Galopujący Major: Lajki jak narkotyki, a w rękach guziki atomowe. Trump zabije nam świat

Dawniej wodzowie byli izolowani, nie mieli bezpośredniego kontaktu z tłumami. Dziś te ograniczenia zniknęły. Dziś władca bezpośrednio rozmawia z ludem na Twitterze. I to właśnie może zabić naszą cywilizację.

Ponad 50 ofiar śmiertelnych, blisko 2,4 tys. rannych wśród protestujących, do których izraelscy żołnierze, jak to mają w zwyczaju, strzelali ostrą amunicją – to wstępny bilans wczorajszego przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. Przeniesienia ambasady! A więc nie tyle bilans zabierania ziemi, burzenia wiosek, odcinania dopływu wody, ataków antyterrorystycznych, ile bilans zamknięcia budynku w jednym miejscu i otwarcia go w drugim. To wszystko kosztowało życie 50 osób i zdrowie 2,4 tys. rannych. Tak, wiadomo, z jednej strony bezkarna izraelska armia, niczym strzelający enerdowcy na swoim murze berlińskim, z drugiej – gangstersko-religijny Hamas, którego początki notabene biorą się z zimnowojennych amerykańskich pomysłów (w tym i „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego). A pośrodku tłum od urodzenia karmiony nienawiścią i wojną o Jerozolimę.

Ale tym bardziej więc trzeba było się 10, 20 razy zastanowić, czy symboliczno-durne przenosiny warte są ceny życia tych ludzi. Oczywiście dopuszczam tezę, że to element większego, całościowego planu, w którym Izrael celowo dokonuje jak największych prowokacji, by jak najwięcej wyszarpać od Amerykanów i wreszcie móc zbombardować Iran. Ale nawet jeśli to prawda, to plan ten nigdy by się nie udał, gdyby nie jedna mała aplikacja, która powoli zabija nam świat. Gdyby nie Twitter.

Wielu było na świecie szaleńców, wielu narcyzów, wielu doprowadzało całe narody na skraj przepaści, ale jeszcze więcej z owych szalonych władców i wodzów poddawanych było naturalnej izolacji. I to nawet nie izolacji w dosłownym tego słowa znaczeniu, czy to w sensie medycznym, czy ustrojowo-proceduralnym. Większość była izolowana w sposób zupełnie naturalny – po prostu nie mieli bezpośredniego kontaktu z tłumami. Poza krótkimi momentami rewolucji, gdy suweren rzeczywiście wdziera się na ulice, nie było żadnego bezpośredniego kanału dystrybucji, zawsze był jakiś filtr, nawet podczas rządowych demonstracji, marszów, pikiet i parad, gdzie dostęp do przywódcy też jest ograniczany.

Dziś te ograniczenia zniknęły. Dziś władca może bezpośrednio rozmawiać z ludem na Twitterze. I to właśnie może zabić naszą cywilizację.

Zabić nas może przede wszystkim sam model Twittera, który przez skrótowość znaków niejako wymusza powierzchowność, likwiduje niuanse i przyciąga do zero-jedynkowego świata. Proste, by nie rzec prostackie, prawdy zawsze bonmotuje się krócej niż mozolne wyjaśnianie ich kłamliwości. Do napisania bzdury wystarczy jeden tweet, do jej prostowania potrzeba 5 tys. znaków na Facebooku. To z kolei, niejako z definicji, promuje populistów i radykałów, dla których 140 znaków jest całkiem w sam raz, aby opisać i skrytykować całą złożoność świata.

Problemy komunikacyjne powodowane sztucznym ograniczeniem znaków w połączeniu z radykalizmem sądów nakręcają zaś niekończące się próby wzajemnych wyjaśnień, polemik, prostowań, co nieodłącznie prowadzi do frustracji i kumulacji emocji. Stąd polityczny Twitter karmi się konfrontacją, dominacją, upokorzeniem, gdzie w pokawałkowanej przemowie jeden ma udowadniać wyższość nad drugim, a najlepiej tego drugiego zaorać.

Jak wielkie emocje targają użytkownikami, najlepiej widać po przelotnych i głośnych twitterowych rozstaniach, których temperatura nigdy nie jest tak wysoka, gdy trzaskający kontami histerycy się poznali w realu.

Jako że cały ten buzz dzieje się na oczach ogromnej politycznej widowni, i to w czasie rzeczywistym, Twitter pełni funkcję ogromnego kombinatu produkującego hektolitry dopaminy wstrzykiwanej po każdym zalajkowaniu lub szerowaniu w social mediach. Zwłaszcza że oparte na mediaworkerach media już dawno nauczyły się tworzyć content na podstawie twitterowych zbitek i cytowań. Tymczasem naukowcy porównują efekt otrzymanego lajka do działki narkotyki lub alkoholu, która tak samo stymuluje ośrodek przyjemności w mózgu, tak samo uzależnia i tam samo wywołuje efekt odstawienia po skasowaniu konta.

Mamy więc do czynienia z nabuzowanymi politykami, którzy dzięki tysiącom lajków i zainteresowaniu mediów strzelają sobie kolejne setki przy barze, a potem tak otumanieni mają zarządzać światem. I nawet jeśli uznać, że alkohol dla dorosłych jest dozwolony, to przecież nigdy w godzinach pracy. Problem jednak w tym, że nikt politykom w tym barze przesiadywać nie może zakazać, wobec czego mamy sytuację, gdy facet o umysłowości narcystycznego nastolatka non stop nalewa sobie kolejkę i trzymając na kolanach amerykańskie guziki atomowe, dziko przekrzykuje się z tłumem siedzącym naprzeciwko. Wcześniej czy później skończy się pewnie katastrofą.

---

Uwaga! Nasi autorzy reagują na wpisy pod tekstami. Publikując poniżej swój komentarz, możesz się spodziewać riposty