Krawczyk: Polska nauka choruje, ale nie umiera. A Gowin podaje jej lek, w którym może być cyjanek

Czy ustawa 2.0 rzeczywiście będzie lekarstwem na bolączki polskiej nauki? Ten pacjent choruje, ale przecież nie umiera. Czy naprawdę należy mu podać pigułkę, w której może się kryć cyjanek?
Jesteś w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Publikujemy teksty bardzo różne ideowo i zawsze wyrażają one poglądy autorów, a nie redakcji.

W poniedziałek odwiedziłem Pałac Kazimierzowski, w którym od 5 czerwca trwa protest studentów przeciw projektowi ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym. Projekt ten, określany jako Konstytucja dla Nauki, ustawa 2.0 albo ustawa Jarosława Gowina, jest jednym z najgorętszych tematów ostatnich dni. Po tej wizycie postanowiłem poprzeć protest, a to ze względu na sposób prowadzenia prac nad ustawą. Bo miało być pięknie, a nie jest.

Zacznijmy od przykładu, którym będzie jedno z najbardziej zdumiewających rozwiązań w historii projektu. Otóż w pierwotnej wersji ustawy, ogłoszonej 19 września 2017 roku, zapisano, że nauczycielem akademickim może być osoba, przeciw której nie toczy się postępowanie o przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego. Już samo rozpoczęcie takiego postępowania miało skutkować zwolnieniem z pracy. W uzasadnieniu projektu jednak o tym nie wspomniano – pojawiła się wyłącznie ogólnikowa wzmianka na temat „przesłanek wygaśnięcia umowy o pracę z nauczycielem akademickim w przypadku zaprzestania spełniania przez niego wymagań dotyczących zatrudniania nauczycieli akademickich”.

Na szczęście rzecz wychwycili dziennikarze. Między innymi Mikołaj Iwański mówił w „Krytyce Politycznej” o „ewidentnym ukłonie w stronę Zbigniewa Ziobry”, a Tomasz Kamiński pisał w „Liberté”: „Jeśli (…) na blogu zrobię literówkę w nazwisku Prezydenta, albo też na demonstracji krzyknę coś, co nie spodoba się władzy, to jakiś usłużny władzy prokurator może wszcząć postępowanie przeciwko mnie. Automatycznie wygaszając przy tym moją umowę o pracę z Uniwersytetem Łódzkim. Absurd? Tak, ale ilu będzie takich odważnych, którzy zaryzykują całą swoją karierę akademicką, krytykując władzę?”. Dopiero pod wpływem nieprzychylnych reakcji ministerstwo ogłosiło, że wycofa się z tego rozwiązania.

Nauczyciela wyrzucić, członek rady zostaje

Ta historia nie byłaby jeszcze tak niepokojąca, gdyby nie to, że pół roku później w projekcie umieszczono kolejny wariant tych samych przepisów – złagodzony, ale wciąż niebezpieczny. W dokumencie z 26 marca czytamy, że „umowa o pracę z nauczycielem akademickim wygasa” m.in. „w przypadku (…) orzeczenia kary pozbawienia wolności lub ograniczenia wolności”. We fragmencie tym nie ma warunku prawomocności orzeczenia, na co zwrócono uwagę w ostatnim postulacie na stronie Nauki Niepodległej. Innymi słowy, po wyroku ogłoszonym w pierwszej instancji uczelnia musiałaby zwolnić daną osobę z pracy – na długo przed końcem ewentualnej procedury odwoławczej, która przecież może zakończyć się uniewinnieniem.

W odpowiedzi na postulat ministerstwo ogłosiło: „Zawód nauczyciela akademickiego jest zawodem zaufania społecznego, a nauczyciele akademiccy odgrywają istotną rolę w kształtowaniu młodego pokolenia. Zatem ich postawa i zachowanie nie powinny budzić wątpliwości, także w zakresie zasad godności zawodu. Jednak w związku z tym, że różne środowiska akademickie – podobnie jak protestujący – zwracają uwagę na surowość tego przepisu, resort nauki planuje podjąć tę kwestię w ramach II czytania w Sejmie i zawęzić ten przepis”. Po raz kolejny niezbędne okazało się wyszukanie szkodliwego artykułu (w dwustustronicowym pliku) i wywołanie MNiSW do tablicy.

Ale to jeszcze nie koniec! Otóż w marcowej wersji projektu zapisano także: „Członkiem rady uczelni może być osoba, która (…) nie była skazana prawomocnym wyrokiem za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe”. Tutaj pojawia się już słowo „prawomocny”. A więc jeżeli ktoś będzie należeć do jednego z najważniejszych organów uczelnianych, liczącego zaledwie 7 lub 9 członków, to jego „postawa i zachowanie” mogą już „budzić wątpliwości”? Nauczyciel akademicki (albo nauczycielka) musiałby odejść z pracy po wyroku w pierwszej instancji, a osoba należąca do rady już nie?

Setki poprawek ustawy

Ile jeszcze takich skarbów można znaleźć w tej ustawie? Trudno powiedzieć, ponieważ nigdzie nie ma jej aktualnej wersji. Na stronie Konstytucji dla Nauki wciąż figuruje projekt z 26 marca, na stronie Sejmu – projekt z 5 kwietnia. W maju do tego ostatniego wariantu wprowadzono szereg poprawek rządowych, których brzmienie wprawdzie znamy, ale które zostały przedstawione w takiej formie, jak w tym oto uroczym przykładzie: „W art. 34 w ust. 1 po pkt 3 dodaje się pkt 3a w brzmieniu: «3a) typy jednostek organizacyjnych uczelni»”. I tak 160 razy przez ponad 40 stron.

Żeby to wszystko prześledzić, musielibyśmy ślęczeć osobno nad każdą poprawką i własnoręcznie zestawiać ją z odpowiednim fragmentem głównej ustawy albo przepisów wprowadzających. Pierwszy z tych plików to 471 artykułów na 201 stronach (nie licząc 303 stron uzasadnienia, oceny skutków regulacji i rozmaitych załączników), drugi plik to 344 artykuły na 188 stronach (nie licząc 117 stron dodatkowych materiałów). Powodzenia. A czekają nas jeszcze kolejne poprawki…

Prawo powstaje w ukryciu

Gdyby ministerstwu naprawdę zależało na przejrzystości procesu ustawodawczego, to ułatwiłoby nam zapoznanie się z obecnymi zmianami. Można byłoby np. przedstawić projekt z 5 kwietnia z dopisanymi do poszczególnych artykułów poprawkami rządu i komisji, które rozwijałyby się po kliknięciu. Strona Konstytucji dla Nauki stanowiłaby świetne miejsce na publikację takiego pliku – dotarłoby do niego znacznie więcej osób niż do materiałów dostępnych w witrynie Sejmu. Można byłoby też po pierwszym czytaniu zorganizować w parlamencie wysłuchanie publiczne, które zapowiadali w ubiegłym roku minister Jarosław Gowin i wiceminister Aleksander Bobko, a z którego w maju Zjednoczona Prawica jednak zrezygnowała. Oj, można by, można by było.

Niestety w kulminacyjnym momencie reformy nikt nie dba o to, aby osoby zainteresowane mogły zapoznać się z kształtem stanowionego prawa. W tym kluczowym aspekcie standardy legislacyjne Konstytucji dla Nauki nie różnią się od sposobu procedowania wielu innych ustaw, mimo że np. według wiceministra Piotra Müllera „proces prac (…) był bardzo transparentny”. Być może nie chodzi o prawdziwą przejrzystość, a jedynie o jej iluzję.

W czerwcu zeszłego roku Bohdan Widła mówił mi w wywiadzie dla „Kontaktu”: „Mam poczucie, że prawo coraz częściej powstaje w ukryciu”. Było to jeszcze przed najbardziej spektakularnym wydarzeniem legislacyjnym tej kadencji, czyli ustawą o Sądzie Najwyższym, której projekt został opublikowany w środku nocy i w ciągu tygodnia przeszedł wszystkie trzy czytania. Niewiele czasu dano wtedy suwerenowi na uważną lekturę 140 stron dokumentu, oj, niewiele.

Ustawa o nauce nie jest procedowana w sposób tak widowiskowy. Z wieloma jej założeniami mogliśmy zapoznać się już we wrześniu, z kolejnymi w marcu. Ale jak pokazują przepisy o zwalnianiu nauczycieli akademickich z pracy, diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli tak trudno się w nie wgłębić, to wciąż powracać musi pytanie, które stawało przed nami raz po raz w przypadku Sądu Najwyższego: co jeszcze zaszyto w tym projekcie?

Diabeł tkwi nie tylko w szczegółach

Napisanie tego tekstu zajęło mi dobre parę godzin. W sposób względnie szczegółowy przeanalizowałem w niej całe dwa artykuły, podczas gdy w obu drukach sejmowych, które składają się na obecną Konstytucję dla Nauki, artykułów jest 815. A ile jest stron po poprawkach, wiedzą tylko bóstwa świata podziemnego.

W dodatku nie zacząłem nawet mówić o tym, że „brakuje jeszcze kluczowych rozporządzeń ministra” albo że „nie wiemy, jakim budżetem na naukę i szkolnictwo wyższe będziemy operować” (jak to ujął Łukasz Niesiołowski-Spanò). Nie podniosłem też wątpliwości dotyczących długoterminowego rozkładu finansowania, w którym „zgodnie z najlepszymi polskimi zwyczajami politycznymi główne wzrosty wydatków zaplanowano na kolejne kadencje” (jak to ujęła Elżbieta Rżewska-Skłodowska). Gdybyśmy poświęcili tym kwestiom więcej czasu, a nuż okazałoby się, że nie tylko w szczegółach diabeł tkwi.

Nie mogę popierać ustawy, która pozostaje tak nieprzejrzysta. Dlatego też uznałem, że nie muszę mierzyć się tu z pytaniami dotyczącymi np. rad uczelni. Według mnie również zwolennicy i zwolenniczki zmian w tej dziedzinie powinni zadać sobie pytanie: czy ustawa 2.0 rzeczywiście będzie lekarstwem na bolączki polskiej nauki? Ten pacjent choruje, ale przecież nie umiera. Czy naprawdę należy mu podać pigułkę, w której może się kryć cyjanek?

Przed nami – w czwartek i piątek – posiedzenie Sejmu. Wcześniej, w środę, ogólnopolski protest przeciw ustawie Jarosława Gowina. Nie mam jasnego zdania we wszystkich sprawach poruszanych przez organizatorki i organizatorów, ale to im zawdzięczamy w tej chwili najsilniejszy głos oporu. Dlatego zachęcam do udziału w proteście. Wiele może od niego zależeć.

Staszek Krawczyk - doktorant w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Publicysta magazynu Kontakt. Autor bloga 
stanislawkrawczyk.blogspot.com.