Gądek: Najbardziej brutalna lekcja polityki w tej kadencji. PiS może zmyć hańbę III RP, a woli liczyć procenty

Jacek Gądek
Są w polityce takie tematy, o których ludzie żywo dyskutują, ale ich wpływ na zmianę decyzji wyborczych jest nikły. To aborcja, in vitro, a dziś protest rodziców z dziećmi niepełnosprawnymi w Sejmie. PiS pozwala sobie więc na okrucieństwo wobec najsłabszych.

Każda władza inwestując duże pieniądze w politykę społeczną kalkuluje, jak przełoży się to na wysokość słupka poparcia społecznego. Podobnie jest, gdy władza odmawia i idzie na starcie z niezadowoloną grupą społeczną.

Okrutna kalkulacja PiS

PiS też liczy. Okrutnie. Dziś sytuacja jest taka: niepełnosprawni wraz z rodzicami chcą dodatkowych 500 zł. PiS tych pieniędzy - w gotówce - nie chce dać. Protestujący mają powszechne poparcie społeczne i sympatię ludzi. Jest to jednak solidarność bezobjawowa.

Jeśli PiS nie spełni tej nadziei, to i tak wyborcy PiS gremialnie się nie odwrócą od ekipy rządzącej. A pewne ubytki w pierwotnym elektoracie i tak załatają konformiści albo ludzie szczerze wdzięczni PiS-owi i mający nadzieję na więcej. Spełnienie postulatów osób niepełnosprawnych z kolei zachęci kolejne grupy społeczne do strajków i wyszarpywania pieniędzy z budżetu.

Najbardziej brutalna lekcja realnej polityki

Taka kalkulacja PiS to najbardziej brutalna lekcja realnej polityki, jaką teraz odbierają rodzice i niepełnosprawni w Sejmie. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński osacza i odcina ich jak może, sprawdzając jak daleko może się posunąć. Zakaz wychodzenia na świeże powietrze dla dwóch niepełnosprawnych chłopaków na wózkach był nieludzki, więc marszałek zrobił krok do tyłu. Z tej okrutnej głupoty szybko się wycofał, ale nie łudźmy się, że z mądrości, tylko ze strachu. Z kolei TVP czyhała na takie słowa strajkujących, którymi można skompromitować cały protest.

Machina władzy prowadzi z okupującą Sejm grupką ludzi wojnę pozycyjną. Grę na ich zmęczenie, przeczołganie, złamanie i wykurzenie z Sejmu. A machina jej propagandy toczy bój o odarcie protestu ze społecznej solidarności. Opozycja stara się - co przewidywalne - pomagać strajkowi i go podsycać. Wyścig o to, kto przed kamerami popcha wózek z niepełnosprawną dziewczynką, to już jednak przesada.

Pieniądze zwracają godność

W grę wchodzą ogromne pieniądze państwa i godność niepełnosprawnych, których państwo polskie traktowało po macoszemu. Żadna ze stron nie odpuści łatwo. Minister Elżbieta Rafalska szybko zgodziła się spełnić pierwszy postulat protestujących. Podniesienie renty socjalnej do poziomu najniższej emerytury - to koszt 540 mln zł rocznie, a więc w skali budżetu niewielka kwota. Ale już 500 zł dla niepełnosprawnych to - wedle szacunków rządu - 10 mld złotych.

Nowe świadczenie - nazwijmy je - "500+ dla niepełnosprawnych" dotyczyłoby 280 tys. osób, a pochłonie - deklarowane - 10 miliardów. Sięgnie po nie więc mała pula wyborców i to z często niepełnych rodzin (mężczyźni często opuszczają kobietę rodzącą niepełnosprawne dziecko).

Dla porównania: obniżenie wieku emerytalnego też kosztuje rocznie ok. 10 miliardów, a perspektywę skorzystania z tego "daru PiS" ma 16 milionów pracujących osób, a setki tysięcy już z tego skorzystały. Z tym postulatem PiS szło do wyborów i ekspresowo zrealizowało obietnicę. Podobnie było z 500+: pieniądze trafiają na prawie 4 miliony dzieci, a kolejnych parę milionów rodziców ma nadzieję je otrzymywać.

Pomoc dla niepełnosprawnych jak ubezpieczenie na życie. Drogie, ale godne

Oczywistą rzeczą jest, że każdy chce dostawać 500 zł na zdrowe dziecko. Z kolei nikt nie chce, by jego dziecko urodziło się bądź stało niepełnosprawne, a więc wolałby uniknąć otrzymywania 500 zł na dziecko niepełnosprawne.

Z perspektywy wyborcy kosztowna pomoc państwa dla niepełnosprawnych jest jak wykupienie drogiego, ale dobrego ubezpieczenia na życie. Pokusa przyoszczędzenia na nim jest duża, zwłaszcza że w portfelu zawsze jest za mało pieniędzy. Masa ludzi choć o nim myśli, to go nie wykupuje. Bo poważne wypadki na drodze zdarzają się innym - nie mi. Bo przecież niepełnosprawne dzieci rodzą się bardzo rzadko - mnie to nie spotka. I najczęściej faktycznie jest tak: nie straciliśmy nóg w wypadku, a niepełnosprawne dziecko nie nam się urodziło.

Przy stołach rozmawiamy o wypadkach i o pomocy dla niepełnosprawnych dzieci. Ludzie deklarują, że chcieliby wykupić "życiówkę", ale gdy przychodzi moment decyzji, to mało kto się zdecyduje na wyłożenie pieniędzy.

Przy ubezpieczeniu na życie walutą jest pieniądz. W polityce walutą jest poparcie dla partii i głos w wyborach. Tąpnięcie PiS w sondażach oznaczałaby, że wyborcy są już teraz skłonni ukarać władzę za bezduszność i osaczanie protestujących, ale notowania partii wcale się nie załamały. Widać więc, że gdy przychodzi moment decyzji - jak wybory czy nawet głupi sondaż - to sprawa niepełnosprawnych cały czas w niewielkim stopniu rzutuje na to, kto kogo popiera. Taka jest twarda rzeczywistość.

Państwo powinno spłacić swój dług wobec niepełnosprawnych i opiekunów

Zgubna dla PiS może być więc nie sama odmowa przyznania "500+ dla niepełnosprawnych", ale okrucieństwo i brutalność wobec rodziców z niepełnosprawnymi dziećmi - na przykład siłowe pozbycie się ich z Sejmu. Na to zdecydowałby się tylko ktoś nie tylko bezduszny, ale i bezrozumny. Akurat po Marku Kuchcińskim można by się tego spodziewać, ale nie on podejmuje decyzje. PiS już wykonało realne gesty wobec najsłabszych jak podniesienie renty socjalnej i - odrzucona - oferta pomocy rzeczowej. Warto, aby prezes Jarosław Kaczyński, prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki zdobyli się na nawet niewielki, ale kolejny krok ku niepełnosprawnym.

Zapewnienie - po prawie 30 latach Polski demokratycznej - godności osobom niepełnosprawnym, choć ma to kosztować miliardy złotych, to jedynie spłata długu wobec nich i ich opiekunów. PiS ma szansę zmyć hańbę III RP, które wiecznie miało ważniejsze sprawy na głowie.