Engelking: Uchwalą zakaz aborcji? Znakomicie! Piekło kobiet to trampolina dla lewicy

Może to zabrzmieć jak herezja: najlepszą wiadomością dla wszystkich przeciwników PiS byłoby zaostrzenie przez partię rządzącą prawa aborcyjnego. Dlaczego? Dlatego otóż, że dałoby lewicy to, czego jej brakuje, by stać się opozycją.

Kiedy dwa lata temu podczas pierwszego "czarnego protestu" na ulice wylało się mnóstwo odzianych w ciemne kolory demonstrantów, PiS znalazł się w sytuacji, której nie mógł przegrać. Jakkolwiek bowiem protestujący byli przekonani, że partia Jarosława Kaczyńskiego chce Polkom zgotować piekło kobiet, było zupełnie inaczej. Dopuszczenie do sejmowego głosowania projektu Ordo Iuris, który zakładał całkowity zakaz aborcji, miało PiS-owi wówczas służyć nie do tego projektu uchwalenia, ale do czegoś zupełnie innego.

Cele były dwa. Pierwszy: zasłona dymna. Aborcja to temat, który - gdy w Polsce wysuwa się na pierwszy plan debaty - przyćmiewa pozostałe. Jesienią 2016 r. przyćmił toteż, przykładowo, nowelizację ustawy o podatku VAT, którą to PiS złamał jedną z obietnic wyborczych. Cel drugi: poddaniem pod głosowanie - i w związku z tym medialną debatę - projektu Ordo Iuris PiS zwrócił Polakom uwagę, że parlamentarna opozycja, jeśli chodzi o kwestię aborcji, w istocie niewiele się od partii rządzącej różni.

Ktoś może powiedzieć, że takie osłabienie opozycji, choć jest PiS-owi na rękę, także mu zagraża - może bowiem spowodować narodziny opozycji nowej. Ową nową opozycją miałaby być lewica, której zwolennikami staliby się ci, którzy spostrzegli, że Platforma i Nowoczesna w sprawie aborcji mają do PiS-u podobne zdanie, nijak niereprezentujące ich poglądów. Ktoś inny mógłby dodać, że taka opozycja faktycznie się wówczas narodziła, a kto chce policzyć jej szeregi, winien wyrachować, ile było w październiku 2016 r. na ulicach Warszawy czarnych parasolek.

Obłoki i konkrety

To jednak nie takie proste. Gdy PiS projekt przygotowany przez Ordo Iuris odrzucił (nigdy nie mając zamiaru go uchwalić), ci, którzy wylegli tamtego dnia na ulice polskich miast, szybko odtrąbili zwycięstwo. Tak ujawnił się swojego rodzaju geniusz Jarosława Kaczyńskiego: sam wygrał w sprawach, które "czarny protest" medialnie przykrył, i pozwolił się poczuć wygranymi tym, którzy nie grali w jego grę.

Jednocześnie sam zwyciężył w grze zgoła innej. To ta o wejście lewicy obyczajowej do poważnej polityki. Przez poważną politykę rozumiem taką, która zaczyna się od skonsolidowania swojego środowiska w strukturę nie wokół jednego, szybko wypalającego się problemu, ale w celu przejęcia władzy. Demonstracje, które ujawniły, że zwolenników lewicy obyczajowej jest w Polsce sporo, takimi strukturami nie są. Są pozbawionymi jednego przywódcy magmami, które zbierają się w określonych celach (wystarczy przypomnieć, ilu było w 2016 r. organizatorów "czarnego protestu" i ilu jest organizatorów dzisiejszej demonstracji), a potem, gdy je załatwią - lub uznają, że załatwiły - rozchodzą się. Przy okazji propozycji Ordo Iuris Kaczyński pozwolił jednej z takich magm złączyć się w całość, a następnie rozpaść, bo po odrzuceniu ustawy nie było już przeciw czemu protestować.

Dlatego też, gdybym był polskim lewicowcem, bardzo bym się ucieszył, gdyby Sejm przyjął najnowszy projekt nowelizacji prawa aborcyjnego.

Po pierwsze, polska lewica obyczajowa znalazłaby wówczas problem, który nie wypali się szybko - prawo zostałoby wszak uchwalone, weszłoby w życie. Po drugie, ta niewypalalność i faktyczność problemu pozbawiłaby lewicę cechy, która od dawna jej ciąży. Cechę tę elegancko można nazwać postulatywnością, a mniej elegancko - bujaniem w obłokach. Od kiedy PiS zawłaszczył takie klasyczne dla lewicy problemy, jak te związane ze świadczeniami socjalnymi, musi się ona zajmować kwestiami, które jakkolwiek mają odniesienie do realnych, codziennych wyzwań Polaków, to nie mają odniesienia do konkretnych działań partii rządzącej. PiS umiejętnie nie wchodzi na grunty, na których mógłby się obyczajowo z lewicą zetrzeć, nie zajmuje się, przykładowo, związkami partnerskimi.

Przyjęcie nowelizacji prawa aborcyjnego dałoby polskiej lewicy obyczajowej problem, wokół którego mogłaby się skonsolidować na dłużej niźli dzień protestu. Nikłe poparcie społeczne skazuje ją na reaktywność, to prawda, gdyby jednak w tej reaktywności odnalazła tak konkretny i trwały do reakcji powód jak prawie bezwzględny zakaz aborcji, mogłaby się od niego odbić jak od trampoliny.

Zmiana sporu

Że nie jest to myślenie życzeniowe, najlepiej pokazuje wzrost poparcia dla ledwo zipiącego SLD po przyjęciu ustawy o obniżkach emerytur mundurowych. Kiedy dawno wnoszona przez PiS jako pogróżka ustawa dezubekizacyjna stała się faktem, ci, których dotknęła, nie zwrócili się do Platformy - która od razu postulowała przywrócenie dawnych emerytur - ale do partii, która po ten pomysł nie sięgnęła li tylko dlatego, że PiS zaproponował odmienne rozwiązanie. Ni stąd, ni zowąd nagle okazało się, że w obliczu tej konkretności SLD miałoby szansę się znaleźć w Sejmie - a wszak protesty wobec ustawy nie były nawet w ułamku tak masowe jak te zapowiadane na dziś.

PiS zdaje sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa. To widać po środowej decyzji, by tuż przed planowanymi protestami odwołać posiedzenie Komisji Polityki Społecznej i Rodziny (co spotkało się z kolei z innym protestem - Kai Godek). Decyzja owa każe na poważnie pomyśleć o tym, że projekt faktycznie może zostać przyjęty: że nie jest zasłoną dymną ani sposobem na wykiwanie opozycji - jakim było poparcie dla projektu Ratujmy Kobiety, którego Jarosław Kaczyński udzielił w głosowaniu ze stycznia bieżącego roku.

W niedawno wydanym „Wyjściu awaryjnym” Rafał Matyja mądrze stwierdza, że ze względu na podobieństwo programów wyborczych PO i PiS musiały ustawić spór między sobą na płaszczyźnie innej niźli ideowa. Udało im się to i ich programowe podobieństwo w kwestiach obyczajowych przez ponad dekadę wojny przestało być tak widoczne jak kiedyś. Należy je toteż doświetlić. Sądzę, że lewicy, zgromadzonej wokół trwałego konkretu, może się to udać, zaś wojna o aborcję może się stać fundamentem zupełnie nowego ustawienia polskiej sceny politycznej.

A że będzie się to wiązało z cierpieniem skazanych na piekło kobiet - to inna sprawa.

---

Wojciech Engelking (ur. 1992) - pisarz, publicysta. Autor powieści „(niepotrzebne skreślić)” i „Lekcje anatomii doktora D.”. Stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Kronosie” i „Piśmie”. Jesienią 2018 r. w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukaże się jego powieść „Człowiek znikąd”

Sejmowa komisja pozytywnie zaopiniowała projekt "Zatrzymaj Aborcję"

Więcej o: