Galopujący Major: Strajk rodziców pokazał, że nie wiemy, kim jest Mateusz Morawiecki

Problem tego rządu polega nie na pieniądzach, które rząd ma i rozdaje arystokratom, bankierom i zakonnikom. Problem polega na tym, że po niepełnosprawnych przyjdą następni, a potem jeszcze następni i następni.

Kryzys władzy w konfrontacji z niepełnosprawnymi jest odzwierciedleniem nie tylko wszystkich porażek obozu rządzącego, ale także jego niekwestionowanych sukcesów. Cena za ten sukces może się okazać jednak coraz wyższa, a rząd Morawieckiego - robiący właśnie zwrot w kierunku neoliberalizmu - wciąż nie potrafi znaleźć skutecznej strategii obronnej.

PO liczyła pieniądze, PiS liczy głosy

Nie sposób się nie zgodzić z krytykami władzy, że kolejne pielgrzymki następnych polityków do protestujących rodziców niepełnosprawnych w pełni uwypukliły wszystkie grzechy „rządzącej kasty”, jak chociażby cynizm, nieczułość i PR-owe cwaniactwo. Nie sposób nie zauważyć, że dla obecnej władzy niepełnosprawni, w przeciwieństwie do hołubionych mikroprzedsiębiorców, są po prostu zbyt małą grupą społeczną, aby - nawet z udawaną troską - pochylić się nad ich postulatami. Jest to konsekwencja skrajnego upolitycznienia tej władzy rozumianego w sensie chłodnej, pragmatycznej kalkulacji ewentualnych zysków wyborczych.

O ile bowiem w przypadku władzy poprzedniej niepełnosprawni się nie liczyli, bo byli tylko kosztem w budżecie, o tyle dla władzy obecnej nie liczą się, bo (o ile siedzą cicho) swoją skromną liczebnością nie dają politycznych głosów. Nie pierwszy to przecież przypadek lekceważenia tej grupy społecznej przez PiS. Przypomnijmy, jak jeszcze niedawno PiS chciał im zabrać możliwość głosowania w domu, a od dobrych kilku lat władza nie chce realizować orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego niekonstytucyjnego różnicowania świadczeń pielęgnacyjnych. Do rangi symbolu urasta więc zakaz wpuszczenia masażystów i fizjoterapeutów do ludzi na wózkach w Sejmie, którzy w ramach protestu śpią na podłogach w korytarzach sejmowych.

Uderzenie w czułe struny partii

Nie sposób też jednak nie zauważyć, że cały ten protestacyjny ambaras jest również pokłosiem kilku wielkich sukcesów tego rządu. Pierwszym jest, niechby i cyniczne, ale jednak używanie polityki socjalnej jako narzędzia politycznego. Do tej pory socjal kojarzył się tylko z przykrą koniecznością, a tymczasem PiS zrobił z niego sztandar swej chwały i pokazał, że odważną polityką socjalną można w demokracji grać tak jak każdą inną kartą. To mentalny przełom w kraju tak skamieniałego neoliberalizmu. Po drugie PiS mimo wszystko stał się w wielu kwestiach partnerem wiarygodnym. Nie tylko z racji spełnionych obietnic, jak 500+, zakaz handlu w niedziele, wcześniejszy wiek emerytalny, ale także z zakończonych pomyślnie negocjacji z rezydentami. Ba, tak jak w przypadku ministra Radziwiłła, tak i w przypadku minister Zalewskiej konflikt z nauczycielami wydaje się wynikać bardziej z czynnika ludzkiego i cech osobowych pani minister niż programowego, antynauczycielskiego frontu partii.

Dlatego opiekunowie niepełnosprawnych, którzy również z racji posiadanego kapitału kulturowego doskonale wierzą, w jakie czułe struny tego rządu uderzyć, mają wszelkie szanse na odniesienie sukcesu. Problem tego rządu polega jednak nie na tym strajku, nie na pieniądzach, które rząd ma i rozdaje arystokratom, bankierom i zakonnikom. Problem polega na tym, że po niepełnosprawnych przyjdą następni, a potem jeszcze następni.

Miesiące na napisanie ustawy? Nikt w to nie uwierzy

Premier Morawiecki to wie. I wie też, że jest bezbronny. O ile bowiem premier Tusk - i każdy liberał przed nim - mógł przywołać tego złego policjanta, jakim był minister finansów, o tyle ten rząd z ministra finansów zrobił po trosze Świętego Mikołaja. Nie, nie chodzi o to, że minister sknera jest lepszy, ale o to, że jeśli zaczniesz wmawiać społeczeństwu, jak mlekiem i miodem płynącą jest nasza kraina, to coraz więcej osób z kubeczkami po to mleko przytruchta. Premier Morawiecki najpewniej zdaje sobie z tego sprawę, więc robi wszystko, by ową spiralę zatrzymać. Stąd kuriozalny na pierwszy rzut oka pomysł daniny solidarnościowej, i to daniny, która miała być wpisana do zmienianej konstytucji. Chodzi bowiem nie tylko o uwikłanie opozycji, która niczym na komendę, zacznie, jak zwykle zresztą, bronić najbogatszych, ale też o jasny sygnał dla kolejnych grup: koniec z rozdawaniem na pstryknięcie palców, każdy nowy transfer to zmiana wymagająca wysiłku wręcz konstytucyjnego.

Problem w tej strategii jest jednak taki, że jakkolwiek by była wyrafinowana, to ma po prostu zły timing. Po tsunami nagród wypłacanych prawem kaduka, budowie lotniska za 10 miliardów i aferach z Czartoryskimi nikt nie uwierzy, że te kilkaset milionów wymaga jakiejś mapy drogowej niczym konflikt Palestyńczyków z Izraelem. Po jednym, drugim, trzecim blitzkriegu legislacyjnym nikt nie uwierzy, że trzeba miesięcy do napisania ustawy. Tak mogła się bronić rozleniwiona Platforma, ale nie czołgista Piotrowicz czy Jaki. Wreszcie, po fali zapowiedzi ulg dla przedsiębiorców, realizacja daniny solidarnościowej zmusza premiera Morawieckiego do całkowitej zmiany neoliberalnej narracji, do której przyciągać miał klasę średnią, a przecież do tego właśnie został wynajęty. Zostanie PiS-owi gorsza wersja Beaty Szydło i rozwścieczony elektorat centrowy, który w dzisiejszej Polsce jest najbardziej roszczeniowy, przez co tak bardzo co wybory zmienny.

Więcej o: