto go - w mojej przynajmniej bańce społecznościowej - wyśmiewa i hejtuje: są to publicyści, przedsiębiorcy, studenci elitarnych kierunków, redaktor działu prozy w dużej spółce wydawniczej. Jednym słowem: ci, co do których również można użyć określeń: „elita” i „inteligencja”. Nie z racji posiadanego przez nich kapitału finansowego - tego mają (podobnie jak autor tych słów) z pewnością o wiele mniej niźli Rafał Trzaskowski - jednak na płaszczyźnie kapitału kulturowego, który nie każe im sprawdzać w Wikipedii, kim był Bronisław Geremek ani jaka uczelnia mieści się w Natolinie, są wyśmiewający dobrymi Trzaskowskiego kolegami.

Hejtowanie przez nich kandydata PO za wczorajszy wpis pokazuje, że młoda polska inteligencja - zwłaszcza ta o proweniencji lewicowej - gremialnie się własnej inteligenckości, niewspomaganej współmiernymi do niej zasobami finansowymi, wstydzi. Nawet więcej: nienawidzi jej. Skumulowanie w jednym wpisie Rembrandta, Paryża i Edgara Morina - których przecież inteligenci znają, byli tam, te miejsca i te osoby znajdują się w ich mapie skojarzeń - uznają za elitaryzm, podobnie jak chodzenie na wykłady do znamienitych profesorów. To zaś czyni inteligencję równie słabą, co używających w co drugim zdaniu dumnego i głupiego samookreślenia: „my, inteligencja” przedstawicieli KOD-u. Ze swoich największych zalet czyni bowiem młoda inteligencja przywary, niedługo gotowa żądać od Trzaskowskiego, by się tłumaczył z tego, na co nie miał żadnego wpływu: swojego pochodzenia.

Taką wstydzącą się samej siebie inteligencją bardzo łatwo rządzić, jeśli się pojmie, że duch dziejów podobny wstyd u niej wspomaga. A Rafał Trzaskowski - według mnie: całe szczęście, bo mu w wyścigu o fotel prezydenta miasta nie kibicuję - tego nie pojął.

Zgromadzenie Narodowe bez opozycji. Orędzie wygłaszał prezydent Duda