Engelking: Marzec '68 stał się jak ekskluzywny butik, do którego wstęp ma tylko inteligencja

W 1968 r. po demonstracjach zatrzymano więcej młodych robotników niż studentów. Dlaczego inteligenci obchodzący rocznicę Marca nie chcą o tym pamiętać?

To narastało od paru miesięcy - większość mojej bańki społecznościowej czekała na rocznicę Marca 1968. Bańkę ową tworzą pisarze, pracownicy mediów, artyści i naukowcy - jednym słowem: ci, którzy mają istotny wpływ na dyskurs przynajmniej jednej z dwóch Polsk. Anonsowano więc książki, które na 50-lecie powstaną, programy, audycje, spektakle teatralne, debaty, jakie się odbędą i kto w nich weźmie udział. Podczas takich rocznicowych debat - kto w jakiejś wystąpił, ten wie - na ogół pada sakramentalne pytanie, co historia mówi nam aktualnie. Taki aktualny kontekst Marca z pozoru zjawił się jak na zawołanie - mówię, oczywiście, o dyplomatycznym konflikcie z Izraelem, który bardziej niż konfliktem z Izraelem okazał się konfliktem między jedną Polską a drugą. Upraszczając: ta druga w dziecinny sposób wypiera niewygodne fakty, w najlepszym wypadku powielając mit o Polakach jako narodzie samych Sprawiedliwych, w najgorszym zaś - wypuszczając w przestrzeń publiczną antysemicki bełkot. Ta pierwsza z kolei o wstydliwych kartach z historii rozgłasza wszem wobec, kajając się za nie i przepraszając. Materiał na analogię - z pozoru - znakomity.

Jak ta pozornie znakomita analogia miałaby wyglądać według ludzi z mojej bańki, twierdzących, że przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie w Polsce powtarza się Marzec? Bardzo prosto: ci, którzy gardłowali za Polską nieskazitelną lub rozpowszechniali antysemickie wyziewy, mieliby być spadkobiercami Polaków palących swoich sąsiadów w Jedwabnem, milicji pałującej studentów na uniwersyteckiej manifestacji i wszystkich, którzy w 1968 r. cieszyli się, że między Odrą a Bugiem Żydów już nie będzie. Ci nowelizację ustawy o IPN-ie uznający za skandaliczną i brzydzący się antysemickim bełkotem stanowiliby z kolei duchowych potomków tych, którzy po Marcu wyjechali, i ich przyjaciół. Jednym słowem: mielibyśmy mieć do czynienia z podziałem na antysemicki polski lud i filosemicką inteligencję, która zdaje sobie sprawę z tego ludu - choć nie własnych - przewin.

Nic bardziej mylnego.

Marzec „kawiarnianej elity”

Problemem w obchodzeniu rocznic Marca jest to, że nie wiadomo właściwie, czego rocznicę się obchodzi. Antysemickiej nagonki zapoczątkowanej słynnym przemówieniem Gomułki? Zdjęcia „Dziadów”? Protestów młodzieży uniwersyteckiej? A może strajków młodzieży robotniczej, spoza ośrodków akademickich, o której mówiło się niewiele i dopiero książki Jerzego Eislera pozwalają jej się przebić do społecznej świadomości? Nagromadzenie wiosną 1968 r. w Polsce wielu istotnych wydarzeń kazałoby raczej obchodzić rocznice kilku Marców, każdą osobną, z drugą - co prawda - jakoś związaną, lecz nie stykającą się z nią wszystkimi puzzlami.

Taki pomysł niesie ryzyko, że pokawałkowane obchodzenie rocznicy w społecznej świadomości nie wybrzmi, a poza tym wprowadzi w niej pojęciowy chaos. Ale i mocne nierozdzielenie obchodów nie jest bezpieczne: istnieje obawa, że dyskurs związany z jednym zdarzeniem przeważy nad innymi. To niebezpieczeństwo stało się, jak sądzę, udziałem ostatnich obchodów Marca, które przedstawiły tę rocznicę jako istotną li tylko dla jednej grupy społecznej, czyli inteligencji, co wprost wypowiedzieli i Seweryn Blumsztajn w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” z ostatniego weekendu („Marzec ’68 był buntem polskiej inteligencji w obronie podstawowych demokratycznych wartości”), i prezydent Duda podczas przemówienia na Uniwersytecie Warszawskim („Dziś jesteście elitą inteligencji, ale niestety w innych krajach, dziś jesteście szanowanymi ludźmi sukcesu, ale w innych krajach”).

Nie zamierzam tu w negować inteligenckiego aspektu Marca - jednego z kilku. Jest oczywiste, że ówczesna żydowska emigracja, pod względem wielkości skromniejsza od tej z drugiej połowy lat 40. czy popaździernikowej (kiedy wyjechało po ponad 200 tys. osób, podczas gdy w Marcu „ledwie” 15 tys.), oznaczała utratę przez Polskę wybitnych naukowców, publicystów i artystów. Problem w tym, że przyjęcie narracji o Marcu jako wydarzeniu wyłącznie inteligenckim jest spełnieniem najgorszej, PRL-owskiej propagandy.

W myśl tejże propagandy marcowymi emigrantami byli - zacytuję Gomułkę - „różnego rodzaju Grzędzińscy, Słonimscy, Beynary-Jasienice czy Kisielewscy”, czyli „kawiarniana elita”, która o życiu przeciętnego Polaka wie niewiele. Protesty na uniwersytetach miałyby być według niej dziełem - jak pisał w „Sprawie komandosów” Andrzej Mencwel - „specyficznie zamkniętej grupy ludzi o właściwym sobie typie zachowania i więzi towarzyskiej”. Inteligencki charakter Marca, w którym, jak pisał Eisler, po manifestacjach młodych ludzi zatrzymano więcej robotników niż studentów, wysunął się w najnowszych obchodach na pierwszy plan. Jego głównymi bohaterami stali się ci, którzy - jak śpiewał w 1968 r. Jan Pietrzak w obrzydliwej, propagandowej piosence, która wpisywała się w partyjną nagonkę - „kształcą styl w umysłowych igraszkach”.

Marzec jak ekskluzywny butik

Ktoś mógłby uznać, że kieruję się niechęcią do inteligencji - i tej z lat 60., i tej, która stanowi moją bańkę społecznościową - i dlatego nie podoba mi się, że gra pierwsze skrzypce w społecznym dyskursie wokół półwiecza Marca. Nic bardziej mylnego. Moje obawy biorą się z powodów praktycznych.

Uczynienie Marca wydarzeniem stricte inteligenckim oznacza bowiem uczynienie go wydarzeniem ekskluzywnym, do którego odnieść się mogą wyłącznie ci, którzy pięć dekad temu inteligencję stanowili bądź też stanowią teraz. W ten sposób ta karta historii traci całą swoją siłę oraz aktualność i łatwiej wprzęga się w aktualny kontekst politycznej wojny. Wprzężenie to zaś tylko wzmacnia dyskurs antysemicki: sytuuje bowiem funkcjonujących na zasadzie łatwej analogii Żydów - i tych, którzy z Polski po 1968 r. wyjechali, i tych zamordowanych przez polskich sąsiadów - na pozycji mitycznych elit, inteligencji właśnie, a nie ludzi egzystujących w polskiej wspólnocie na równych prawach, co inni obywatele, posiadaczy polskiego obywatelstwa, którego w pewnym momencie zostali pozbawieni bez patrzenia na to, czy były polski obywatel jest profesorem czy szewcem. Rocznica Marca mogłaby być świętem inkluzywnym, całkiem republikańskim, honorującym obywatelskość jako model uczestniczenia w Polsce; tymczasem dyskurs, jaki wokół półwiecza tamtych wydarzeń narósł, charakteru inkluzywnego rocznicę pozbawia.

Marzy mi się, by - może z okazji 60 lat? - rocznica Marca stała się taką rocznicą, jaką w 2014 r. było świętowanie 25-lecia obalenia PRL-u, z początku będące fetą beneficjentów transformacji ekonomicznej, które przemieniło się dość niespodziewanie w ogólnonarodową dyskusję o jej społecznych kosztach. Była to rocznica, która przeorała społeczną świadomość i dała na światło dzienne wyjść temu, co długo tkwiło pod jej powierzchnią - i było to zdrowe i dobre. Utwierdzanie sposobu myślenia o Marcu jako rocznicy istotnej dla bardzo wąskiej grupy - w którym to myśleniu pobrzmiewa roszczenie, by skoro grupa ta stoi na szczycie społecznej drabiny, rocznica była istotna także dla wszystkich innych - ani zdrowe, ani dobre nie jest.

Wojciech Engelking (ur. 1992) - pisarz, publicysta. Autor powieści „(niepotrzebne skreślić)” i „Lekcje anatomii doktora D.”. Stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Kronosie”, „Piśmie”. Jesienią 2018 r. w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukaże się jego powieść „Człowiek znikąd”.