Radomski: Wyborców już nie da się kupić. Sposób myślenia Polaków wywrócono do góry nogami

Większości polskich polityków wciąż wydaje się, że wyborców można kupić. To błąd. Najnowsze badania pokazują, że lęk przed ekonomicznym wykluczeniem został rozładowany przez obecny rząd. Wieś jest dziś bardziej zadowolona niż miasto, a słabiej wykształceni są bardziej zadowoleni niż osoby po studiach.

Jeszcze niedawno politycy opozycji na każdym kroku okazywali swój wstręt przed społecznymi propozycjami Prawa i Sprawiedliwości. Najpierw rechotali i wieszczyli, że nic z tego nie wyjdzie. Później robili zafrasowane miny i straszyli wizją budżetowej katastrofy i "drugą Grecją". Tak jakby nie wiedzieli, że współczesna ekonomia nie zna deficytów, które nie mogłyby być jeszcze większe. Dzisiejsza opozycja najwyraźniej pomyliła odpowiedzialność z nadgorliwością.

Ale zdaje się, że grzesznik zrozumiał swój grzech i gorzko go żałuje, a pokutę wypełnia z neofickim zaangażowaniem. Grzegorz Schetyna zdążył już obiecać Polakom niemal wszystko, łącznie z trzynastą emeryturą i rozszerzeniem programu 500+ na wszystkie dzieci, a SLD promuje swój projekt "3x2" - podniesienie minimalnej emerytury, renty i płacy minimalnej. Do tego wyścigu dołączyli nawet neoliberałowie z Nowoczesnej, którzy stają na głowie, żeby połączyć wolnorynkowe doktrynerstwo ze strachem przed wyborczym ostracyzmem. Jakiś czas temu wpadli na pomysł zmiany programu 500+ w wyjątkowo mało pociągający system ulg podatkowych.

Byłoby w tej opowieści o elicie, która nagle dostrzegła potrzeby ludu, coś wzruszającego, ale wiemy doskonale, co tak naprawdę kryje się za tymi obietnicami: niewyszukany cynizm i pospolite cwaniactwo.

Politycy opozycji piszą swoje programy nie po to, żeby komukolwiek lepiej się żyło, ale dlatego, że pragną wygrać kolejne wybory

A intuicja podszeptuje im, że to najprostsza metoda - w końcu Prawo i Sprawiedliwość dzięki swoim obietnicom przeszło drogę, o której marzą teraz wszystkie opozycyjne siły. Problem tkwi w tym, że ten tok rozumowania jest absolutnie chybiony.

Młodzi, wykształceni, z wielkich ośrodków

W ostatniej "Diagnozie społecznej", którą przeprowadzono, gdy prawica wygrywała wybory, wskazano, że w polskim społeczeństwie istniały dwie grupy - wygranych oraz przegranych. 

Ich skład od wielu lat pozostawał niezmienny. Ten podział nie jest niczym zaskakującym, pewnie w dużej mierze potrafilibyśmy go opisać intuicyjnie. Autor "Diagnozy" prof. Janusz Czapiński wśród beneficjentów wymieniał między innymi osoby z wyższym wykształceniem i młodsze, przedsiębiorców oraz mieszkańców wielkich miast, natomiast do przegranych zaliczał osoby samotne i starsze, rencistów, mieszkańców prowincji, a także przedstawicieli zawodów, które wymagają najmniejszych kwalifikacji.

Ten obraz potwierdzało TNS Polska, które co miesiąc sprawdza nastroje polskich konsumentów za pomocą TNS Consumer Index. Im indeks jest wyższy, tym lepiej oceniamy sytuację ekonomiczną, zarówno w skali mikro (sytuacja gospodarstwa domowego), jak i makro (sytuacja państwa). W maju 2015 roku - gdy Andrzej Duda zostawał prezydentem - indeks wynosił minus 9,9, co oznacza, że Polacy swoją sytuację oceniali pesymistycznie. Natomiast rekordzistami optymizmu były osoby zajmujące kierownicze stanowiska, których indeks wyniósł aż plus 14!

Stosunkowo zadowolone były osoby z najlepszym wykształceniem (minus 0,8) i największymi zarobkami (minus 2,5). Zwycięzcy to stereotypowy elektorat Platformy Obywatelskiej - ci, których prawicowa prasa ironicznie ochrzciła „młodymi, wykształconymi i z wielkich ośrodków”. Nie zaskakują także grupy, które wówczas swoją sytuację oceniały najgorzej: słabo wykształceni (minus 13,8), najbiedniejsi (minus 23,9) czy emeryci (minus 16,9). Wszystko było jasne, podział wydawał się klarowny i dobrze wszystkim znany - polskie społeczeństwo tworzyli zwycięzcy i przegrani, Polska A i Polska B, lemingi i mohery, bogaci i biedni. Dwa lat temu pomiędzy tymi grupami wznosił się mur, który jasno wyznaczał granicę.

Mieszkańcy wsi bardziej zadowoleni od mieszczuchów

Od czasu transformacji gospodarczej biedniejsi byli z reguły mniej zadowoleni niż majętni, a mieszkańcy prowincji mniej zadowoleni od mieszkańców miast. W takich warunkach nasi politycy nauczyli się reguł gry. Większość z nich merytorycznie realizowała się wśród bogatszych i lepiej wykształconych elit, a pozostałą część społeczeństwa przyciągała obietnicami socjalnymi.

Najlepiej widać było to u Donalda Tuska, który wymagających wyborców kusił swoją proeuropejskością, a całej reszcie oferował autostrady i żłobki. Tę samą metodę stosuje Grzegorz Schetyna - wymagających wyborców chce przyciągnąć wzniosłymi hasłami o obronie demokracji, a zwykły lud - toporną kiełbasą wyborczą. Sęk w tym, że wszystkie te prognozy nie są już aktualne, ponieważ w ostatnim czasie wydarzyło się coś, co wywróciło do góry nogami sposób myślenia Polaków.

Tę tendencję wyraźnie widać w badaniach TNS. Od kilkunastu miesięcy indeks zadowolenia systematycznie rośnie: w październiku wspiął się na poziom plus 7,2, a ostatnio oscyluje pomiędzy plus 4 a plus 5. W przypadku ustabilizowanej sytuacji gospodarczej nie byłoby w tym nic dziwnego - zdarzało się także wcześniej - ale prawdziwie zaskakujące są wyniki poszczególnych grup społecznych. Gdy zainaugurowano program 500+, po raz pierwszy zadowolenie konsumentów z wyższym wykształceniem było... niższe niż tych, którzy ukończyli szkołę podstawową lub gimnazjalną. Od tego czasu stało się to niemal regułą: we wrześniowym badaniu indeks dla pierwszych wynosił zaledwie plus 2,2, natomiast dla drugich - aż plus 8,7!

W najnowszym grudniowym badaniu absolwentów studiów wyższych (minus 2,3) prześcigają w optymizmie osoby z wykształceniem podstawowym (plus 4,3) i zasadniczym (plus 2,3) oraz średnim (plus 8,5). Pogłębia się też dystans pomiędzy prowincją a wielkimi miastami. Do tej pory zdarzało się wprawdzie, że wieś była bardziej optymistyczna (np. w okresach po udanych negocjacjach dotyczących dopłat rolnych), ale zazwyczaj to mieszkańcy miast znacznie lepiej oceniali sytuację ekonomiczną. W tym roku indeks dla miast zazwyczaj był ujemny, a dla wsi – dodatni. W ostatnim badaniu różnica jest szokująca: minus 0,9 do plus 12,8!

Czy nagła poprawa to zasługa PiS?

Zazwyczaj wzrost optymizmu miał bezpośredni związek z dobrą koniunkturą gospodarczą. Tak było chociażby w rekordowym 2008 roku, gdy indeks wyniósł plus 13,7. Wówczas dobry wynik podbijała znakomita ocena perspektyw naszej gospodarki (plus 33) oraz perspektyw gospodarstw domowych (plus 17). Natomiast bieżącą sytuację oceniano dużo gorzej. Obecnie ocena perspektyw niemal zawsze jest niższa niż ocena bieżącej sytuacji, co zaskakuje, ponieważ pokazuje, że badani niespecjalnie wierzą w obietnice rządu. 

Wygląda na to, że spora część Polaków uważa, że dobrze żyje się właśnie tu i właśnie teraz. Czy to tylko zasługa obecnego rządu? Oczywiście, że nie. Ale należy wystrzegać się zbyt prostych diagnoz. Choćby takich, jak próbuje nam wmówić opozycja, że polityka i gospodarka to zupełnie niezależne od siebie sfery życia, a optymizm Polaków nie ma nic wspólnego z władzą, lecz jest skutkiem jakiejś tajemniczej, ogólnoświatowej koniunktury. Sytuacja gospodarcza z pewnością nie jest najgorsza, jednak jej wyjątkowość dotyczy wyłącznie bezrobocia, które w ostatnim czasie osiąga niespotykany wcześniej poziom. Stabilizacja rynku pracy z pewnością ma znaczenie, ale nie sposób tylko tym wytłumaczyć bezprecedensowego optymizmu Polaków.

Z drugiej strony bujdą jest także narracja rządu, który twierdzi, iż wszystkie wprowadzone zmiany socjalne działają tak dobrze, że Polacy czują realną zmianę w standardzie życia. Nie potwierdzają tego żadne badania. Wzrost konsumpcji wprawdzie jest wysoki, ale w przeszłości bywał wyższy, większość konsumentów pamięta także czasy, gdy zarobki rosły szybciej. Do tego inflacja utrzymuje się na niepokojąco wysokim poziomie, co Polacy także muszą odczuwać w swoich portfelach. Wyborcy doceniają programy socjalne wyłącznie przez moment, żaden z nich sam w sobie nie dałby tak długofalowego efektu. Zwłaszcza taki, który można było przeprowadzić znacznie skuteczniej.

Rewolucja w głowach, nie w portfelach

Prawdziwa rewolucja dokonała się nie w portfelach Polaków, ale w ich głowach. Prawica doskonale zdiagnozowała, do kogo i z jakim przekazem powinna się zwrócić. Swój program zaadresowała do wykluczonych - tych, którzy przez lata byli przez polityków traktowani jako zło konieczne, dodatek do elity (lub dodatek do mitologizowanej klasy średniej). W wielu przypadkach wykluczenie nie miało charakteru realnego, dotyczyło przede wszystkim sfery mentalnej. Wbrew powszechnej opinii Prawo i Sprawiedliwość nie kupiło więc sobie głosów wyborców, ale podarowało im poczucie godności.

Reszta dokonała się sama. Na naszych oczach nastąpiło przewartościowanie tego, do czego przywykliśmy przez ostatnie ćwierćwiecze: starszy wyborca przestał być mniej zadowolony niż młodszy, gorzej wykształcony nie jest już mniej ważny, a biedniejszy zaczął cieszyć się życiem.

Naiwne obietnice opozycji

Zdecydowanie łatwiej przejąć władzę w społeczeństwie frustratów niż optymistów. Warto o tym pamiętać, gdy znów złapiemy się za głowę, słysząc o kolejnym sondażu poparcia dla partii politycznych i będziemy się zastanawiać, jak to możliwe, że poparcie dla rządzących jest tak duże. W najbliższym czasie kolejnego efektu 500+ nie będzie, pewne napięcia zostały bezpowrotnie rozładowane. Naiwne obietnice socjalne nic nie zmienią. Opozycja dołuje w sondażach, ponieważ wciąż próbuje grać według starych reguł i łudzi się, że w kolejnym rozdaniu mocne karty trafią w jej ręce, a blotki do przeciwnika. Nie dostrzega, że stół do gry został wywrócony do góry nogami.

-----

Jan Radomski - publicysta i bloger, od 2010 roku związany z redakcją „Liberté!”, członek zarządu stowarzyszenia Projekt: Polska. Kontakt z autorem:  @jwmrad.

'Trzeba mieć nie po kolei we łbie'. Pokazaliśmy kombatantom reportaż 'Superwizjera' o polskich neonazistach

Więcej o:
Komentarze (535)
Jan Radomski: Wyborców już nie da się kupić. Wydarzyło się coś, co wywróciło do góry nogami sposób myślenia Polaków
Zaloguj się
  • krynolinka

    Oceniono 80 razy 28

    Następny symetrysta. Łamanie konstytucji już nie boli ? Zaboli jak staniesz panie Radomski przed sądem kontra prominentny polityk partii rządzącej. Ale pewnie nie staniesz bo nawilżasz.

  • miets1

    Oceniono 44 razy 24

    Najbardziej zadowoleni są ci co nie płacą podatków i składek oraz dostają 500+ za nic.
    Niezadowoleni są ci, którzy to wszystko póki co utrzymują ze swoich podatków, ale widzą dokąd ten system prowadzi.

  • jagi.pk

    Oceniono 46 razy 24

    Niech mi ktoś napisze, co takiego sie wydarzyło na wsi i w małych miastach, że niby teraz tam żyje się lepiej? Co pisowcy zrobili dla słabszych i mniej zarabiających? Przecież poza 500+ nic, a nic się nie zmieniło w sferze gospodarczej i finansów państwa. Ciągniemy bo jest koniunktura na świecie, ale jak ona tąpnie, to ci "zadowoleni" dopiero ujrzą cały ten "cud" psiobolszewicki na prawdziwe oczy.
    Dopiero wtedy wyjdzie na jaw cała ich niekompetencja, burdel jaki zrobili w większości instytucji państwa.

  • helena1481949

    Oceniono 47 razy 23

    no cóż, zobaczymy jak zareaguje wieś, gdy Unia wstrzyma dopłaty. Czy nadal będą tacy zadowoleni?

  • bsdw

    Oceniono 27 razy 19

    Poczucie godności sponsorowane przez tych, którym się chce jeszcze pracować

  • japka_putina

    Oceniono 29 razy 19

    Patrząc na to, co realnie dostaliśmy z podziałem na grupy społeczne, wykształcenie, czy miejsce zamieszkania, to wychodzi mi wciąż to samo: przede wszystkim tępy, ciemny lud dostał obietnice gruszek na wierzbie. Matoły wciąż wierzą, że teraz zamiast złodziei i sprzedawczyków rządzą kryształowe charaktery, że już za chwilę tych złodziei, co rozkradli spuściznę Polski Ludowej PiS pozamykka w więzieniach, że za chwilę sądy zaczną sądzić szybko i sprawiedliwie, że w Polsce jest bezpiecznie, podczas gdy na Zachodzie strach wyjść z domu, bo ciapaci napadną, zgwałcą i zjedzą, że w końcu cała Europa nas podziwia i szanuje, zamiast podcierać sobie przedziałek Tuskiem itp.

    Z kolei ci młodzi, wykształceni z wielkich miast widzą zagrożenia płynące z pisowskich "reform" i wstawania z kolan. Zamiast rządów uczciwych ludzi widzą rządy niekompetentnych, pazernych misiewiczów. Zamiast miliona samochodów elektrycznych widzą wyrzucone w błoto miliardy. Zamiast szacunku Europy widzą groźbę sankcji i odstawienia na boczny tor. Zamiast sprawiedliwych i szybkich sądów boją się państwa totalitarnego. Do tego wiedzą, jak źle na długą metę musi się skończyć zbrodnicza reforma oświaty.

    Pomijając 500 zł na co drugie dziecko, żyje się mniej więcej tak samo, jak 2 lata temu, tyle że jedni na horyzoncie podziwiają śliczną, skrzącą sie w słońcu białą górę, a inni widzą wielki lodowiec na kursie i ścieżce.

  • g.lesio

    Oceniono 23 razy 19

    Badania tego typu pokazują jedynie obecne nastroje.
    Nie są w stanie przewidzieć co będzie za pół roku a o dlaszej perspektywie nie wspomnę. Łaska pańska na pstrym koniu jeżdzi - wystarczy jak zaczną się kłopoty finansowe państwa i ludzie dostaną po kieszeni to takie coś wystarczy do raptownej zmiany nastrojów bona ludzi naprawdę to wpływa to ile mają w kabzie a nie to czy kraj jest od morza do morza i i inne tego typu bzdety.
    A logika ekonomii jest nieubłagana po hossie musi nastąpić bessa i wtedybędzie trzeba robić cięcia bo świat jest naczyniem połączonym - gospodarka polska wbrew twierdzeniom PiS-u nie może istnieć poza gospodarką światową
    Chyba żebyśmy poszli w ślady Wenezueli czy Korei Północnej ale tego w środku Europy w XXI nie da się przeprowadzić choćby Prezes myślał inaczej.

  • antropoid

    Oceniono 27 razy 17

    Póki będą dawać pińcet+ naród to kupi - i nie będzie patrzył, kto daje i co się wyrabia wokoło.
    Nawet jeśli zakneblują mu gęby.
    Taka już "wolność" Polaków.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX