Galopujący Major: Brytyjczycy nie chcą Ziemkiewicza, bo mają dość multi-kulti

Wielka Brytania nie chce wpuścić do siebie Ziemkiewicza i nie powinno to nas dziwić. Przecież, jak przekonują mądre głosy, zamiast wpuszczać, najlepiej pomagać na miejscu!

Jak orzeł biały, żeby nie powiedzieć: gapa, wprost z nieba gruchnęła wiadomość, że być może Wielka Brytania nie wpuści pana Rafała Ziemkiewicza. Sprawa wydaje się poważna, wszak nie tak dawno ta sama Wielka Brytania nie wpuściła pewnego księdza. I to nie byle jakiego księdza, ale księdza Międlara, którego pan Rafał przyrównał do samego Popiełuszki, gdy pisał: „Tak samo jak dziś GW za ks. Międlara przepraszali kiedyś Urbana biskupi za ks. Popiełuszkę”.

Skoro więc nowego Popiełuszki nie raczyli wpuścić, to trudno, żeby powstrzymali się przed niewpuszczaniem pana Rafała, nawet jeśli ten w swoim liście do „Guardiana” zarzeka się, że napisał ponad 30 książek i do tego da się go znaleźć w Google’u!

Czy Wielka Brytania powinna mieć prawo niewpuszczania pana Rafała na terytorium, nad którym dumnie powiewa brytyjska flaga? Sprawa nie wydaje się taka prosta.

Po pierwsze, nie wiemy, po co Rafał Ziemkiewicz chce odwiedzić Wielką Brytanię. Być może pragnie odwiedzić Polonię, ale przecież rodacy dawno już wrócili do mlekiem i ZUS-em płynącej Polski z tego okupowanego przez muslimów Londynu. Być może pan Rafał chce poćwiczyć swój „moslem's mufti, who told him into holocaust”, ale, doprawdy, nawet najbardziej pilna potrzeba nauki języka nie powinna chyba pozbawiać suwerennego kraju możliwości ustanawiania własnych zasad programu work & travel. Zresztą, jak przekonują nas mądre głosy, zamiast wpuszczać, najlepiej przecież pomagać na miejscu!

Być może pan Rafał jedzie tam głosić własne poglądy? Niestety, dziś dla wszystkich jest chyba jasne, że multi-kulti się nie sprawdza. I tylko prowadzi do napięć.

Brytyjczycy, jak każdy kraj suwerenny, mają więc prawo odrzucania kultury, która genetycznie jest im obca. Mają zatem prawo odrzucać popieranie apartheidu, który zdaniem pana Rafała był uzasadnionym „oddzieleniem różnych kultur”, a nie systemem opresji. Mają prawo uważać za antysemityzm wyzywanie Żydów od „sitw” i „parchów”, nawet jeśli na świecie istnieją gdzieś Żydzi, którzy – ojojoj – bardzo są niegrzeczni.

Brytyjscy katolicy mają prawo nie mieszać się z kulturą redaktora, który ich przywódcę – papieża Franciszka – wyzywa od idiotów. Brytyjskie kobiety mają zaś prawo odrzucania kultury pana, który o swoich rodaczkach pisze, że to „szmaty”, „pindy” i „babuny”, którym najbardziej do twarzy w torbach na głowie. A ich siostry i bracia mają prawo zakazać mieszania się z kulturą redaktora, który retorycznie pytał, „kto seksualnie nie wykorzystał nietrzeźwej”.

Bo przecież nie zamkną Brytyjczycy wszystkich kobiet naraz w domu, tylko dlatego, że pan Rafał postanowił się wybrać na portera do lokalnego pubu. 

Być może kiedyś za czasów Wielkiej Lechii dałoby się Wielkiej Brytanii – jak Orlenowi albo Trybunałowi –  własnych gości narzucić. Niestety, Wielka Brytania to taki kraj, który setki lat temu wstał z kolan i nie tylko przed Polakami, ale nawet przed ich panami z wszechpotężnych Węgier nie chce klękać.