Muth: Majcherek nazywa ludzi "żulią". Przyzwoitość nakazuje odpowiedzieć na ten prymitywny wywód

Znane są z historii mocniejsze przypadki obrzydzania ludzi, którzy z jakichś powodów nie pasują do idealnego obrazu społeczeństwa. Ktoś kiedyś mówił o wszach, zaplutych karłach, brudasach, ciągle słyszy się o ciapatych i arabusach. Rzadko jednak tego typu argumentów używają profesorowie wyższych uczelni.

Gdy we współczesnych mediach toczy się dyskusja na ważny temat, to nie może się obyć bez z góry narzuconej polaryzacji, która obudzi emocje po obu stronach sporu. I tak, gdy zaczyna się wymiana opinii na temat polskiej rzeczywistości mieszkaniowej, to od razu otrzymujemy atak na elity w wykonaniu niezmordowanego redaktora Sroczyńskiego, a w ramach repliki wściekły pamflet na żulię autorstwa profesora Janusza A. Majcherka. Przysięgałem sobie, że jestem już za stary, by się na takie zagrywki nabrać i spokojnie poczekam, aż obu odpisze ktoś ze środka i będę mógł uznać, że mój punkt widzenia został zaprezentowany. Niestety, los chciał, że mój wzrok spadł na tyradę profesora Janusza A. Majcherka i uznałem, że przyzwoitość nakazuje odpowiedzieć na jego krzywdzący i prymitywny wywód.

To, co mnie zabolało najbardziej, to zastosowana przez profesora Janusza A. Majcherka metoda stratyfikacji społecznej. Podzielił on nas mianowicie na dwie grupy – jedną określił aspiracyjnym mianem „nowi mieszczanie”, a drugą – obelżywymi epitetami takimi jak „biedota, plebs, menelstwo, żulia”. Znane są z historii mocniejsze przypadki obrzydzania ludzi, którzy z jakichś powodów nie pasują do idealnego obrazu społeczeństwa. Ktoś kiedyś mówił o wszach, zaplutych karłach, brudasach, ciągle słyszy się o ciapatych i arabusach. Rzadko jednak tego typu argumentów używają profesorowie wyższych uczelni, a już naprawdę sporadycznie publicyści liberalnych mediów.

Nie mam wysokiego mniemania o polskich uczelniach i mógłbym językiem Majcherka napisać, że ich mizerii winna jest polityka kadrowa z lat 60. i 70. kiedy to wyrwano chłopów z ojcowizn i porobiono z nich profesorów. Mógłbym, ale uważam, że pomimo niskiego poziomu szkolnictwa wyższego w Polsce, podobne tezy są poniżej poziomu magistra kierunku humanistycznego.

Wnętrze garnka sąsiadki, wypięty tyłek grillującego sąsiada

Wracając do meritum. Wg prof. Janusza A. Majcherka w blokach i kamienicach mieszka żulia, więc nikt porządny nie chce się tam wprowadzić. Tak się złożyło, że kilka lat temu wprowadziłem się do budynku na warszawskich Bielanach. Najpierw wynajmowałem mieszkanie, potem kupiłem na kredyt tzw. „własne”. Miałem do wyboru osiedla deweloperskie i piaskowcowe plomby, ale wybrałem niewysoki blok z lat. 50 stojący w otoczeniu przedwojennych kamienic i ciekawych architektonicznie osiedli zaprojektowanych po wojnie przez małżeństwo Piechotków. Co zadecydowało? Wziąłem pod uwagę plusy i minusy. Deweloperskie osiedla mają pewne atuty – garaże, windy, balkony etc. Tego mój bloczek nie posiada. Natomiast w nowym budownictwie są też spore minusy – osiedla ciasne, bo wyglądając przez okno, widzimy nie ulicę, park czy plac zabaw, ale wnętrze garnka sąsiadki lub wypięty tyłek grillującego sąsiada, a co ważniejsze są zazwyczaj zamknięte na otoczenie – pozbawione prawdziwej przestrzeni i infrastruktury publicznej.

Wychowałem się w burżuazyjnym mieście-ogrodzie, więc zieleń, przestrzeń i otwartość miały dla mnie dużą wartość. Paradoksalnie, znalazłem to w robotniczej dzielnicy, gdzie spółdzielcze inwestycje z lat 20. i 30. spotkały się z socrealistycznymi projektami lat 50. Na Starych Bielanach jest normalna tkanka miejska, są szkoły, przedszkola, dobra komunikacja miejska, parki i lasy. Tego wszystkiego na większości nowych osiedli nie ma. Decyzja dla mnie była prosta, zamieszkałem w miejscu opanowanym od dziesięcioleci przez żulię i menelstwo.

Znam więc wszystkie te straszne rzeczy, które wyrabiają biedacy po godzinach. Np. jedna pani sąsiadka ciągle sadzi kwiatki na pobliskim trawniku. Czysty wandalizm, przecież to nie jest jej trawnik. Powinien być dawno zabudowany jakąś estetyczną plombą, w której zamieszka klasa średnia. Albo druga sąsiadka – zgłosiła do budżetu obywatelskiego projekt, żeby na sporym podwórku przed blokiem zbudować plac zabaw dla dzieci. Ha, na pewno po to, żeby walić browary z koleżankami i rzucać pety w piasek. Najgorsze są jednak dzieci -  dziewczynki z klatki obok, oczywiście z wielodzietnej rodziny, bo plebejskie rodziny tylko takie są, porywają moją małą, inteligencką córeczkę i pokazują jak przejść przez płot oddzielający podwórko sąsiedniego bloku (nie, nie deweloperskiego, ale starego, przedwojennego, który się ogrodził na fali ulepszania przestrzeni publicznej w latach 90.). No więc, Sodoma z Gomorą, ruja i poróbstwo. Sam już wyrzucam puszki po Żubrze przez okno i rozmyślam nad głosowaniem na Kukiza, bo w tym Razem sami panicze z kawiorem w zębach.

„Kto nie skacze, ten jest żulem, hop, hop, hop”

Żarty żartami, ale profesor Janusz A. Majcherek naprawdę obraża sporą część naszych współobywateli, wrzucając do jednego mentalnego kotła wszystkich, którzy zarabiają zbyt mało, aby kupić sobie deweloperskie mieszkanie z widokiem na kolejne deweloperskie mieszkanie. Jednocześnie, kreuje twór zwany „nowym mieszczaństwem”, jakby zapominając, że ludzie którzy kupują mieszkania deweloperskie są często dziećmi i wnukami ludzi, którzy mieszkają w starych blokach, kamienicach i drewnianych chatkach na Podlasiu. Nie ma przy tym żadnej gwarancji, że ktoś, kto odpowiada definicji żula, nie kupi sobie mieszkania na strzeżonym osiedlu, albo, że któryś z przedstawicieli zamieszkujących tam elit się nie stoczy. Jako potomek ludzi zamożnych przed wojną, dobrze wiem, co powojenni lokatorzy zrobili z substancją mieszkaniową w kamienicach i willach. Tylko to nieprawda, że oni zniszczyli te domy, bo są żulami. Zniszczenia są wynikiem fatalnej administracji i przeludnienia, które nawet porządnych ludzi potrafią sprowadzić na mentalne manowce. Pewnie gdyby mogli korzystać z poszerzających horyzonty galerii handlowych, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Profesor Janusz A. Majcherek lubi proste diagnozy i prymitywne rozwiązania. Choć może na własne oczy zobaczyć dzielnicę Stare Bielany, której siłą nie są płoty i marmury, ale otwarte podwórka, zieleń i place zabaw, ale woli widzieć tam tylko stare bloki zamieszkiwane przez żulię i menelstwo, poprzetykane gdzieniegdzie plombami stawianymi przez deweloperów ratujących przestrzeń miejską, ewentualnie zauważy, o zgrozo, że na Starych Bielanach nie ma żadnej galerii handlowej. Gdzie te biedne żule mają się spotkać ze światłymi Januszami A. Majcherkami?

Artykuł profesora Janusza A. Majcherka jest chamski i głupi. Ludzi niezamożnych spycha na margines i poniewiera werbalnie. Ludzi zamożnych zamyka w idiotycznych gettach. Osiedla i plomby stawiane bez sensownego planu, niezbędnej infrastruktury i otoczone idiotycznymi murami i płotami, stawia za wzór. Galeriom handlowym chce nadać siłę socjo- i kulturotwórczą. Cała jego filozofia zamyka się w haśle „Kto nie skacze, ten jest żulem, hop, hop, hop.”

W cyklu "Klasa średnia chce się grodzić" opublikowaliśmy już:

--- 

Marcin J. Muth, żul ze Starych Bielan