Pięć powodów, dla których referendum Andrzeja Dudy nie ma sensu

Jacek Gądek
Referendum, które rozpisać chce prezydent Andrzej Duda, nie ma sensu. Oto pięć powodów, dlaczego. Równie dobrze, a z pewnością taniej, byłoby, gdyby prezydent stworzył sondę na swoim - bardzo popularnym - profilu na Twitterze.

Dlaczego?

1. Nie będzie wiążące, a frekwencja zapowiada się na niską

Opinia Polaków wyrażona w referendum jest wiążąca dla władzy, jeżeli weźmie w nim udział ponad połowa uprawnionych do głosowania, a tych jest ponad 30 milionów. Jeśli nie przekroczy 50 proc., to już tylko opinia, choćby wyraziło ją nawet 15 milionów Polaków, którą władza może mieć w najgłębszym poważaniu.

Do tej pory tylko jedno referendum przekroczyło pułap 50 proc. - ws. przystąpienia Polski do Unii Europejskiej (58,85 proc.). Wówczas pytanie było absolutnie fundamentalne i budziło gigantyczne zainteresowanie, a w jego zbudowaniu pomógł także Jan Paweł II, który wsparł proeuropejski kurs Polski.

Drugie fundamentalne referendum (1997 r.) dotyczyło przyjęcia obecnej konstytucji - wtedy frekwencja wyniosła 42,86 proc. Już na starcie wszyscy spodziewali się, że nie przekroczy 50 proc., więc zawczasu zniesiono próg, więc i przy niskiej frekwencji było ono wiążące.

Chłodno patrząc: nie ma szans na to, aby w referendum Andrzeja Dudy udział wzięła ponad połowa wyborców.

2. Pytania nie dotyczą najistotniejszych kwestii, jest ich za dużo, są niezrozumiałe, albo powielają obecne zapisy

Nad 15 pytaniami, które zaprezentował Pałac Prezydencki, można się pastwić i smagać je niezliczonymi argumentami. Pytania są chybione: zbyt niejasne, zbyt szczegółowe, zwyczajnie mało ważne albo po prostu dublują to, co już w konstytucji się znajduje.

Weźmy na warsztat tylko niektóre.

Pytanie nr 3: "Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem do Konstytucji RP obowiązku przeprowadzenia referendum ogólnokrajowego w sprawach o istotnym znaczeniu dla Państwa i Narodu, jeśli z takim żądaniem wystąpi co najmniej 1.000.000 obywateli?".

A kto będzie oceniał, które sprawy mają "istotne znaczenie dla Państwa i Narodu"? I po drugie: taki zapis w konstytucji wywołałby falę wniosków o referenda: o aborcję, sprawy socjalne, system władzy i inne kwestie. Milion podpisów naprawdę nie jest trudno zebrać, przecież ws. wieku emerytalnego "Solidarność" zebrała ich ponad dwa miliony.

Pytanie nr 4: "Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?".

Już dziś w preambule znajdują się dwa odwołanie do Boga i wiary (fragmenty, że "wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy..." oraz o "...kulturze zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu"). Można przywołać je po raz wtóry, tylko po co? Równie dobrze prezydent mógłby chcieć nadać ustawie zasadniczej nazwę "Konstytucja Konstytucja", ale jakoś nie chce.

Jedna wizyta prezydenta na spotkaniu młodych chrześcijan w Lednicy i tańce tam więcej zdziałają na rzecz promowania wartości chrześcijańskich niż natarczywe upychanie ich w państwowych dokumentach.

Prezydent chce wpisać do konstytucji ochronę praw nabytych, która w konstytucji już jest wpisana. Podobnie "szczególna ochrona pracy", ochrona rodziny czy wyższość konstytucji nad prawem europejskim, o które chce pytać prezydent, w konstytucji już są. Wpisanie wprost 500+ (a to prezydent sugeruje) do konstytucji co prawda odpowiada na obawy wyborców ("PiS dało pieniądze, ale inna władza może odebrać"), to jednak zakrawa o absurd.

Owszem, polityka prorodzinna i wiek emerytalny, to tematy, o których warto dyskutować, wzbudzą one emocje, ale pierwszy jest zbyt konkretny, by wpisywać go do konstytucji, a "szczególna ochrona prawa do emerytury" w wieku 60/65 lat zionie ogólnikowością.

Wpisanie do konstytucji polskiego członkostwa w UE i NATO? Polacy są tak proeuropejscy i pronatowscy, że pytanie to jest marnowaniem czasu wyborców. Po co teraz debata o sensowności i wieczności polskiej przynależności do UE i NATO? Chyba jedynie sceptykom, którzy mogliby dzięki niej wypłynąć.

Wpisywanie do konstytucji "szczególnej ochrony polskiego rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski"? Ojcostwa? "Szczególnej opieki" nad kobietami ciężarnymi, dziećmi i niepełnosprawnymi? Seniorami? W sumie pomysł prezydenta można sprowadzić do "szczególnej ochrony wszystkiego". Można by się prześcigać w drwinach.

Ustrojowo ważne jest pytanie o to, czy "wzmocnić" kompetencje prezydenta w sprawach zagranicznych i wojska. Gdyby jeszcze dodać wpływ prezydenta na obsadę MSW, byłby to powrót do "małej konstytucji", która obowiązywała w latach 90. Taki scenariusz byłby możliwy, ale tyko wtedy, gdy prezydentem był Kaczyński - Lech albo Jarosław.

Mimo że Andrzej Duda mówi o nowej, nowoczesnej konstytucji, to jego pytania są wsteczne. Zamiast iść do przodu z dyskusją o ustroju, Duda po raz kolejny chce skonsumować zachwyt Polaków nad 500+ i obniżką wieku emerytalnego, chce powielać zapisy obecnej konstytucji i sięgnąć po wzorzec z prawdziwie postkomunistycznej "małej konstytucji". Po co? Dziś już pewnie sam Duda zastanawia się, po co mu to wszystko jest.

3. Koszty: minimum 70 milionów złotych

By Bronisław Komorowski mógł się ośmieszyć w swoim referendum z 2015 r., państwo wydało 71 mln zł. To był wyjątkowo drogi kabaret jednego aktora. Frekwencja wyniosła 7,8 proc. Szyderstw z byłego prezydenta nie było końca. Można było go jednak usprawiedliwiać, choć to kiepska okoliczność łagodząca: desperacko walczył o ocalenie stanowiska.

Andrzej Duda ogłosił swój pomysł mając przed sobą trzy lata prezydentury obecnej kadencji. Romantyczna wizja "niech w 100-lecie odzyskania niepodległości Polacy powiedzą, jakiej opisanej w konstytucji Polski chcą" okazała się naiwna i oderwana od realnej polityki, a nawet od realnych oczekiwań Polaków wobec prezydenta. Widać to po mikrym zainteresowaniu wyborców samym pomysłem na referendum (w sondażu "Rz" 53 proc. badanych stwierdził, że to zły pomysł).

Referendum Dudy ma kosztować co najmniej 70 milionów zł, a gdyby było dwudniowe, to jeszcze więcej. Dużo racjonalniej jest zamówić sondaż na reprezentatywnej grupie i zapłacić za niego 7 tys. zł, niż wydać 10 tys.razy więcej i otrzymać w zamian sondę wśród swoich najzagorzalszych zwolenników. A już bez żadnych kosztów prezydent może stworzyć sondę na swoim - bardzo popularnym - profilu na Twitterze.

4. Brak najważniejszych pytań

Idea referendum w kilku kluczowych dla państwa kwestiach to szczytna idea. Są w Polsce tematy, o których naprawdę warto dyskutować, bo zaciążą nad życiu kilku pokoleń. Czy przyjąć szybko walutę euro? Czy zmienić model władzy na prezydencki albo kanclerski? Ale takie pytania można zadawać po realnej, długiej dyskusji i kampanii informacyjnej. A do tego nie ma ani woli, ani klimatu.

5. Marnowanie potencjału prezydenta i podkopywanie autorytetu jego urzędu

Dziś jest tak: flagowy pomysł prezydenta nikogo na serio nie interesuje. Zaangażowanie głowy państwa w promowanie referendum i jakość pytań, które zaproponował, wskazują, że dla Dudy nie ma ono priorytetu, ale brnie w ideę i idzie jak po swoje, sądząc, że przecież Senat nie zablokuje mu pomysłu. Otóż PiS w Senacie może zmielić wniosek prezydenta, subtelnie, ale jednak.

Więcej o: