Fejfer: Niedziela bez handlu. Dlaczego media tak ochoczo kibicują supermarketom?

To naprawdę smutne, że w Polsce - kraju europejskim - media i eksperci bronią rozwiązań, które dla pracowników są po prostu nieprzyjazne.

Kiedy rozmawiamy o prawie do aborcji prawie wszyscy rozumiemy, że w tej kwestii należy szczególnie wsłuchiwać się w głos kobiet, zwłaszcza tych młodych. Dla liberalnych komentatorów i komentatorek jest to sprawa oczywista. Tymczasem kiedy rozmawiamy o zakazie handlu w niedzielę w debacie publicznej niemal wyłącznie słychać głosy reprezentujące interesy klasy średniej: ekspertów ekonomicznych (zazwyczaj z silnym wolnorynkowym odchyleniem), instytucji zrzeszających pracodawców, dziennikarzy i publicystów.

W przypadku tych ostatnich widać ciekawe zjawisko. O ile ci nieco starsi - powyżej czterdziestki - zazwyczaj wypowiadają się za tym, aby to rynek decydował o tym kiedy kto pracuje (w domyśle – w niedzielę fajnie jest pójść na zakupy), tak opinie młodszych dziennikarzy są zróżnicowane. Młodsi pracownicy mediów są częściej skłonni solidaryzować się z pracownikami handlu i przyznawać im prawo do wolnych niedziel.

Starsi bronią wolnego rynku, bo na nim nie pracują

Pozornie linia podziału biegnie między stereotypowymi roszczeniowymi millenialsami a pracowitym pokoleniem X (oraz osobami starszymi). Ale jeżeli wiek ma znaczenie, to dlatego, że dzieli pokolenia dziennikarzy na tych, którzy załapali się na etaty i całkiem niezłe warunki płacowe oraz tych, których rytm kariery wyznaczany jest przez kolejne śmieciówki, kiepskie zarobki i wierszówki zmieniane z miesiąca na miesiąc. Ci pierwsi zazwyczaj są apologetami wolnego rynku (być może dlatego, że na wolnym i niemal nieskrępowanym rynku nigdy nie pracowali). Ci drudzy wiedzą mniej więcej jak wygląda rynek pracy pozbawiony wielu bezpieczników. Wygląda po prostu źle.

Takim właśnie bezpiecznikiem ma się stać ograniczenie handlu w niedzielę. Jedną z jego podstawowych funkcji jest realne ułatwienie łączenia życia zawodowego z życiem prywatnym pracowników handlu. Tymczasem temu, chyba najważniejszemu aspektowi sprawy, nie poświęca się w mediach miejsca. Słyszymy za to bardzo wiele o wolności. Nowoczesna uruchomiła nawet kampanię #KupujęKiedyChcę. Na stronie internetowej akcji pojawiają się hasła takie jak „robię zakupy w niedzielę, bo chcę”, „robię zakupy kiedy chcę”, czy kuriozalne „chcę pracować w niedzielę”. Przemilczane zostaje to, że wolność zakupów jednych to konieczność pracy innych.

Spór klasowy o zakaz handlu

Jednym z niewielu sondaży badających opinię pracowników handlu, czyli osób, które najbardziej odczują zmiany w prawie, był sondaż Kantar Millward Brown z października 2017 roku. W badaniu respondenci mogli zaznaczyć jedną z trzech preferowanych opcji trybu pracy: dwie wolne niedziele w miesiącu, co druga wolna niedziela oraz praca w każdą niedzielę do 13.00. Nie ma nic o niepracowaniu w każdą niedzielę! Sondaż uzupełnia pytanie o wolność w ustalaniu grafiku pracujących. Aż 61 proc. pytanych twierdzi, że może go dostosować do indywidualnych potrzeb. Z doświadczenia jednak wiadomo, że jest to wybór między poszczególnymi niedzielami, a nie wybór między pracowaniem i niepracowaniem w niedzielę.

W istocie mamy do czynienia ze sporem klasowym. Klasa średnia, której interesy reprezentują ekonomiści z silnym wolnorynkowym odchyleniem, eksperci reprezentujący pracodawców i handlowe zrzeszenia branżowe wyrażają przywiązanie do wartości takich jak niedzielne spędzanie czasu w centrach handlowych. Mają oczywiście do tego prawo. Jednak w tak ustawionej debacie publicznej zupełnie znika fakt, że setki tysięcy ludzi pozbawia się prawa do poświęcania weekendów rodzinie czy na spotkania z przyjaciółmi.

Zamożniejsze kraje już zakazały handlu

Według GUS w handlu pracuje około 2,2 mln osób. Jednak urząd statystyczny zlicza tylko te osoby, które są zatrudnione na umowę o pracę. Realnie pracowników handlu jest znacznie więcej, ponieważ część z nich jest zatrudniona na śmieciówkach. Średnia pensja w handlu wynosi około 2 700 zł na rękę. Ale pamiętajmy, że średnią w górę ciągną najlepiej zarabiający, dominanta (czyli najczęściej występująca pensja) jest ustawiona znacznie, znacznie niżej. Praca w handlu nie należy ani do najlżejszych ani do przesadnie perspektywicznych. To zajęcie uciążliwe fizycznie, monotonne, polegające na powtarzalnych czynnościach i raczej nie pozwalające na gorszy dzień w pracy. To właśnie takie zajęcie wykonuje ponad dwa milion osób. Wolne niedziele mogą stać się rodzajem przywracania równowagi, tworzenia lepszego rynku pracy dla setek tysięcy ludzi.

Rzeczywiście może się zdarzyć, że część osób straci pracę. Nie da się tego wykluczyć. Choć do szacunków pracodawców należy podchodzić sceptycznie; w końcu zamknięcie sklepów w niedzielę nie spowoduje, że ludzie nagle przestaną potrzebować w niedzielę chleba, masła i schabowych. Podobnie nie przestaną potrzebować butów i swetrów. Jednocześnie jeżeli nastąpią jakieś zwolnienia, to przy rynku pracy, który pracuje na najwyższych od trzech dekad obrotach osoby zwolnione nie powinny mieć kłopotu ze znalezieniem pracy. Ci natomiast, którzy przyjdą po nich będą mieli po prostu lepiej.

Przepisy w kilkunastu europejskich krajach ograniczają handel w niedzielę. Każde państwo ma nieco inną politykę odnoszącą się do tego zagadnienia, jednak to co rzuca się w oczy to fakt, że kraje zamożniejsze (i bardziej propracownicze) mają prawo bardziej restrykcyjne niż nasz obszar geograficzny.

Przecież PiS nie może stworzyć nic dobrego

Oglądając telewizję, czytając gazety i śledząc dyskusję w Internecie trudno czasem nie odnieść wrażenia, że wielu komentatorów i komentatorek zdaje się kibicować pracodawcom w pomysłach na ominięcie nowego prawa. Stacja benzynowa zamierza sprzedawać telewizory? „Ha ha ha, bardzo dobrze, nie będzie nam rząd narzucał kiedy mamy kupić Q-LEDa”! W galeriach pojawią się quasi-showroomy, w których będzie można oglądać przedmioty, żeby następnie kupić je w sieci? „Świetnie! Nikt nam nie będzie nam mówił kiedy mamy kupić nowe najeczki!” Raz na jakiś czas w tych komentarzach pobrzmienia nuta antypisowska. Zupełnie jakby partia, której się nie lubi nie mogła stworzyć interesujących rozwiązań.

To naprawdę smutne, że w momencie kiedy w Europie mówi się coraz więcej o ograniczeniu liczby godzin pracujących do 6 dziennie, albo rozważa się konsekwencje wprowadzania trzeciego dnia wolnego, w Polsce media i eksperci stają murem za rozwiązaniami, które dla pracowników po prostu są nieprzyjazne. I oczywiście, mamy tutaj konflikt interesów. Z jednej strony są interesy dość zamożnych osób, które chcą spędzać czas na wydawaniu zarobionych w korporacjach pieniędzy, z drugiej strony prawo osób pracujących w handlu do spokojnych weekendów. A chyba każdy, kto pracował lub pracuje w weekendy rozumie, że taki tryb bardzo dezorganizuje życie osobiste. Bo o ile w większości przypadków rzeczywiście można sobie odebrać dzień wolny w tygodniu, tak już przyjaciele, ani dziecko nie będzie miało wolnej środy.

---

Kamil Fejfer - analityk rynku pracy, dziennikarz freelancer. Pisze o ekonomii, pracy, polityce społecznej, nierównościach oraz gospodarczych następstwach robotyzacji. Autor książki „Zawód”, twórca facebookowego Magazynu Porażka skierowanego do tych, którym nie wyszło, czyli do prawie wszystkich. Obecnie pracuje nad książką poświęconą kobietom na rynku pracy.  

Masz pomysł na polemikę z tym felietonem? Pisz do nas na adres: listydoredakcji@gazeta.pl

Magazyn Porażka: Media kreują wyspy szczęśliwości, które dla wielu są po prostu nieosiągalne [NEXT TIME]

Więcej o: