Kaczyński to "żydowska kanalia", żona prezydenta to "żydówa". Co PiS z tym zrobi?

Jeśli faszystowskie wrzaski zdominują Warszawę 11 listopada za rok, w czasie hucznych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości, obóz "dobrej zmiany" wyjdzie na durniów. Prawica musi więc do tego czasu poradzić sobie z własnym skrajnym skrzydłem

Za „największy w Europie marsz faszystów” obarczono rządzące Prawo i Sprawiedliwość. Czy słusznie? Czy polska prawica rzeczywiście hoduje faszystów? Oskarżanie PiS o wypuszczenie na ulice neonazistów jest zwyczajnie nieprawdziwe. Grupy skrajne i neonazistowska chuliganerka była w Polsce obecna od lat 90., zaś fenomen Marszu Niepodległości pojawił się za rządów Donalda Tuska, a nie po stworzeniu rządu Beaty Szydło. Robienie z Jarosława Kaczyńskiego czy Andrzeja Dudy antysemitów też jest niepoważne. Bracia Kaczyńscy mają dla relacji polsko-żydowskich niezaprzeczalne zasługi, a Andrzej Duda, jeśli jest przez kogoś najbardziej zapiekle atakowany na prawicy, to właśnie przez prawdziwych antysemitów. Jeśli do kogoś nie przemawia ten argument, to warto przypomnieć jeszcze inny, pragmatyczny. Dla PiS-u powstanie mocnej, politycznie sprawnej, wojującej skrajnej i rasistowskiej prawicy, jest po prostu groźne. Lekcja węgierska, gdzie Fidesz Orbana jest dociskany nie przez żadnych liberałów czy lewicę, ale skrajny Jobbik, któremu sam pozwolił urosnąć, pokazuje, czym się to kończy.

Ja z tymi ludźmi nie rozmawiam

Rok temu robiłem dla „Krytyki Politycznej” wywiad z Tomkiem Krawczykiem, moim rówieśnikiem, kiedyś doradcą śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak to przy rozmowie „lewaka” z „prawakiem” mocno się spieraliśmy, ale jeśli chodzi o uliczne obchody 11 listopada znaleźliśmy wspólne punkty. „Dla mnie nie do zaakceptowania jest odwoływanie się do ruchów i idei, które z Warszawy zostawiły ruiny. Na prawicy odwoływanie się do ideologii faszystowskiej i narodowo-socjalistycznej – nawet głupie, nieświadomie, nierozumiejące – powinno być nieprzekraczalną granicą. Ja z tymi ludźmi po prostu nie rozmawiam. Nie powinno się z nimi rozmawiać, choć Ziemkiewicz by się pewnie ze mną nie zgodził” - tłumaczył.

Wtedy, w roku 2016, pretekstem do naszej rozmowy, czy polska prawica głównego nurtu wspiera ruchy faszyzujące był list prezydenta Andrzeja Dudy do uczestników Marszu Niepodległości oraz jego patronat nad marszem ONR poświęconemu pamięci Romualda Rajsa, ps. „Bury”. List prezydenta do nacjonalistów był kurtuazyjny w formie i bardzo oszczędny, faktem jest też, że ponownych uprzejmych listów na kolejne Marsze nie było.

Too little, too late...

Dziś, gdy hałaśliwi mikrocelebryci nacjonalistycznego internetu ogłaszają, że małżonka Prezydenta RP to „Żydówa”, a Jarosław Kaczyński „żydowska kanalia”, gdy inni niosą transparenty o „białej Europie” i „czystej krwi”, jeszcze inni wywieszają szmaty z wezwaniami do nowego Holocaustu (tym razem na wyznawcach islamu), prezydent Duda i część rządzących to potępiają. Too little, too late, za mało i za późno, powie wiele osób. Sam minister Błaszczak ogłasza – choć upierał się, że nic zdrożnego nie widział – że osoby winne podżegania do nienawiści będą ścigane. Niestety wcześniej wielokrotnie powtarzał, że problemu z przestępstwami nienawiści nie ma, a najbardziej radykalną, awanturniczą, niebezpieczną siłą na polskich ulicach jest Komitet Obrony Demokracji.

Po ostatnim marszu 11 Listopada wielu konserwatywnych publicystów potępiło hasła o „separatyzmie rasowym” i symbolikę obecną tego dnia na ulicach Warszawy, nawet jeśli większość z nich powtarzała słowa o „garstce” czy „wąskim marginesie” radykałów biorących udział w Marszu. Sam rozmawiałem z jednym z redaktorów „Gazety Polskiej Codziennie”, który otwartym tekstem powiedział, że on i jego środowisko nie chcą mieć z polskimi nacjonalistami nic wspólnego, a na skandujących neonazistowskie hasła powinna w Polsce czekać więzienna cela. Pełna zgoda, ale jeszcze w 2014 roku „Gazeta Polska” opublikowała obszerny wywiad wideo z Romanem Zielińskim, autorem książki „Jak pokochałem Adolfa Hitlera”, skazanym następnie przez sąd za nawoływanie do nienawiści na tle rasowym. I tu prawicowa zgoda na temat absolutnego minimum – że nie można w Polsce wyrażać poglądów rasistowskich, z odwołaniami do Hitlera włącznie – przychodzi poniewczasie.

Oto koszmar senny Kaczyńskiego

Polska prawica zaczyna jednak rozumieć, że nie może sobie pozwolić na przegranie walkowerem Święta Niepodległości i oddanie tego święta narodowcom. Wyobraźmy sobie, że faszystowskie wrzaski zdominują Warszawę za rok, w setną rocznicę 11 listopada, którą obóz „dobrej zmiany” chce obchodzić z wielką pompą. To zaczyna się PiS-owi śnić koszmarem, bo byłoby dla rządu kompromitacją.

Co z tym zrobić? Stwierdzić to, co oczywiste i do czego - choć najwyraźniej różnymi drogami - dochodzą dziś i „PiS-owcy” i „AntyPiS”. To, jaki kształt mają obchody Święta Niepodległości, zależy od tego, jak chcą – lub nie chcą – obchodzić to święto władze państwowe. Prezydent Komorowski podejmował próby organizacji neutralnych, państwowych obchodów – były one umiarkowanie udane, ale były. PiS zaś po prostu rejteruje: w wiele mówiącym geście Jarosław Kaczyński wybrał Kraków, nie Warszawę, a prezydent decyduje się na złożenie wieńca, udział we mszy i wręczenie medali. Ulice zajmują natomiast pochody nawet nie tyle odrębne, co wprost sobie wrogie. Państwo i rząd – tak zazwyczaj uważny na patriotyczne rocznice i symbolikę – abdykuje. Gorzej: za pomocą chaotycznych, nieskoordynowanych gestów naraz potępia marsz nacjonalistów, by zaraz go bronić w Brukseli. Na jednym oddechu mówi, że odcina się od antysemityzmu i rasizmu, by za chwilę powiedzieć, że żadnego rasizmu nie było, więc nie ma o co wszczynać „antypolskiej awantury”.

Świętujmy bez dąsów i "apelu smoleńskiego"

Oczywistym kandydatem na gospodarza obchodów Święta Niepodległości jest prezydent. Obowiązkiem prezydenta jest zaś zaprosić osoby przyznające się do różnorodnych polskich tradycji, zresztą wiele jego przemówień jest pisane w tym duchu. Może z zastrzeżeniem, że to dzień świętowania pod polską flagą, a nie okazja do promocji własnej partii, organizacji czy koła pasjonatów historii. Przeciwnicy PiS-u mogliby przynajmniej oddać prezydentowi to, że ma prawo te obchody poprowadzić, a oni mogą bez dąsów wziąć w nich udział. Zwolennicy PiS-u dla odmiany mogliby nie przebierać się w kostium jedynych prawdziwych Polaków i wyjść naprzeciw, bo czemu nie, KOD-owcom i Obywatelom RP. Władza mogłaby się powstrzymać i nie robić akurat z tego dnia „apelu smoleńskiego” i okolicznościowej akademii na własną cześć.

Można też dalej nic nie robić i pozostać przy swoim: „Antypis” będzie oskarżał PiS o faszyzm, „PiSowcy” resztę świata o „antypolonizm” i wtedy rocznicę stulecia odzyskania niepodległości będziemy świętować tak, jak na teoretyczne państwo przystało: czyli wcale.

Jakub Dymek - kulturoznawca, dziennikarz i publicysta. Członek „Krytyki Politycznej”, stały współpracownik Dwutygodnik.com i nowojorskiego magazynu "Dissent". Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. Pracuje nad książką o powstaniu rewolucyjnej prawicy w ostatniej dekadzie

Więcej o: