Wójcik: Czy premier realizuje plan Morawieckiego? "Program 'Batory' to tylko karta A4"

Realizacja planu Morawieckiego niemiłosiernie się wlecze. Gdyby Koreańczycy z Południa zabierali się do swojej polityki przemysłowej z takim zapałem jak Polacy, to LG dalej robiłoby tylko radia i lodówki, a gigant stalowy POSCO nigdy by nie powstał.

Aktywna polityka przemysłowa była z sukcesem wdrażana przez wiele krajów na świecie. Szczególnie przez azjatyckie tygrysy, z Koreą Południową i Tajwanem na czele. Z powodzeniem łączyły one rozwiązania wolnorynkowe nie tylko z interwencjonizmem państwowym, ale też z planowaniem – a dokładnie planowaniem indykatywnym. Różniło się ono od centralnego planowania tym, że zamiast szczegółowego planowania produkcji planiści określali wskaźniki ekonomiczne, które chcą osiągnąć na koniec danego okresu. Koreańczycy z Południa tworzyli więc co kilka lat kolejne plany, zamierzając osiągnąć odpowiednie poziomy wzrostu produkcji przemysłowej, produktywności czy PKB. Co więcej, plany te realizowali z nawiązką, dzięki czemu w latach 1960-80 z jednego z najbiedniejszych krajów na świecie stali się krajem średnio rozwiniętym, a obecnie są już jednym z najzamożniejszych i najbardziej nowoczesnych społeczeństw globu. Z tej perspektywy stworzenie planu Morawieckiego wydaje się sensowne i potrzebne. Szczególnie że zawiera on wiele rozwiązań wdrażanych przez państwa, które odniosły sukces gospodarczy. Problem w tym, że po 2,5 roku od zaprezentowania planu Morawieckiego i 1,5 roku od ogłoszenia jego skonkretyzowanej formy, jaką jest Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju, większość z tych sprawdzonych rozwiązań wciąż jest w powijakach. A wskaźniki makroekonomiczne są bardzo dalekie od planów.

Pięć pułapek

Zgodnie z dobrymi wzorcami planowania indykatywnego Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), która jest podstawą polityki przemysłowej PiS, jest bogata we wskaźniki ekonomiczne – te określające zarówno stan obecny, jak i docelowy. Według SOR Polska tkwi w pięciu pułapkach.

Najważniejsza to pułapka średniego dochodu, która przejawia się m.in. tym, że polski PKB per capita wynosi 45 proc. amerykańskiego, a polskie płace nominalnie są trzy razy niższe niż w Europie.

Pułapka przeciętnego produktu jest spowodowana głównie niską innowacyjnością polskich firm – wydatki na badania i rozwój w stosunku do PKB są dwa razy niższe od średniej UE.

Z powodu pułapki braku równowagi według SOR co roku mamy tracić 95 mld zł, które wypływają z Polski w postaci dywidend, co akurat jest liczbą przesadzoną – w 2016 r. zyski spółek zagranicznych wyniosły ok. 80 mld zł, z czego 35 mld zł zostało reinwestowane w naszym kraju. Pozostałe dwie pułapki są związane z polityką przemysłową jedynie pośrednio – pułapka demograficzna objawia się oczywiście dramatycznie niskim wskaźnikiem dzietności, a pułapka słabości instytucjonalnej m.in. bardzo dużą luką VAT.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem autorów SOR, do 2030 roku mielibyśmy osiągnąć dochód na głowę mieszkańca na poziomie średniej unijnej, a wskaźnik zatrudnienia osób w wieku produkcyjnym powinien sięgnąć 76 proc. Stopa inwestycji powinna mieć poziom 25,5 proc. PKB, a wydatki na badania i rozwój – 2,5 proc. PKB, a więc musiałyby wzrosnąć 2,5-krotnie. Udział przemysłu w PKB powinien sięgnąć 21 proc., co będzie zdecydowanie najprostsze z tych ambitnych planów, gdyż już teraz oscyluje w okolicach 20 proc.

Inspirowane w Niemczech i Izraelu

Żeby spełnić te ambitne cele, rządzący PiS zaprojektował różnego rodzaju instrumenty. Główny z nich to stworzony już w 2016 roku Polski Fundusz Rozwoju, który ma być polskim bankiem rozwoju, czyli instytucją finansującą projekty przemysłowe i modernizacyjne nad Wisłą. Takie banki mają czołowe gospodarki świata – najsłynniejsze z nich to niemiecki KfW i brazylijski BNDES, których aktywa jednak przekraczają wielokrotnie to, czym dysponuje PFR. Start in Poland to grupa funduszy wysokiego ryzyka, która ma zaś dostarczać kapitał raczkującym firmom, czyli modnie mówiąc, start-upom. Jest ona wzorowana na izraelskich funduszach Yozma, których działanie sprawiło, że Izrael jest obecnie światowym zagłębiem venture capital. Oprócz nich zaplanowano także projekty flagowe. Projekt „Batory” ma być impulsem do tworzenia przez polski przemysł stoczniowy większych jednostek specjalistycznych – obecnie wyspecjalizował się on w niewielkich jachtach. „Żwirko i Wigura” ma stworzyć otoczenie legislacyjne oraz infrastrukturalne, które umożliwi użytkowanie dronów na dużą skalę. „Luxtorpeda 2.0” to projekt budowy polskiej kolei wysokiej prędkości, a „Elektromobilność” – rozwoju w Polsce rynku pojazdów elektrycznych.

Niestety realizacja tych wszystkich wspaniałości jak na razie ślimaczy się niemiłosiernie. Polski Fundusz Rozwoju jest, co prawda, dosyć aktywny. Uczestniczył do tej pory w dwóch bardzo dużych transakcjach. Przede wszystkim brał udział przy zakupie jednej trzeciej udziałów banku Pekao przez PZU. A ostatnio przejął bydgoską Pesę produkującą pojazdy szynowe, która wpadła w kłopoty z powodu ryzykownej polityki właścicieli, którzy brali każde zlecenie, jak leci. Z perspektywy SOR to słuszne działania. Pekao to największy bank korporacyjny w Polsce, więc jego przejęcie umożliwi rządowi wpływ na kredytowanie przedsiębiorstw – dla polityki przemysłowej to wartość niebagatelna. Natomiast Pesa oczywiście jest kluczowa z perspektywy projektu „Luxtorpeda 2.0”.  To jednak inwestycje polegające na przejęciu działających już spółek, więc trudno mówić tu o jakiejkolwiek wartości dodanej. To ruchy, które mają dopiero zbudować grunt pod przyszłe ewentualne działania modernizacyjne – czyli sam początek. Powstały też dwa fundusze Start in Poland: Starter FIZ skierowany do małych przedsiębiorstw oraz Biznest FIZ – do tak zwanych aniołów biznesu. Oba zrealizowały już po trzy nabory, jednak trudno uznać to za sukces – rozdzielanie pieniędzy to nie jest jakieś piekielnie trudne zadanie. O sukcesie będziemy mogli mówić, gdy któremuś z finansowanych start-upów wymiernie się powiedzie, a na razie o niczym takim nie słyszeliśmy.

Uziemiona Luxtorpeda

Na jeszcze wcześniejszym etapie jest realizacja projektów flagowych. W ramach programu „Żwirko i Wigura” dopiero trwają prace koncepcyjne nad otoczeniem regulacyjnym, które umożliwi użytkowanie dronów na szeroką skalę. Na kwietniowej konferencji w Krakowie Małgorzata Darowska z PFR sama przyznała, że prace nad wdrożeniem programu nie idą tak szybko, jak by mogły. „Luxtorpeda 2.0” jest na takim etapie, że PFR musi najpierw uratować Pesę, która miałaby to realizować. „Obecnie program »Batory« to tylko kartka A4” stwierdził w „Pulsie Biznesu” we wrześniu ubiegłego roku Andrzej Buczkowski z Marine Solutions Wartsila. Od tamtej pory niewiele się zmieniło, a realizacja programu sprowadza się do tego, że Polska Żegluga Bałtycka zamówiła prom w Stoczni Szczecińskiej. 

W grudniu ubiegłego roku poznaliśmy konkrety programu „Elektromobilność” - do 2020 roku ma powstać 6 tysięcy punktów ładowania o zwykłej mocy i 400 o dużej mocy. Mają być one stworzone w 32 polskich aglomeracjach. Jak na razie w Katowicach jest ich kilka, więc w ciągu najbliższych dwóch lat musielibyśmy je budować w doprawdy ultraszybkim tempie. Według SOR do 2025 roku w Polsce ma być zarejestrowanych milion pojazdów elektrycznych. To liczba zupełnie nierealistyczna, ponieważ jak na razie nasz rynek aut elektrycznych wygląda niezwykle marnie – i też nic dziwnego, skoro wciąż nie ma podstawowej infrastruktury. W 2017 roku zarejestrowano w Polsce 1068 samochodów elektrycznych, tymczasem w całej UE – 217 tysięcy. W pierwszym kwartale 2018 roku zarejestrowano nad Wisłą 340 takich pojazdów, w Niemczech – 18 tysięcy, a we Francji – 11 tysięcy. Niestety rząd chyba nie rezygnuje z zupełnie nierealistycznych planów budowy polskiego elektrycznego samochodu osobowego. Niektóre ze zgłoszonych w 2017 roku do konkursu projektów wyglądały tak, jakby zostały narysowane w PowerPoincie na lekcji informatyki. Komisja wybierająca zwycięski projekt zakończyła prace w lutym tego roku, jednak projekt ma być zaprezentowany dopiero w październiku, a prototyp – w lutym 2019 roku. Trwa właśnie drugi nabór wniosków w ramach projektu „InnoMoto”, nadzorowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. I to nie jest dobra informacja, zważywszy na to, że pierwszy nabór nie był zbyt obiecujący. Ćwierć miliarda złotych zostało rozdysponowane między 55 podmiotów, czyli grant zgarnął co drugi aplikujący. Najwyższą kwotę 15 mln zł otrzymała firma Fulco, która wcześniej zajmowała się... małą architekturą i reklamą zewnętrzną.

Skoku jakościowego brak

Wskaźniki makroekonomiczne jak na razie również nie zwiastują tego, że ambitne cele zostaną zrealizowane. Niektóre z nich rzeczywiście wyraźnie się poprawiły, szczególnie w ostatnim roku, który był wyjątkowo dobry dla polskiej gospodarki, jednak trudno tu mówić o jakimś skoku jakościowym. Pod względem najważniejszego z perspektywy SOR wskaźnika, czyli PKB per capita w stosunku do średniej UE, poprawiliśmy się o 2 pkt proc. i osiągnęliśmy po raz pierwszy w historii poziom 70 proc. To duże osiągnięcie, tym bardziej że w Czechach i na Węgrzech wzrósł on tylko o 1 pkt proc., a na Słowacji ani drgnął. Jednak trudno przypuszczać, że w takim tempie w 13 lat zniwelujemy 30 pkt proc. różnicy względem średniej UE, skoro w pierwszych 14 latach członkostwa nadrobiliśmy 20 pkt proc. A najszybciej nadrabialiśmy w czasie kryzysu, gdy w niektórych krajach wskaźniki leciały na łeb, na szyję (w 2009 nadrobiliśmy 4 pkt proc.). Przeciętna stawka za godzinę pracy po kilku latach stagnacji w 2017 roku wzrosła z 8,6 euro do 9,4 euro. To dobry wynik, lecz o podobne wielkości wzrosła ona we wszystkich krajach wyszehradzkich, które nie mają planu Morawieckiego. A średnia UE wynosi 26,8 euro, a więc wciąż jest niemal trzy razy wyższa, tak jak wskazywał SOR.

Największą bolączką obecnego rządu jest poziom inwestycji. Według celów SOR w 2030 roku poziom inwestycji powinien sięgnąć 25,5 proc. PKB. Tymczasem w ostatnich dwóch latach regularnie spada. W 2016 roku do poziomu 18 proc., z 20,1 proc. rok wcześniej. W 2017 r. znów obniżył się do 17,7 proc. Spadek tego wskaźnika chyba najlepiej pokazuje, że polityka przemysłowa PiS wciąż nie przekłada się na realną gospodarkę – modernizacja gospodarki polega przecież właśnie na ekspansji inwestycji. Nie widać też wzrostu nakładów na badania i rozwój. Nie ma jeszcze danych za 2017 rok, ale w 2016 się one obniżyły do 0,97 proc., czyli były niższe już ponad dwa razy od średniej UE. Trzeba przyznać, że pod rządami PiS solidnie rośnie zatrudnienie – według OECD między końcem 2015 roku a pierwszym kwartałem 2018 roku wzrosło ono z 63 proc. do 67 proc. W Czechach wynosi ono jednak 74 proc., a na Węgrzech – 69 proc. Tymczasem według SOR w 2030 roku mamy osiągnąć ten wskaźnik na obecnym poziomie Niemiec, czyli 76 proc.

Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju na papierze wygląda bardzo obiecująco. Zawiera nieźle opisaną diagnozę, ambitne cele oraz przemyślane instrumenty potrzebne do ich osiągnięcia. Problem w tym, że jej realizacja rozbija się o znaną w Polsce dziwną instytucjonalną niemoc. Gdyby Koreańczycy z Południa zabierali się do swojej polityki przemysłowej z takim zapałem jak Polacy, to LG dalej robiłoby tylko radia i lodówki, a gigant stalowy POSCO nigdy by nie powstał.