Morawski: Unia nam nie ucieknie. Niemcy za dobrze tu zarabiają, żeby zostawić nas za burtą

Euro jest jak zamiana pasów bezpieczeństwa w samochodzie na ostrze wystające pionowo z kierownicy.

Czy euro jest tak złe, jak na Gazeta.pl napisał Piotr Wójcik? Jego tekst „Euro gorsze niż populiści. Wspólna waluta to główny hamulcowy integracji europejskiej” wywołał konsternację wielu czytelników i publicystów. Wójcik twierdzi, że euro jako projekt polityczny jest porażką i należy wstrzymać postęp tego projektu lub nawet go rozmontować. Jak to możliwe, że portal jednoznacznie proeuropejski, za jaki uchodzi Gazeta.pl, publikuje taki pasztet?! – myśli wielu. Chcę państwa uspokoić. Wszystko, co dość rzeczowo opisał Wójcik, nie różni się od opinii formułowanych dziś na Zachodzie przez wielu mainstreamowych ekonomistów. Dopiero co wyszła książka profesora Ashoki Mody’ego z Uniwersytetu Princeton pt. „Euro Tragedy”, w której autor pisze, że euro to wynik wielu dekad utopijnego planowania niepopartego solidną analizą ekonomiczną. Jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem jest wstrzymanie integracji.

Unia idzie jednak w odwrotnym kierunku. Francja i Niemcy właśnie ogłosiły powołanie budżetu dla strefy euro i silniejsze powiązanie krajów mających wspólną walutę. Kluczowe pytanie brzmi: co dla Polski wynika z faktu, że liderzy krajów strefy deklarują chęć pogłębiania projektu politycznego, w którym Polska nie chce uczestniczyć? To pytanie należy rozbić na dwa oddzielne. Po pierwsze, czy bardzo prawdopodobne jest to, że strefa euro rzeczywiście mocno zacieśni integrację? Po drugie, jeżeli strefa euro zacieśni integrację, to czy powinniśmy do niej przystąpić? Moja odpowiedź na te pytania brzmi: „nie” i „na razie nie”.

Nie będzie dużego budżetu euro

Niemcy nie zgodzą się na bardzo ścisłą integrację w ramach strefy euro na francuskich warunkach, czyli opartą na dużym budżecie strefy euro, pogłębionej unii bankowej i bardzo silnym funduszu płynnościowym (Europejskim Funduszu Walutowym). Do tego należałoby dodać propozycję, która dziś nie leży na stole, ale powinna być filarem zmian – poszerzenie obowiązków Europejskiego Banku Centralnego, aby musiał dbać nie tylko o niską inflację, ale też o pełne zatrudnienie, tak jak ma w obowiązkach amerykański Fed (de facto oznacza to mocniejsze niż w przypadku EBC wspieranie gospodarki w czasie dekoniunktury). To wszystko byłoby sprzeczne z kulturą gospodarczą Niemiec opartą na jak najmniejszym dzieleniu ryzyka między kraje, sprzeczne z ich kulturą polityczną, bazującą bardziej na twardych regułach niż zarządzaniu politycznym, i sprzeczne z ich interesem strategicznym, którym jest jak najszersza integracja europejska. Zresztą ostatnie posiedzenie ministrów finansów w Luksemburgu potwierdza, że poza odważnymi deklaracjami postęp w reformach strefy euro jest minimalny.

Niemcy nas nie zostawią za burtą, bo na nas zarabiają

Od kilku dekad integracja europejska opiera się na próbach Francji, by oplatać Niemcy takimi instytucjami, które ograniczą wpływy tego kraju. Unia Europejska powstała (jako dziedziczka Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej) w reakcji na zjednoczenie Niemiec – miała uwiązać Niemcy politycznie i gospodarczo w szerszych strukturach europejskich. Strefa euro była odpowiedzią na rosnącą i dominującą rolę Bundesbanku na europejskim rynku walutowym. Francuzi chcieli mieć bank mniej konserwatywny, bardziej nastawiony na promowanie wzrostu gospodarczego niż ograniczanie inflacji. Rolą dużego budżetu dla strefy euro również jest nałożenie ograniczeń na Niemcy, które mają z góry zobowiązać się do płacenia określonych kwot, by nie trzeba było na każdym szczycie europejskim klękać przed nimi i błagać o każde euro. Ale jest też inny aspekt budżetu dla strefy euro.

I tu w układance pojawia się Polska wraz z całą Europą Środkową. Integracja naszego regionu z Unią Europejską była jednym z głównych powodów ogromnego wzrostu roli Niemiec w Unii Europejskiej od połowy zeszłej dekady. Niemcy najlepiej ze wszystkich krajów starej UE wykorzystały rozszerzenie Unii, rozwijając sieci produkcji w Europie Środkowej, przenosząc tutaj swoje firmy, inwestując, umacniając też swoją pozycję polityczną. To dzięki temu udało im się utrzymać bardzo wysoką konkurencyjność przemysłu akurat w momencie, gdy zaczynał się kryzys finansowy. Jesteśmy jako region dla Niemiec obszarem strategicznym, podobnie zresztą jak Niemcy – dla nas. Francuzi doskonale to rozumieją, dlatego sceptycznie patrzą zarówno na efekty dotychczasowego rozszerzenia, jak i możliwości dalszego powiększania obszaru UE w przyszłości o kolejne kraje szeroko pojętej Europy Środkowo-Wschodniej. A ponieważ źródło siły Niemiec w niemałej mierze leży poza strefą euro, przywiązanie ich mocniej do euro zmniejszyłoby przewagę konkurencyjną Niemiec nad Francją. Niemcom się to nie powinno opłacać.

Na razie wspólny budżet będzie więc miał prawdopodobnie wielkość symboliczną.

Scenariusz alternatywny – co jak euro ruszy do przodu?

Nie można jednak wykluczyć, że Niemcy, biorąc odpowiedzialność za przyszłość i stabilność strefy euro, wyrzekną się niektórych zasad, części swoich interesów i pozwolą na mocne przyspieszenie integracji politycznej w ramach strefy. Co to oznacza dla Polski? Czy powinniśmy przystąpić do euro? Sądzę, że nie – nie teraz, nie w nadchodzącej dekadzie.

Konstrukcja strefy euro ujawniła w ostatnim dziesięcioleciu tyle wad, że trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Każda nowa konstrukcja będzie wymagała co najmniej jednej mocnej recesji, by przetestować jej trwałość.

Przede wszystkim euro jest jak zamiana pasów bezpieczeństwa w samochodzie na ostrze wystające pionowo z kierownicy – nie ma narzędzi amortyzujących wstrząsy gospodarcze i błędy w polityce gospodarczej, a są mechanizmy wzmagające kary za takie wstrząsy i błędy. Kaprysy rynków finansowych są w stanie zdewastować słabsze gospodarki euro, a jedynym ratunkiem jest Bank Centralny we Frankfurcie, co oznacza całkowite oddanie suwerenności politycznej. To zaś prowadzi do wzrostu frustracji politycznych i umocnienia populizmu. Paradoks polega na tym, że im skuteczniej rozwiąże się problem zabezpieczenia przed skutkami kryzysów, tym bardziej nasili się problem całkowitego likwidowania suwerenności.

Wady ujawniają się oczywiście tylko w wyjątkowych sytuacjach. Ale czy jest sens ryzykować, jeżeli korzyści są niewielkie? Kluczowe czynniki decydujące o naszym długookresowym rozwoju nie są związane z tym, czy będziemy w strefie euro czy nie. Rozwój zależy od tego, czy będziemy krajem otwartym, stabilnym, o prężnym sektorze prywatnym, inteligentnym państwem z solidnymi związkami z kluczowymi partnerami handlowymi. Przez 30 lat rozwijaliśmy się szybko, posiadając własną walutę. Bardzo trudno przyjąć argument, że jej zmiana jest warunkiem koniecznym utrzymania dobrej passy.

Entuzjaści euro w Polsce argumentują, że ożywienie gospodarcze w strefie wskazuje, iż strefa wychodzi na prostą i zostawia za sobą kryzysowe zjawiska. Ożywienie to jednak zjawisko czysto cykliczne, trudno uznać je za przejaw jakichkolwiek trwałych zmian.  Inny argument zwolenników euro w Polsce jest taki, że badania opinii publicznej w Europie Zachodniej pokazują wysokie poparcie dla wspólnej waluty. Ale przecież sam fakt, że zadaje się takie pytania obywatelom, pokazuje immanentną niestabilność strefy – euro traktowane jest wciąż jak kwestia wyboru, a nie trwały element krajobrazu.

Wejście do euro powinniśmy rozważyć dopiero wtedy, kiedy okaże się, że strefa euro zastępuje Unię Europejską. Do tego jednak droga jest tak daleka, że trudno uznać to za scenariusz na najbliższą dekadę.

Ignacy Morawski jest ekonomistą, założycielem serwisu SpotData