"Ja, 27-latka ze zniszczoną psychiką. Miałam urodzić dziecko z gwałtu na pożegnanie" [LIST]

"Odszedł i na pożegnanie jeszcze raz mnie poniżył. Leżałam tak i ryczałam, zgwałcona i porzucona. A jednak gdzieś w głębi odetchnęłam z ulgą. Ale potem dwie kreski na teście przekreślały moją wolność" - pisze nasza Czytelniczka.

Czasem chciałabym zapomnieć, że ta historia to nie kolejny artykuł w gazecie czy wpis na Facebooku. Nigdy się tym nie chwaliłam, tak samo, jak nigdy nie wypowiadałam się w sprawie akcji MeToo. Pewnie dlatego, że to nadal ciężka sprawa, i choć minęło ładnych kilka lat, to ja nawet teraz nie potrafię powstrzymać łez. W tym roku również nie wezmę udziału w proteście kobiet, bo podchodzę do tej sprawy zbyt emocjonalnie.

Wyobraźcie sobie kobietę na parę lat przed trzydziestką, co prawda w związku od kilku lat, ale z zerowym poczuciem stabilizacji. Jej poczucie własnej wartości równa się mniej niż zero. W tym związku nie ma miłości. Jest strach, manipulacja, przemoc fizyczna i ekonomiczna.

To byłam ja.

Gdybym komuś dziś o tym opowiedziała, nie uwierzyłby mi. W czasie kilku lat tamtego związku zupełnie zatraciłam siebie, dałam sobie wmówić, że bez niego jestem nikim i tylko związek z nim nadaje mojemu życiu jakąkolwiek wartość. Byłam zmęczona, bardzo chciałam, żeby to się skończyło, ale bałam się, jak to będzie wyglądało, jeśli rzeczywiście się skończy. A on dalej robił ze mną, co chciał, również w łóżku.

Śledził mój komputer, telefon, znał mój każdy krok. Nie było opcji, bym się na coś nie zgodziła, bo ja nie miałam prawa do decyzji. Wiedziałam też, że mnie zdradza. Ale nie miałam odwagi tego wszystkiego zakończyć. W końcu jednak ta druga kobieta wygrała, i odszedł.

Na pożegnanie jeszcze raz mnie poniżył. Kiedy wyszedł, sama nie wiedziałam, co czuję. Leżałam tak i ryczałam, zgwałcona, poniżona i porzucona. A jednak gdzieś w głębi odetchnęłam z ulgą - to był koniec.

Kilka tygodni później zaczęłam jednak podejrzewać, że ten koniec nie jest ostateczny. Niestety, żeby się upewnić, musiałam odczekać kolejny tydzień, do wypłaty - nie miałam nawet na test ciążowy. Kiedy w końcu mogłam sobie pozwolić na jego zakup, potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia - dwie kreski na teście przekreślały moją wolność, przekreślały właściwie wszystko.

Oto byłam ja - dwudziestosiedmiolatka, mieszkająca na stancji, pracująca na kilku umowach-zlecenie, żeby związać koniec z końcem. Z zerowym poczuciem własnej wartości, ze zniszczoną psychiką. Miałabym urodzić dziecko psychopaty. Dziecko z gwałtu "na pożegnanie". A mimo to, zastanawiałam się, jak to wszystko urządzę. Aborcja nie była opcją, tak mi się przynajmniej wydawało.

Wysłałam mu zdjęcie testu, po dwóch godzinach był u mnie z kolejnymi testami, było ich chyba z 6. Każdy wyszedł pozytywnie. Nic nie powiedział, usiadł przy komputerze i zamówił tabletki. Wychodząc, powiedział "załatwione". Ja płakałam.

Przesyłka przyszła przed Bożym Narodzeniem. Nie byłam jeszcze pewna, czy je wezmę. Święta spędziłam z rodziną, nikomu nie mówiłam, co się dzieje.

Dużo myślałam. Czułam tego intruza, tego obcego w moim ciele. Nie mogłam wytrzymać ze świadomością, że kawałek tego psychopaty nadal jest we mnie. Gdybym miała go urodzić, pomijając fakt, że żyłabym z nim w nędzy (przypominam, absolutne zero stabilizacji), najbardziej uciążliwe byłoby obserwowanie jego dorastania.

Doszukiwałabym się podobieństw do tego człowieka, który tak mnie skrzywdził. Patrzyłabym na to dziecko (niewinne przecież) przez pryzmat krzywd, które przez ostatnie kilka lat były mi wyrządzane na porządku dziennym. Nie mogłabym go kochać tak, jak bym chciała.

Gdy wróciłam na stancję, po prostu wzięłam te tabletki. Bolało. Nie pracowałam w tym czasie, po świętach miałam powrócić dopiero w styczniu. I bardzo dobrze, bo to, co się działo z moim ciałem kilka dni po wzięciu tabletek, było czystym horrorem. Bałam się iść do jakiegokolwiek lekarza, bo wiedziałam, że od razu będą wiedzieli, co zrobiłam. Zresztą, nie było mnie stać - a ubezpieczenia nie miałam.

Tamta decyzja była najtrudniejszą w moim życiu. Sama nigdy nie byłam głęboko wierząca, wychowałam się jednak w konserwatywnym środowisku i wiem, jak byłoby to postrzegane, gdyby się wydało. Czasem, kiedy patrzę na córkę mojej przyjaciółki, która zaszła w ciążę w tym samym czasie myślę, że nasze dzieci mogłyby się bawić razem. A później przychodzi myśl - co by było, gdyby to dziecko wdało się w tego dawcę nasienia, tego patologicznego siewcę spermy? A co, gdyby było takie samo, jak on?

Minęło kilka lat. W moim życiu jest ktoś, z kim chcę spędzić resztę życia. I chcę mieć z nim dzieci. Ja kocham dzieci. Wiem, że kiedy jego zabraknie, w naszych dzieciach zobaczę twarz człowieka, który dał mi szczęście.

Według mnie, aborcja na żądanie jest złym pomysłem. Ale jeszcze gorszym pomysłem jest ograniczenie prawa do aborcji. Prawo nie jest obowiązkiem, Państwo powinno pozwolić działać obywatelom działać zgodnie ze swoim sumieniem. Gdzie jest sumienie rządzących, którzy chcą nakazać kobietom przechodzić horror wielokrotnie gorszy od tego, który przeszłam ja?

Ja bałam się, że urodzę psychopatę. Moja ciąża trwała 9 tygodni. Co z kobietami, które wiedzą (a nie obawiają się), że ich dziecko urodzi się chore. Które wiedzą, że państwo nie będzie w stanie pomóc im w wystarczający sposób?

Zaostrzanie prawa aborcyjnego jest ukłonem w stronę aborcyjnego podziemia. Ukłonem w stronę cwaniaków, którzy sprzedają tabletki przez internet (nie każda kobieta trafi na stronę WoW, tam też zresztą trzeba przecież za leki zapłacić).

Kiedy patrzę na moje znajome na Facebooku, które oznaczają swój udział w Białym Piątku, to im zazdroszczę. Zazdroszczę im wiary i ufności, że Państwo się zajmie, że Bóg pomoże. Sorry, dziewczyny, ale ja już nie wierzę.

Chcesz podzielić się z nami swoim doświadczeniem? Napisz na listydoredakcji@gazeta.pl. Autorom i autorkom listów gwarantujemy anonimowość