Strategia małp w klatce, czyli jak Jarosław Kaczyński steruje emocjami [OPINIA]

Grzegorz Sroczyński
Nasza polityka od dziesięciu lat polega na waleniu drągiem w klatkę, w której siedzą małpy. Tę prostą strategię wymyślił Tusk, a Kaczyński znakomicie udoskonalił. Dziwne tylko, że polska inteligencja daje się na to nabierać.

Wśród patriotycznych popisów 11 listopada, zbliżania się Kaczyńskiego do "prawdy, która jest coraz bliżej", zapewnień opozycji o rychłym zjednoczeniu, wezwań prezydenta Dudy do narodowej zgody, wśród tego pomieszania z poplątaniem pod hasłem "My chcemy Boga", wrzasków, rac, wybuchów i bredzenia o "obronie naszych słowiańskich kobiet", jako jedyny coś ciekawego powiedział Donald Tusk. Wysiadł z samolotu na Okęciu i ogłosił: "Zaproszenie od prezydenta Dudy w tym roku było bardziej serdeczne, ale nie chcę się rozwodzić nad szczegółami". Dopytywany odparł: "To już zostawmy historii". Jest to trik godny dawnego dobrego Tuska, który rozgrywał Kaczyńskiego, jak chciał, a czego, niestety, nie potrafi dzisiejsza opozycja.

O co tu chodzi? W skrócie o to, że Tusk wie, jak Kaczyńskiemu nadepnąć na odcisk. Zaproszenie od Dudy było kurtuazyjne, takie jak co roku. Ale przyjmując je i sugerując, że może kryje się za tym coś więcej ("nie chcę się rozwodzić nad szczegółami"), Tusk wywołuje u prezesa przewidywalną reakcję: "Aha! Dogadali się! Zdrada!". To naprawdę działa u Kaczyńskiego jak mechanizm bezwarunkowy, dajmy na to stuknięcie młoteczkiem w kolano. Mamy jak w banku, że w najbliższych tygodniach noga prezesa - choćby ją bohatersko powstrzymywał - sama fiknie w kierunki łydki Dudy za domniemane spiskowanie z Tuskiem (na razie mieliśmy przygrywkę w prawicowych mediach i posła Suskiego, który oświadczył, że Duda jest w jakimś "lewicowo-liberalnym skrzydle"). Że opozycja, zamiast grać na podział w obozie "dobrej zmiany", chwalić Dudę absolutnie za wszystko (robiąc przy tym tajemnicze miny), woli jeździć po prezydencie jak po łysej kobyle i z powrotem go w łapy Kaczyńskiego wpychać, to rzadki przykład politycznej ślepoty. Opozycja jest beznadziejna w politycznych grach, to zresztą główna "wina Tuska", że nie wyhodował sobie godnych następców.

Nasza polityka od dziesięciu lat polega na waleniu drągiem po prętach klatki, w której siedzą małpy. Tę genialną w swej prostocie strategię wymyślili Tusk z piarowcem Ostachowiczem, który tak nauczał kiedyś polityków PO: "Kaczyński jest jak małpa w klatce. Co jakiś czas trzeba walnąć w klatkę patykiem, małpa wszczyna wrzask i rzuca się na pręty. Wtedy zgromadzonej gawiedzi mówimy: uważajcie, to bardzo krwiożercza małpa, jak ją wypuścicie z klatki, to was zagryzie".

Teraz role się odwróciły. Kaczyński trzyma patyk i z powodzeniem stosuje metodę Tuska-Ostachowicza. Jak tylko jest chwila spokoju i wydaje się, że opozycja coś sensownego może wymyślić (np. jakiś program na przyszłość), albo - nie daj Boże - rzeczywiście się zjednoczyć (a nie tylko o tym ględzić), PiS produkuje kolejną skandaliczną ustawę, stawia barierki przed Sejmem albo uruchamia Pawłowicz, a małpy natychmiast zaczynają skakać, krzyczeć o "końcu demokracji", "autorytaryzmie", a przede wszystkim zaczynają żreć się między sobą o to, która krzyczy lepiej.

W podobnej roli wystąpił ostatnio aktor Daniel Olbrychski - z okazji 11 listopada ogłosił, że "dwa lata temu społeczeństwo pokazało nam, że ma wolność gdzieś". Tekst Olbrychskiego zawiera zestaw diagnoz, które w zadziwiająco podobnych wywiadach ogłaszają kolejni aktorzy i pisarze. Być może podobieństwo bierze się stąd, że prezes świetnie zna upodobania inteligenckiej elity z Żoliborza czy Podkowy Leśnej - sam do niej przecież należy - i po prostu wie, w który pręt kijem walnąć, żeby uzyskać pożądany efekt. Prawicowe trolle z rozkoszą cytują te wywiady z nagłówkami w stylu "Olbrychski pogardliwie o Polakach". W ten oto sposób wyborca, który przez dwa lata miał sto powodów, żeby się do "dobrej zmiany" zniechęcić, słyszy taki oto komunikat: "Zobacz, zwykły szary człowieku, obrażają cię. Uważają za idiotę, który ma w nosie wolność. Gardzą tobą. Wracaj do nas! Może faktycznie trochę śmierdzi nam z ust, może dobra zmiana nie taka dobra, jak ci się wydawało, ale tamci jeszcze gorsi".

Zasłużone siwe głowy Olbrychskiego, Mikołejki, Rudnickiego dają się wciągać Kaczyńskiemu w jego grę. Jak prezes o "komunistach i złodziejach", to oni natychmiast o głupim społeczeństwie; gdy prezes o "zdradzieckich mordach", oni na to: "lud nas tak urządził, bo machnięto mu pięćsetką przed nosem"; prezes o "zepsutych elitach, które się na Polsce uwłaszczyły", oni o tym, że "90 proc. Polaków zachowuje się jak za komuny - siedzą cicho". Wygrażają gawiedzi tak żwawo, że aż strach do klatki podejść. I tak to sobie trwa.

Z takim zapleczem intelektualnym opozycja może liczyć już tylko na jedno - powrót Tuska na białym koniu. Wyśmiewałem ten pomysł, ale teraz widzę, że to dla Schetyny i Petru jedyna szansa. Bo nie widać nikogo po stronie antyPiS, kto potrafiłby grać z Kaczyńskim jak równy z równym.

Do czego przyzwyczaiły nas dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości?