Karolina Wigura: Polowanie na symetrystów. Oto jak "Newsweek" wzmacnia Kaczyńskiego

Czy tzw. symetryści są "pożytecznymi idiotami Kaczyńskiego"? Czy krzycząc o "końcu demokracji" można z PiS-em wygrać? Dziś publikujemy głos Karoliny Wigury z "Kultury Liberalnej". Czekamy też na wasze listy (niekoniecznie "symetrystyczne") i na wasze polemiki (niekoniecznie grzeczne). Najciekawsze opublikujemy. Piszcie na adres opinie@agora.pl

Uruchomienie przez Komisję Europejską artykułu 7 unijnego traktatu to dla Polski wizerunkowa katastrofa. Doprowadziły do niej nie tylko nadużycia PiS-u w kwestii rządów prawa, ale też ostentacyjne lekceważenie okazywane Brukseli przez urzędników „dobrej zmiany”, ich ignorancja, brak umiejętności dyplomatycznych. Mimo to poparcie dla PiS - ku osłupieniu i złości obozu liberalnego - jest stabilne, a nawet rośnie.

Należałoby więc szukać rozsądnych wyjaśnień tego stanu rzeczy, a także stawiać sobie ważne pytania. Dlaczego my, liberałowie nie jesteśmy przekonujący dla obywateli? Czy nie powinniśmy poszukać skuteczniejszego języka sprzeciwu wobec pisowskiej narracji? Zamiast tego pokaźna część obozu liberalnego - nazwę ich „alarmistami” - uprawia polowanie na „symetrystów”. I to z nagonką. Zgodnie z rewolucyjną zasadą, że prowadzić walkę należy nie tyle z przeciwnikiem ideologicznym, co z osobami mniej zradykalizowanymi wewnątrz własnego obozu.

Renata Kim na tropie 

W czwartek w porannej audycji TOK FM mieliśmy kolejny przykład. Rzekomi "symetryści" zostali zaatakowani przez Renatę Kim z „Newsweeka”, oberwała też „Kultura Liberalna”, której jestem redaktorką. Podobno od 2015 roku powtarzamy naszym czytelnikom, że w Polsce „nic takiego się nie dzieje”, i że należy patrzeć spokojnie na politykę PiS-u. Prawda jest inna. W „Kulturze Liberalnej” nigdy nie napisaliśmy, że „nic takiego się nie dzieje”, ani też nie patrzyliśmy biernie na działania PiS-u szkodliwe dla sądownictwa. Od samego początku pisaliśmy w sposób jasny o nadużyciach władzy i łamaniu konstytucji. Jednocześnie - co „Newsweekowi” oraz zbliżonym do niego środowiskom bardzo się nie podobało - mówiliśmy, że część diagnoz PiS dotyczących zaniedbań sprzed 2015 roku, kwestii socjalnych, reprywatyzacji, czy potrzeby reform rozmaitych sektorów państwa polskiego jest trafna. Zaś fakt, że pozostałe polskie partie nie potrafiły się tymi rzeczami zająć, wpisać ich do swoich programów, wynika z ich nieumiejętności słuchania. Krytykowaliśmy polską opozycję jako reaktywną, bierną i nudną dla elektoratu.

 "Kaczyzm". "Faszyzm". To nie działa na PiS

„Alarmiści” mogliby spędzać czas bardziej pożytecznie niż na tropieniu „symetrystów”. Na przykład zastanowić się, dlaczego nie są słuchani i co po naszej stronie jest nie tak, skoro wyborcy, który wczoraj głosowali na partie liberalne, przechodzą do obozu PiS – pomimo najcięższych zarzutów pod jego adresem. Językowe wzmożenie – nazywanie obecnej Polski „totalitaryzmem”, „kaczyzmem”, „faszyzmem”, bezustanne wieszczenie „końca demokracji” - nie tylko prowadzi do utraty wrażliwości na radykalne komunikaty, ale też jest po prostu nużące dla dużej części Polaków, nawet tych niepopierających PiS. Wyścig na najostrzejsze epitety powoduje hałas, w którym nie sposób już dosłyszeć czegokolwiek istotnego. Tak naprawdę to oznaka nie siły i zdecydowania, ale słabości i braku wiary w nośność własnych idei.

Fakty są takie, że poparcie dla PiS od miesięcy utrzymuje się w okolicach 40 procent. Ten stan rzeczy powinien zmusić do pytań o efektywność strategii „Newsweeka” i podobnych mu środowisk, uprawiających od 2015 roku permanentny „alarmizm”. Może przedstawiciele tych środowisk mogliby więcej myśleć o celu, jaki powinien nam wszystkim przyświecać: Polsce lepiej rządzonej, bardziej szanującej prawo, pluralistycznej realnie, a nie tylko w deklaracjach. Rozumiem, że ważne są komercyjne kryteria, sprzedaż egzemplarzowa, „atrakcyjne” okładki i jasne ostre tezy. Ani mnie to nie dziwi, ani nie gorszy. Ale skoro samemu nie chce się (albo nie może z powodów rynkowych) niuansować, to warto pozwolić to robić tym, których te ograniczenia nie pętają. Tak aby inni mogli przedstawiać trudne diagnozy i zalecać lekarstwa.

 "A nie mówiłem!", czyli strzał w stopę

„Alarmiści” wolą mówić wyłącznie do przekonanych, do własnego plemienia, a nie do tych, którzy mogliby jeszcze zmienić zdanie. Aby z PiS wygrać, nie wystarczy mieć rację. Po raz kolejny drukować ten sam komentarz i powtarzać: „A nie mówiłem!”. Psychologowie są zgodni, że jest to jedna z najgorszych strategii, by kogokolwiek do czegokolwiek przekonać. „Alarmistyczne” reakcje nie tylko nie działają, ale wręcz są na rękę populistom, wzmacniają ich. Tym bardziej, że logika moralnej racji może być odbierana jako wyraz pogardy wobec adwersarza. Pogardliwie brzmią w uszach wielu osób twierdzenia, że tak naprawdę „Polacy nie interesują się polityką”, że „trafia do nich wyłącznie populistyczny i narodowy język”, że „dali się kupić programem 500+” itd. Liberalny demokrata nie powinien nigdy używać sformułowania „pisowski lud”. Jeśli ktoś tak mówi, to należy pytać, czy naprawdę uważa, że kogokolwiek uda mu się przekonać.

My, liberalni demokraci, na Święta powinniśmy sobie życzyć powrotu do podstaw liberalizmu. Czyli między innymi do rozumienia, że spory w rodzinie, także liberalnej, są czymś dobrym i wzmacniającym.

Karolina Wigura (1980) jest socjolożką i historyczką idei, redaktorką „Kultury Liberalnej”, adiunktem w Instytucie Socjologii UW

Widmo unijnych sankcji nad Polską. Oto słynna 'opcja atomowa'

 

Więcej o: