Fejfer: Dochód podstawowy już w Polsce istnieje. Dostają go dzieci zamożnej klasy średniej

Wysokie kieszonkowe, zagraniczne wycieczki oraz samochody czy mieszkania. Czy to powoduje, że dzieci zamożnych rodziców przestają pracować?

Bezwarunkowy dochód podstawowy to jeden z najczęściej dyskutowanych pomysłów, które mają pomóc rozwiązać problemy współczesnego kapitalizmu: prekaryzacji pracy, rozwarstwienia, zmonopolizowanych rynków, na których zwycięzca bierze wszystko. Dochód podstawowy ma szansę również zmaterializować najczarniejsze sny wolnorynkowych populistów i znieść ustawą ubóstwo. Wbrew wielu podnoszonym głosom pomysł nie jest jedynie propozycją wysuwaną przez „ekonomicznych nieuków”. Entuzjastycznie wypowiadały się o nim supergwiazdy światowego biznesu: Bill Gates, czy Elon Musk. Idea jednak budzi w Polsce sporo emocji, o czym mogliśmy się przekonać, czytając komentarze Czytelników pod artykułami na Gazeta.pl ("Jedź pan na Syberię, a od moich dochodów wara!"). Przeciwnicy dochodu podstawowego posługują się w debacie publicznej pozornie rozsądnymi zarzutami. Czy mają rację?

Mit pierwszy: Jak ktoś dostanie pieniądze za nic, to przestanie pracować

Zacznijmy od tego, że coś, co można nazwać dochodem gwarantowanym, dla pewnych grup już istnieje. Dostają go dzieci zamożnej klasy średniej. I często jest on znacznie wyższy niż proponowany przez Wosia i Szlindera tysiąc złotych. To nie tylko wysokie, często przewyższające pensje etatowych pracowników kieszonkowe i fundowane zagraniczne wycieczki, ale także samochody czy mieszkania. Czy to powoduje, że dzieci zamożnych rodziców przestają pracować? Być może zdarzają się i takie przypadki. Jednak znacznie częściej jest tak, że takie osoby koniec końców są sumiennymi, oddanymi pracownikami, specjalistami w swoich dziedzinach. Czasami rzeczywiście opóźniają wejście na rynek pracy, ale po to, żeby się kształcić. Takie zjawisko zresztą odnotowano również w prowincji Manitoba w Kanadzie, gdzie w latach 70. został przeprowadzony pilotaż dochodu gwarantowanego. Osoby, które z przyczyn ekonomicznych wcześniej musiały iść do pracy, po otrzymaniu dochodu podstawowego częściej kontynuowały naukę (zamiast tkwić w słabo płatnych zawodach).

Mit drugi: Na pieniądze trzeba zapracować

W przypadku powyższego argumentu mamy do czynienia z pomieszaniem kategorii filozoficznych, ekonomicznych i moralnych. Zastanówmy się, po pierwsze, nad aspektem – użyjmy tego dziwacznego słowa – ontologicznym: co to właściwie znaczy „pracować”. W czasie budowy Biskupina sprawa była prosta – ktoś nacinał kołki, żeby stworzyć skrzyniową konstrukcję wału obronnego, ktoś przynosił ziemię, żeby ten wał wypełnić. Było wiadomo, kto ile pracuje: ten, który był najsilniejszy, nosił najwięcej ziemi, ten, kto był najzręczniejszy, obrabiał drewniane bale. 

W XXI wieku wszystko się skomplikowało. Dzisiaj owoce pracy są w niewielkim stopniu związane z wysiłkiem i manualną czynnością wykonywaną przez konkretnego człowieka. Obecnie mamy do czynienia z bardzo złożonymi procesami produkcji, zarządzania, eksploatowania infrastruktury, kiedy wykorzystywana jest wiedza z wielu dziedzin gromadzona przez dziesiątki lat.

Teraz trochę klarowniej. O ile było jasne, kto i jak pracuje w Biskupinie, o tyle dziś odpowiedź na pytanie, kto pracuje – koparka czy jej operator – nie jest taka prosta. Niezwykle zmotywowany pracownik fizyczny z łopatą, który „opuścił strefę komfortu” aby „sięgnąć gwiazd”, wykopie znacznie mniejszy dół niż leniwy, niezdyscyplinowany, roszczeniowy i bojący się nowych wyzwań operator koparki. I tu dochodzimy do kwestii ekonomicznych – zysk (przynajmniej jeśli chodzi o pracę) to pochodna wydajności. A ta tylko w bardzo niewielkim stopniu jest wynikiem indywidualnych starań. Zazwyczaj składają się na nią: infrastruktura, technologie, sposoby zarządzania, dostępność kapitału oraz tysiące innych elementów gospodarczego pejzażu. Właśnie dlatego mechanik samochodowy w Islandii będzie zapewne dziesiątki razy wydajniejszy niż mechanik w Burundi.

Mit „zapracowania na swoje pieniądze” w świetle wiedzy o wydajności pracy i złożoności procesów gospodarczych po prostu nie ma sensu. Kiedy „zapracowujemy” na kredyt (którego ostatnia rata przypadnie w 2051 roku) na mieszkanie na Białołęce, doskonale wiemy, że jakbyśmy mieli odrobinę więcej szczęścia i urodzili się nie w Radomiu, tylko w północnej Kalifornii, i gdybyśmy podobną pracę, którą wykonujemy dzisiaj w Mordorze, wykonywali w Dolinie Krzemowej, to w dwa lata moglibyśmy kupić sobie trzy takie mieszkania. Z oszczędności.

Mit trzeci: Lepiej obniżać podatki za pracę, niż dawać pieniądze

Tylko że w społeczeństwie jest wiele osób, które nie pracują zarobkowo w ogóle. Są to nie tylko bezrobotni, ale też emeryci, osoby uczące się, zniechęcone długotrwałym poszukiwaniem pracy, chore, zajmujące się domem. W Polsce takich ludzi jest kilkanaście milionów. Im obniżka podatków od pracy nic nie pomoże, ponieważ oni – często z obiektywnych przyczyn – nie pracują, a więc i nie płacą podatków od pracy. Istnieje też grupa osób pracująca za niewielkie pensje. Również dla nich zysk z cięć podatkowych może być niższy niż kwota dochodu gwarantowanego.

I jeszcze o obniżaniu podatków: ten kierunek oznacza mniej wpływów do budżetu. A to z kolei oznacza gorsze drogi, jeszcze mniej przedszkoli, gorsze szkoły, jeszcze gorszą służbę zdrowia, gorszą policję. Zapaść usług publicznych trzeba rekompensować na wolnym rynku – kupować SUV-y, żeby sprawniej pokonywać sypiące się drogi, posyłać dzieci do prywatnych szkół, ubezpieczać się na wypadek kolejnych chorób, wynajmować prywatną ochronę, płacić za studia. Oczywiście niewiele osób – nawet po obniżeniu podatków – byłoby na to wszystko stać. Z pewnością dla większości ludzi z klasy średniej, które tak chętnie słuchają o obniżaniu podatków, oznaczałoby to po prostu pogorszenie się jakości życia.

Mit czwarty: No, ale przecież wystarczyło 500+, żeby 100 tys. kobiet odeszło z pracy

Rzeczywiście, według Instytutu Badań Strukturalnych po wprowadzeniu świadczenia 500+ aż 100 tys. kobiet przeszło do bierności zawodowej. Ale to nie znaczy, że odeszły z pracy. Pojęcie aktywności zawodowej obejmuje nie tylko osoby pracujące, ale też te aktywnie poszukujące pracy. Bierność zawodowa oznacza z kolei, że się nie pracuje, ani nie poszukuje pracy. Część spośród tych kobiet była wcześniej bezrobotna i po prostu po wprowadzaniu 500+przestała poszukiwać pracy (czyli meldować się co jakiś czas w pośredniaku). 

Dr Iga Magda, współautorka badania, zwraca uwagę na to, że 500+ nie było jedyną przyczyną bierności zawodowej. Kobiety, które zdezaktywizowały się zawodowo, to osoby o niskich kwalifikacjach, z niewielkich miejscowości. A więc osoby często pracujące za upokarzające stawki w firmach o koszmarnej kulturze pracy, mieszkające w miejscach, gdzie nie ma infrastruktury przedszkolno-żłobkowej. Program 500+ był więc dla nich wybawieniem od nic niewartych prac, w których były po prostu wyzyskiwane. Niestety, należy również domniemywać, że wraz z napływem taniej siły roboczej ze Wschodu te miejsca pracy nie przestały istnieć, a jedynie zmieniła się warta wśród wyzyskiwanych.

Wiele kobiet zdezaktywizowało się z powodu dochodowego progu odcięcia, który w programie 500+ wynosi 800 zł na osobę w rodzinie. Powyżej tej kwoty nie przysługują środki z programu 500+ na pierwsze dziecko. Dochód gwarantowany nie ma punktów odcięcia; wszyscy dostają po równo, bez względu na sytuację materialną. Takie świadczenie nie prowadzi więc do typowej pułapki ubóstwa, która polega na tym, że kiedy idzie się do nisko płatnej pracy, to traci się przysługujące środki.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, której w dyskusji publicznej w zasadzie się nie podnosi. O ile faktem jest, że przez program 500+ zdezaktywizowało się około 100 tys. kobiet, o tyle warto pamiętać, że obecnie (według GUS) osób nieaktywnych zawodowo (zazwyczaj kobiet właśnie) z powodu zajmowania się domem i opieki nad osobami zależnymi jest ponad 1,8 mln. Osób, które są bierne zawodowo z powodu niemożności znalezienia pracy jest 300 tys.; osób niepracujących z powodu chorób jest 1,7 mln. W sumie w Polsce jest 13,5 mln osób biernych zawodowo (większość uczy się lub jest na emeryturze). Pod względem skali bierności zawodowej jesteśmy w europejskiej czołówce. Wyprzedzają nas Włosi, Rumuni, Chorwaci, Belgowie i Bułgarzy. Poza Belgią nie są to państwa słynące z ogromnych zasiłków. Najwięcej aktywnych zawodowo jest natomiast w Szwecji, Danii, Holandii, Niemczech i Norwegii. A więc w państwach, które stereotypowo są uznawane za zasiłkowe raje. 

Problem bierności zawodowej nie jest w Polsce nowy. Przez wielu ekspertów był podnoszony od wielu lat. Ale niewielu chciało ich słuchać. W debacie publicznej nabrał rozpędu razem z wprowadzeniem 500+, który to program jest przyczyną... 0,7 proc. przypadków dezaktywizacji. Chodzi więc wcale nie o bierność zawodową, tylko o podsycanie liberalnego populizmu.

Od jakiegoś czasu na Gazeta.pl publikujemy opinie publicystów z różnych stron sceny politycznej - mamy nadzieję, że są dla Ciebie interesujące! Co o nich sądzisz? Weź udział w ankiecie. KLIKNIJ TUTAJ, aby odpowiedzieć na kilka krótkich pytań.

"Grillowanie" Morawieckiego. Polski premier odpowiadał na pytania europosłów