Grela: Zwalanie winy na media społecznościowe to żałosna wymówka przegranych

Afera Cambridge Analytica służy liberałom do ukrywania własnych błędów. Po raz kolejny dostajemy baśń o magicznej różdżce, którą odkryła prawica i przy pomocy której spętała umysły milionów wyborców.

Wraz z aferą, która wybuchła wokół Cambridge Analytica (CA), do Polski zaimportowano narrację, która do znudzenia wałkowana jest od dwóch lat na Zachodzie. Wedle niej to właśnie rozwój mediów społecznościowych doprowadził do prawicowej populistycznej rewolucji. Ta narracja jest prosta jak cep: oto Facebook gromadzi tyle danych o użytkownikach i są one tak szczegółowe, że pozwalają komputerom na tworzenie ich niezwykle dokładnych portretów psychologicznych. Dzięki temu politycy mogą kształtować polityczny przekaz już nie tylko pod konkretne grupy, ale wręcz pod konkretne osoby, co zdecydowanie zwiększa skuteczność kampanii.

Takie narzędzia w niepowołanych rękach mogą zabójczo skutecznie rozsiewać strach i antagonizować społeczeństwo. Na przykład przez propagowanie fake newsów, które dzięki komputerowym analizom stają się bardziej przekonujące i trafiają do ludzi szczególnie na nie podatnych. Tym między innymi zajmowała się Cambridge Analytica i to dzięki jej niemoralnym praktykom wygrali Trump, brexitowcy i być może także Duda.

Czy polski prezydent faktycznie zawdzięcza niespodziewane zwycięstwo mediom społecznościowym i rozbudowanych algorytmom? Niecierpliwym zdradzam odpowiedź od razu: nie zawdzięcza. Zwycięstwo zawdzięcza temu, że miał beznadziejnego przeciwnika, który prowadził beznadziejną kampanię.

To kandydaci wygrywają wybory, a nie dane

Po pierwsze mikrotargetowanie w social mediach istnieje od dawna i wiemy o nim od dawna. Biznes korzysta z niego na potęgę do celów marketingowych. Nie trzeba być ponadprzeciętnie spostrzegawczym, by zauważyć, że Google i Facebook dostarczają nam swoje produkty za darmo. A mogą to robić właśnie dlatego, że zarabiają krocie, handlując naszymi danymi.

Po drugie, korzystanie z usług firm w rodzaju wspomnianej (pomijając oczywiście szantaże i wyłudzenia, o co też oskarżana jest CA) to dziś w polityce normalka. Robi to każdy, kogo na to stać, i nie ma to żadnego związku z poglądami. Pierwszym, który na masową skalę wykorzystał możliwości targetowania użytkowników mediów społecznościowych, był sztab Baracka Obamy. Tak samo robił sztab Hillary Clinton. W jakiejś formie z wielkoskalowej analizy mediów społecznościowych korzysta PiS, tak samo jak PO. Sztab Dudy mógł współpracować bezpośrednio z Facebookiem, z Cambridge Analytica, z firmą, która korzystała z usług CA lub z zupełnie inną, świadczącą podobne usługi. Jednak niezatrudnienie do takich zadań nikogo, jeśli posiada się odpowiedni budżet, byłoby obecnie politycznym partactwem.

Ale najważniejsze jest co innego. Niezależnie od wszystkich sztuczek i strategii, koniec końców to kandydaci wygrywają wybory, nie dane. Ich analiza może pomóc każdemu politykowi. Ale to nie algorytmy skłoniły Bronisława Komorowskiego do publicznego wygadywania bzdur i to nie Facebook pozbawił go podstawowej wrażliwości społeczno-politycznej.

Podobnie było w Stanach Zjednoczonych. Gdyby kandydatką Demokratów nie była Hillary Clinton, to żadna Cambridge Analytica ani rosyjscy hakerzy nie sprawiliby, że Trump odniósłby zwycięstwo.

Problemem były nie komputery, ale to, że zbyt wielu Amerykanów miało po prostu dość. Wolało wybrać agresywnego, szowinistycznego klauna, który obiecywał, że w kraju zajdą jakieś zmiany, niż stateczną damę z politycznej dynastii, gwarantującą, że zostanie tak, jak jest.

Łabędzi śpiew establishmentu

Bez wątpienia mamy problem z masowym gromadzeniem danych w internecie przez prywatne firmy. To jedna ze sfer, w których prawo wyraźnie nie nadąża za zmieniającym się krajobrazem społeczno-technologicznym. Narzędzia, które kiedyś były pilnie strzeżonymi sekretami tajnych służb, dziś legalnie może używać każdy, kto ma dość pieniędzy. Jasne jest też, że media społecznościowe zmieniły debatę publiczną i wymuszają inny sposób prowadzenia kampanii. Ale zwalanie winy za zwrot zachodnich społeczeństw ku prawicowemu populizmowi na media społecznościowe to tylko żałosna wymówka przegranych.

Duda, Trump i obóz brexitu wygrali, bo ich przeciwnicy zbyt długo nie mogli zrozumieć, że fikcja świata, który usiłują sprzedać, została już ujawniona. Po wybuchu kryzysu 2008 roku ludzie długo nie zwracali się przecież ku populistom. Przeciwnie, dokonywali “racjonalnych” wyborów. Na Zachodzie dalej wygrywali przedstawiciele centrum: Obama, Tusk, Merkel czy Holland. Jednak z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej docierało do wyborców, że największym fake newsem była liberalna opowieść o opartym na elastyczności dobrobycie dla całego społeczeństwa. Przekonywanie ich, by głosowali za tym, by zostało tak, jak jest, stało się marną strategią polityczną.

Porażka, która przyszła potem, okazała się tak sromotna i niespodziewana, że większość establishmentu woli nadal ją wypierać. Sprawa Cambridge Analytica wypływa w mediach już po raz kolejny. I po raz kolejny zamiast rozliczenia błędów dostajemy baśń o magicznej różdżce, którą odkryła prawica i przy pomocy której spętała umysły milionów wyborców.

Tymczasem miarą obecnego kryzysu demokracji jest nie siła nowych technologii, ale rozbrajająca słabość dotychczasowego establishmentu.

---

Szymon Grela – analityk Fundacji Kaleckiego, dziennikarz i publicysta. Współpracuje m.in. z Krytyką Polityczną i OKO.press