Sroczyński: "Mgła gusowska". Polacy co miesiąc są oszukiwani przez GUS w sprawie swoich zarobków

Grzegorz Sroczyński
Polacy chcą obciąć zarobki posłów do 3500 zł - wynika z sondażu Gazeta.pl. Czy to populizm? Nie. To rozsądna reakcja na ciągłe oszustwa, którymi Polacy są karmieni na temat swoich własnych zarobków.

Aż 49 procent Polaków uważa, że posłowie powinni zarabiać poniżej 5 tys. brutto (czyli poniżej 3550 zł na rękę). Ten wynik zaskakuje. Kiedy zamawialiśmy sondaż, spodziewaliśmy się co prawda, że Polacy nie będą chcieli wypłacać politykom kokosów, zresztą takie poglądy utrzymują się od lat. Z tego wynika nieustanna zabawa polityków w ciuciubabkę wokół wydatków władzy: odwlekanie zakupu nowych samolotów dla VIP-ów przez ekipę Tuska czy ostatnie nagrody wypłacane ministrom Szydło pokątnie (żeby nie podnosić im pensji oficjalnie i nie narażać się na gniew ludu). A jednak tak mocny wynik - 49 proc. wskazań w badaniach opinii publicznej to naprawdę dużo - to coś nowego. Zwłaszcza że jedynie 4 proc. chce wynagradzać posłów jak do tej pory (10-12 tys. brutto).

Polacy mają głupie poglądy. Czy na pewno?

3550 zł na rękę dla posła to mało. Poseł za takie pieniądze nie będzie mógł w spokoju wypełniać swoich obowiązków, siedzieć na komisjach, dyżurować w biurze, czytać w spokoju projekty ustaw. Zamiast tego zacznie nerwowo kombinować, jak utrzymać rodzinę. A kombinować w Sejmie można, na przykład sprzedając przecinki i spójniki w projektach ustaw (słynne „lub czasopisma”, które diametralnie zmieniało znaczenie eseldowskiej ustawy medialnej i jej wpływ na rynek).

Kiepskie wynagradzanie polskich posłów spowodowałoby wzrost znaczenia różnych lobbystów (z niezmienną ofertą: jak się skończy kadencja, zatrudnimy cię w naszej firmie jako doradcę za 100 tys. miesięcznie, tylko załatw u kolegów z rządu to i to). Poza tym gdyby posłowie zarabiali po 3 tys. zł, to pewnie nikt kompetentny do polityki by nie chciał iść. 

Powyższe argumenty - z grubsza - można usłyszeć w każdej dyskusji o zarobkach polityków. Liberalni publicyści starają się wytłumaczyć Polakom, że ich poglądy w tej sprawie są nieracjonalne, ale Polacy i tak wiedzą swoje. Powoduje to częste narzekania publicystów na to, że polskie społeczeństwo jest populistyczne, jeśli chodzi o zarobki polityków, i nie rozumie, że aby mieć dobre ustawy, to trzeba politykom jako tako płacić. Nie będę twierdził, że te argumenty są nieprawdziwe, ale uważam, że są niejedyne.

Spójrzmy na tę kwotę inaczej: pensja 3550 zł na rękę to w Polsce dużo. Trzy czwarte zatrudnionych tyle nie zarabia. Zamiast interpretować wyniki badań w Gazeta.pl jako przejaw naszego narodowego populizmu i niechęci do klasy politycznej, można dostrzec, że Polacy w tym badaniu mówią dość prostą rzecz: politycy powinni zarabiać tyle co my. Nie 10-12 tys., bo to dla nas są Himalaje. My tyle nie zarabiamy!

Czy to przejaw populizmu? Sądzę raczej, że to rodzaj komunikatu skierowanego do polityków: w Polsce zarobki są niskie, pamiętajcie o tym, do cholery!

GUS nas oszukuje i usypia

Polacy mają dobre powody, żeby o niskich zarobkach nieustannie politykom przypominać. Bo oficjalne dane regularnie nas wszystkich zwodzą. Czy wiecie państwo, jak Główny Urząd Statystyczny liczy średnią pensję w Polsce? Na podstawie zarobków… jednej trzeciej najlepiej zarabiających pracowników. Naprawdę! Ta szacowna instytucja bierze pod uwagę tylko firmy zatrudniające powyżej dziesięciu osób, gdzie zwykle zarabia się lepiej (a więc nie uwzględnia pensji ekspedienta w osiedlowym sklepie ani fryzjerki). GUS odcina też całą sferę budżetową (a więc nie liczy nauczycieli i urzędników, którzy mają od lat zamrożone płace). I z radością podaje nam na talerzu optymistyczne dane. Nam? Nie! Przecież każdy wie, ile zarabia. Podaje je na talerzu politykom, którzy następnie chwalą się tym na lewo i prawo. „Średnia płaca w Polsce wynosi prawie 5 tys. zł dzięki naszej mądrej polityce” - usłyszałem ostatnio od polityka PiS. Wcześniejsze ekipa wznosiła okrzyki o „zielonej wyspie”, na której „średnia płaca jest wysoka mimo kryzysu”.

Wyobraźmy sobie koncern farmaceutyczny, który bada nowy lek klinicznie, podaje go 100 pacjentom, z których 70 po zażyciu ma drgawki, a tylko 30 czuje się dobrze. Następnie powstaje raport tylko na podstawie ankiet wśród tych 30. Jak byśmy to nazwali? Otóż dokładnie tak działa polski GUS, co miesiąc podający dane, które będą się podobać aktualnie rządzącym, ale jednocześnie będą wkurzać 70 proc. Polaków (bo tylu z nas zarabia poniżej tak wyliczanej średniej).

Ile naprawdę zarabiamy?

Jak poważny to problem, możemy się dowiedzieć dzięki Adrianie Rozwadowskiej, która w „Wyborczej” regularnie opisuje ten absurd. Otóż w małych firmach, które zatrudniają kilka milionów Polaków, średnia płaca wynosi… 1860 zł na rękę (2577 zł brutto). To o połowę mniej niż optymistyczna średnia z firm większych! Tyle że te zaskakujące dane GUS podaje tylko raz do roku, i to z dużym opóźnieniem. Natomiast optymistyczną średnią - obecnie 4973 zł brutto - GUS podaje co miesiąc. Jest to tym bardziej dziwne, że struktura polskiej gospodarki wykazuje ogromną przewagę małych firm. Tych średnich i dużych mamy w porównaniu z Zachodem proporcjonalnie mniej. Ale GUS wie swoje - średnią płacę liczy tak, jakbyśmy małych firm w ogóle nie mieli.

Idźmy dalej: lepszym wskaźnikiem płac niż średnia jest mediana, czyli płaca „środkowego” Polaka (połowa Polaków zarabia mniej, a połowa więcej). GUS medianę, owszem, podaje. Obecnie wynosi ona 3511 zł brutto (czyli 2500 zł na rękę), a więc aż 1500 zł mniej niż optymistyczna średnia. Tyle że GUS ową medianę również liczy tylko na podstawie firm zatrudniających powyżej dziesięciu osób i w dodatku robi to... raz na dwa lata. Serio! Ostatnią medianę mamy z października 2016 roku. Takie zaśmierdłe dane oczywiście nie interesują już dziennikarzy i wolą oni opisywać aktualną optymistyczną średnią podawaną co miesiąc. 

Kompletny rozgardiasz z danymi GUS powoduje, że polscy ekonomiści nieustannie muszą wyrywać z GUS różne wycinkowe zestawienia i mają pomieszane gruszki z jabłkami, co utrudnia im rzetelne badanie polskich płac. A my - obywatele - jesteśmy zarzucani fałszywym obrazem kraju, gdzie średnia płaca wynosi 5 tys.

GUS najwyraźniej chce żyć dobrze z politykami i podawać takie dane na temat naszych płac, które ich zadowolą. W ten sposób GUS stał się sprawną maszyną do wytwarzania mgły i usypiania rządzących, którzy mogą być dumni ze swoich dokonań. Obawiam się, że to właśnie z powodu tej "mgły gusowskiej" Platforma nie zauważyła plagi niskich płac w Polsce, armii ochroniarzy zarabiających 4 zł za godzinę i sprzątaczek w jednoosobowych „firmach”.

Cały ten rzekomy populizm Polaków w kwestii zarobków posłów i ministrów jest dość racjonalną reakcją na głupi urzędowy optymizm.

---

Uwaga, zachęcamy do rozmowy! Nasi autorzy odpowiadają na wybrane komentarze. Czekamy na Twój głos!

krynolinka: Przeciętne zatrudnienie w GUS-ie (2016) w przeliczeniu na pełne etaty wyniosło 5834 osoby, a średnie miesięczne wynagrodzenie brutto 4246 zł.
No, panie i panowie, tyle luda zatrudnionego, to i efekty są.

grzegorz_sroczynski: Mnie to nie gorszy, bo GUS jest niesamowicie ważną instytucją, na podstawie tych danych politycy podejmują wiele decyzji, więc być może nawet warto by GUS dofinansować. Większość problemów, o których napisałem w swoim tekście, wynika pewnie z rutyny. "Zawsze tak to mierzyliśmy, więc nie będziemy nic zmieniać".